Opinie

Rok trzech prymasów

Abp Henryk Muszyński, którego ingres odbył się w minioną sobotę, prymasem ma być tylko do marca 2010 roku
Fotorzepa, bartosz jankowski Bartosz Jankowski
Uratować prymasostwo od stopniowego zapomnienia i degradacji znaczenia tego urzędu mogą już tylko sami prymasi. Swoją osobowością i autorytetem moralnym – pisze publicystka „Rzeczpospolitej”
W sobotę, 19 grudnia, w katedrze gnieźnieńskiej nastąpiła uroczysta inauguracja prymasostwa abp. Henryka Muszyńskiego. Dzień wcześniej zakończył się okres prymatury kard. Józefa Glempa. W ten sposób po 17 latach tytuł prymasa powrócił do arcybiskupów gnieźnieńskich, z którymi związany jest od XV wieku. Ale tego dnia stało się jeszcze coś równie istotnego: w sposób symboliczny, ale definitywny zakończyła się epoka wielkich prymasów Polski, którzy mieli realną władzę kościelną, a w czasach I Rzeczypospolitej także polityczną.
[srodtytul]Rzeczywisty przywódca[/srodtytul] To właśnie pamięć o prymasach – interreksach zwołujących sejmy elekcyjne, zasiadających w senacie, o prymasach, którzy w trudnych chwilach dla Polaków jednoczyli ich wokół wartości religijnych, podtrzymywali tożsamość narodową – sprawia, że ten tytuł jest u nas bardzo ceniony. Do szczególnej pozycji wyniósł godność prymasa kard. Stefan Wyszyński z racji osobistego autorytetu i specjalnych pełnomocnictw Stolicy Apostolskiej (miał je wcześniej prymas Hlond), które pozwalały mu regulować w imieniu Watykanu wszystkie sprawy wewnątrz i na zewnątrz Kościoła w Polsce (z wyjątkiem zawarcia konkordatu i mianowania biskupów).
Prymas Wyszyński przez kilkadziesiąt lat był rzeczywistym przywódcą Kościoła w Polsce. I o takim prymasie – liderze, który wskaże kierunek działania całemu Kościołowi nad Wisłą, a potem będzie wymagał konsekwentnej jego realizacji od biskupów, księży i świeckich, marