Kultura

Tylko teraz, tylko młodzi

Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Popkultura w nowym stuleciu odmłodniała i urosła w siłę. Przeszła gwałtowną globalizację, ale też stała się prawdziwie masowa – dziś każdy może ją tworzyć
Dobiega końca pierwsza dekada XXI wieku, w której zbiorową wyobraźnią zawładnęli: mały czarodziej, raperzy, postaci z kreskówek, telewizyjni celebryci i uciekający przed komercją internauci. Równocześnie ze współczynnikiem kiczu i bylejakości w głównym nurcie kultury rósł w siłę jej drugi, wirtualny, obieg.
Idole rodzą się co chwilę, ale ich żywot jest krótki. Bo konsumpcja rozrywki przyspieszyła, a w kulturze widać efekt kompresji czasu – doświadczamy jej w biegu, pobieżnie, pozornie. Także dlatego, że jest jej za dużo – uginamy się pod naporem nowych książek, piosenek i filmów. Prawdopodobnie w kolejnej dekadzie tempo będzie jeszcze większe. A my musimy się nauczyć błyskawicznie wybierać. W muzyce ostatnie dziesięciolecie zdominowali twórcy hip-hopu. Gatunek oderwał się od społecznych korzeni, ze sprawy sfrustrowanych czarnych chłopaków stał się światową modą, która przeniknęła inne nurty. Wszędzie słychać było mocne bity, a hiphopowi producenci zaczęli rządzić muzycznym show-biznesem. Zarobili fortuny, sprzedając muzykę, ubrania, perfumy, nawet samochody.
Dla nowej elity, nierzadko pochodzącej z nieuprzywilejowanych środowisk, hip-hop stał się drogą do emancypacji i władzy. Wszyscy, od Justina Timberlake’a po rockmanów, prosili raperów o pomoc. Jako ostatnia zrobiła to Madonna, wydany w zeszłym roku album „Hard Candy” okazał się jednak spóźnionym ruchem. Bo nowi, młodsi słuchacze byli już gdzie indziej. Zwrócili się w stronę muzyki indie (skrót od ang. independent – niezależny) – początkowo pod tym hasłem kryły się brytyjskie zespoły gitarowe. Smukli chłopcy oferujący żywe brzmienie i zwyczajny wizerunek stali się antidotum na lukrowane, pełne przepychu i produkowane komputerowo utwory. Dziś indie oznacza wszystko, co świeże, naturalne, niesztampowe, jeszcze nieprzemielone przez turbiny popkultury. Czyli to, co pochodzi z Internetu, z ukrytych wirtualnych kieszeni, do których można dotrzeć m.in. za pośrednictwem serwisów YouTube i My Space, choć zostały one szybko poddane rynkowej kontroli i wykupione przez wielkie firmy. Jednak sieć 2.0, czyli tworzona i regulowana przez internautów (przede wszystkim w portalach społecznościowych), pozostaje źródłem nowości i ważnych trendów. Dzięki niej muzyczna oferta uległa bezprecedensowemu zróżnicowaniu: najwyżej cenione są zjawiska niszowe i wymykające się klasyfikacji. Etykiety: rap, metal, rock, straciły rację bytu. Tym bardziej że cechy typowe dla tych gatunków się wymieszały. W sezonie 2009 większość popularnych kapel rockowych używała elektronicznych bitów i syntezatorów, dotychczas kojarzonych z dance. Piosenkarki r&b serwowały zredukowane do minimum linie wokalne, a hiphopowcy porzucili gramofonowe skrecze – wolą surowe bębny. Zmiany dokonują się błyskawicznie. Ci artyści, których „odkryły” wytwórnie płytowe, radia czy telewizje, dla internautów są już spaleni. W żadnej gałęzi kultury nie istnieje teraz dominujący ośrodek władzy. Naprzeciw werdyktów akademii przyznających Oscary i Grammy stoją armie blogerów i fanów dyskutujących na forach. Konkurencją dla MTV są portale z wideoklipami, a przeciwwagą dla ogólnokrajowych rozgłośni – niezliczone internetowe radia nadające audycje dla wąskich grup odbiorców. Także telenowele i hollywoodzkie produkcje mają w Internecie coś na kształt gabinetu cieni – obrastające kultem filmy i seriale. [srodtytul]Muzyka na własność[/srodtytul] Tradycyjne media opisują popkulturę przestarzałym językiem: podają liczby sprzedanych płyt lub biletów do kina. Ale trafniejszy pejzaż tego, co naprawdę jest „pop”, daje liczba wejść na stronę z danym filmem czy liczba zamówień plików w cyfrowych sklepach z muzyką. W ogóle nie sposób precyzyjnie określić znaczenia wydarzeń kulturalnych, bo wskaźniki popularności są niepoliczalne. Kryją się w krążących po wirtualnym świecie e-mailach, komunikatach na Twitterze, linkach na Facebooku. A trzeba też pamiętać o gigantycznej szarej strefie, czyli wciąż nielegalnym, lecz powszechnie akceptowanym przez internautów, obrocie muzyki i filmów. [wyimek]Bohaterami zbiorowej wyobraźni są teraz nastolatki, takie jak 19-letnia gwiazda country Taylor Swift[/wyimek] Upodobania odbiorców są dziś tak różne i tak łatwo zaspokajane, że kulturę masową coraz trudniej definiować. Coraz trudniej mówić o wyraźnych tendencjach czy modach. Jedyną cechą łączącą twórców nowej generacji jest ich indywidualizm i niechęć do mówienia w imieniu zbiorowości. Nie jednoczy ich żadna wspólna sprawa – pokoleniowa, narodowa czy światowa. Stają przed kupioną za grosze komputerową kamerą, w zwykłych ciuchach, i nagrywają piosenkę, w której opowiadają o swoich przeżyciach. A potem umieszczają ją na YouTube. Biorą do ręki telefon komórkowy i kręcą nim film, który później zwycięża offowy konkurs. Tak to się zaczyna i często na tym się kończy. Wielu dzieciom XXI wieku wystarczy, że powiedzą, co myślą. Nie chcą nikogo przekonywać do swoich racji, o nic walczyć ani się buntować. Nawet ci, którzy osiągnęli status światowych sław, nie śpiewają o pokoju, głodującej Afryce ani o ratowaniu planety. Siłą dawnych przyzwyczajeń robi to Bono, jednak w wydaniu globalnego kaznodziei mało kogo przekonuje. Jako ostatni na poważnie walką o ideały zajmował się Michael Jackson, ale był traktowany jak naiwny dziwak. Jego śmierć symbolicznie zamknęła epokę gwiazd w rozmiarze XXL. Stery muzyki przejęli zwykłe dziewczyny i chłopcy z sąsiedztwa. Także słuchanie piosenek ma dziś indywidualny, intymny wymiar. Subkultury dogorywają, nie potrzebujemy zbiorowej identyfikacji. Dzięki iPodom i komórkom prywatne płytoteki nosimy przy sobie. „Pokaż, co masz w iPodzie, a powiem ci, kim jesteś” – tworzony samodzielnie muzyczny profil stał się ważnym elementem tożsamości. Upowszechnienie muzyki w formacie cyfrowym, jej wszechobecność i dostępność zbiegły się z renesansem masowych koncertów. To po części konsekwencja zmian na rynku muzyki i wyraz społecznych potrzeb. Kiedy rozwój Internetu spowodował drastyczny spadek sprzedaży płyt, artyści musieli wrócić do regularnego grania. Występy znów są dla nich podstawą zarobków, ale też kluczowym sprawdzianem umiejętności. Kiedyś to płyty przyciągały na koncerty, teraz dzieje się odwrotnie – sceniczny fenomen artystów coraz częściej decyduje o powodzeniu ich albumów. Na tej zmianie korzystają rzesze artystów, którzy dotychczas byli skazani na pukanie do drzwi wytwórni. A w elicie supergwiazd zaczął się wyścig: liczą się ci, którzy potrafią zapewnić widowisko. Koncertom towarzyszy niezwykły paradoks, widoczny także w Polsce, która w nowym tysiącleciu została wpisana na muzyczną mapę Europy. Mimo słabej infrastruktury regularnie gościmy pierwszą ligę. Tylko w ostatnich latach byli u nas: Stonesi, Santana, Madonna, U2, Red Hot Chilli Peppers, Jay-Z, George Michael, Metallica, Alicia Keys, Rihanna. Za bilety trzeba płacić po kilkaset złotych, a mimo to rozchodzą się na pniu. Zalewani wirtualnymi produktami kultury jesteśmy spragnieni autentycznych wrażeń, kontaktu z artystą. I okazji do wspólnego przeżywania emocji z innymi, choćby obcymi, ludźmi. Na co dzień odosobnieni przed ekranami swych telewizorów i telefonów, szukamy potwierdzenia, że poza matriksem istnieje realny świat. Ale co się dzieje, gdy już się w nim znajdziemy? Zamiast romantycznych zapalniczek wyciągamy w górę telefony komórkowe i aparaty cyfrowe – bezustannie fotografujemy, usiłujemy zatrzymać chwile, przywłaszczyć je sobie, włączyć do folderu. Jesteśmy tym tak pochłonięci, że zapominamy doświadczać. Stojąc w tłumie, choć otoczeni osobami, z którymi łączy nas przynajmniej jedno – sympatia dla artysty – trzymamy się siebie i swoich komórek. A po jakimś czasie zgromadzone kadry kasujemy, bez sentymentu, bo jak tęsknić do chwil, których nie było? Opróżniamy folder i... kupujemy bilet na nowy show. [srodtytul]Telewizja zżera życie[/srodtytul] Internetowe targowisko kultury niezależnej, gdzie debiutują nowi twórcy, powstało jako odpowiedź na dokonujący się równolegle całkowicie przeciwstawny proces – konsolidację komercyjnej rozrywki. Realizowana przez internautów filozofia „zrób to sam” ma wykrzywione odbicie w postaci telewizyjnych reality shows, które promują przeciętniaków (jak „Big Brother”); odkarmionych na bulwarówkach i sfrustrowanych swą niewidocznością domorosłych śpiewaków („Idol” i „X-Factor”) czy dziwaków spragnionych rozgłosu („Mam talent”). Telewizyjno-tabloidowa machina nakręca mit o Kopciuszku i powołuje do życia kolejne wydmuszki, by je wykorzystać, a potem odesłać tam, skąd przyszły – w medialny niebyt. O ile prezentowane w Internecie komentarze często tworzą demokratyczny zbiór opinii i są realizacją wolności słowa, o tyle w telewizji głosowania SMS stały się współczesną ilustracją rządów motłochu. Tak zwana szeroka publiczność odrzuciła autorytety, zdetronizowała kompetentnych jurorów i zastąpiła ich ludowymi trybunami – wygadanymi jak Kuba Wojewódzki i Iwona Pavlović. Telewizyjne społeczeństwo oklaskuje ich, na zmianę kocha i nienawidzi. A na koniec chętnie obala werdykt populistycznego jury, wydając własny, skądinąd będący często wynikiem telewizyjnej manipulacji. Wzrosła moc telewizji. Ogromnej liczbie ludzi gapienie się w telewizor całkowicie zastępuje uczestnictwo w kulturze. Jeszcze na początku dekady cenieni polscy aktorzy wzdragali się przed serialowym kontraktem. Dziś tych, którzy go nie mają, można policzyć na palcach obu rąk. Oglądanie tego samego aktora w spektaklu Czechowa, na parkiecie w TVN i okładce „Faktu” prowadzi do pomieszania wartości i mylenia fikcji z prawdą. Telenowele imitują sceny z życia codziennego, tabloidy zaś atakują udawanymi chwilami „autentycznej” prywatności. Aktorzy i muzycy porzucają zawodową tożsamość, by zdobywać nowe talenty: pozowania do zdjęć, opowiadania bzdur i tańczenia na lodzie. Za to fikcyjni bohaterowie seriali parają się twórczością w realu. Na przykład wydając książki, jak Basia Jasnyk z prezentowanego w TVN „Teraz albo nigdy!”. Nieistniejąca dziewczyna „napisała” bestseller „Kaktus w sercu”. Zaburzenia w odbiorze rzeczywistości dotyczą jednocześnie widzów i twórców rozrywki. Britney Spears całe życie spędziła w odrealnionych warunkach. Tak jak Jackson od piątego roku życia była poddawana monitoringowi mediów. Kilka lat temu przeszła załamanie nerwowe. Moment, w którym zgoliła głowę, straciła prawa do opieki nad dziećmi i w kaftanie bezpieczeństwa pojechała do szpitala, był prawdopodobnie jedynym niewyreżyserowanym epizodem jej biografii. A oglądaliśmy go jak niezasługujący na współczucie cyrk. Równie spokojnie obserwowaliśmy pokłute od ćpania ręce Amy Winehouse. Nie wierzymy w cierpienie celebrytów, z bezmyślnym uporem kochamy bajki o książętach i księżniczkach popkultury. Takich jak najpopularniejsza para świata – Angelina Jolie i Brad Pitt, zmutowani w jeden organizm zwany Brangeliną. Razem z adoptowanymi dziećmi stali się współczesnym wcieleniem Świętej Rodziny, wzorem hiperaltruizmu. Tymczasem są największym monstrum tabloidowego świata: dwojgiem ludzi, którzy wynieśli snobizm do perwersyjnego wymiaru. Zamiast prywatnych wysp i jachtów mają unikatową kolekcję sierot zwiezionych z kilku kontynentów. [srodtytul]Zatarta granica dzieciństwa[/srodtytul] Triumf fikcji najlepiej widać w kinie. Przez ostatnich dziesięć lat najwięcej pieniędzy zarobiły filmy o Harrym Potterze, hobbitach poszukujących magicznego pierścienia, karaibskich piratach oraz superbohaterach: Batmanie, Spidermanie i Jamesie Bondzie. Wszystkie te filmy proponują przeniesienie w alternatywny świat nie tylko w sferze wyobraźni, ale i faktycznych doznań: na ekranie królują efekty specjalne i projekcje trójwymiarowe. Nowa „Opowieść wigilijna” sięga na dalszy poziom abstrakcji – prawdziwych aktorów zmienia w animowane postaci. Ludzie są już tylko półproduktem, który zostaje poddany skomplikowanej cyfrowej obróbce. Reżyser zrealizowanego w technice 3D „Avatara” James Cameron, zapowiadał, że jego dzieło na zawsze odmieni kino. Nie dość, że zapewnia trójwymiarową wizję, to jeszcze pokazuje miłość człowieka do przedstawicielki humanoidalnej rasy zamieszkującej inną planetę. Dziś to jeszcze ścience fiction, ale jutro? Przecież wczoraj cyberprzestrzeń wydawała się szaloną wizją. Propozycja Camerona jest też podsumowaniem zjawiska, które zdominowało kino rozrywkowe: zatarła się granica między światem dorosłych i dzieci. Fenomenem dekady były animacje: „Shrek”, „Gdzie jest Nemo”, „Epoka lodowcowa”, „Kung-Fu Panda” czy „Madagaskar”. Każdy z tytułów na koniec sezonu plasował się w piątce najlepiej zarabiających filmów. Można pomyśleć, żeśmy u progu nowego wieku zdziecinnieli, ale chodzi raczej o to, że zignorowaliśmy potrzeby najmłodszych. Nowe animacje tylko z pozoru są przeznaczone dla dzieci, faktycznie – mają utrzymać w kinie ich zabieganych rodziców. Współczesna popkultura nie pozwala na stopniowe dorastanie, nie zna pojęcia procesu ani ciągłości. Prezentuje rzeczywistość w jednym wymiarze: teraz. Wczoraj już nikogo nie obchodzi, a jutro – to za późno. Dlatego do kręgu sławy wchodzą coraz młodsi – nie chcą czekać ani pracować na swoje 15 minut, działają zgodnie z zasadą: mówisz – masz. Bohaterami zbiorowej wyobraźni są teraz dzieci i nastolatki: Harry Potter i jego magiczni przyjaciele, 11-letnia Klaudia Kulawik śpiewająca piosenki Niemena czy 19-letnia gwiazda country Taylor Swift, która rzuciła Amerykę na kolana. Dla młodych powstały maleńkie iPody. Dla nich znakomici muzycy upraszczają piosenki, by dobrze brzmiały w komórkach. Z myślą o dzieciakach stworzono czytniki elektroniczne, który lada moment przemeblują rynek literatury. Wydawcy liczą, że zachęcą one do klasyki, bo dzieci nowej ery czytają znacznie mniej. Z braku czasu, ale i z przekonania, że wypowiedź literacka niewiele się różni od wypowiedzi w blogu. Każdy może pisać. W XXI stuleciu wszyscy chcą być nowi i aktualni. Dlatego młodość staje się coraz młodsza, a wraz z nią odmładza się kultura masowa. Obejmuje zarówno 14-letnią Miley Cyrus znaną milionom dzieci z serialu „Hannah Montana”, jak i 50-letnią Madonnę, która objechała glob, prezentując umięśnione ciało na dowód, że można oszukać czas. Na szczęście jest jeszcze Meryl Streep – elektryzująca 60-latka, którą kochamy, bo ma odwagę twardo stąpać po ziemi i po prostu się starzeć.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL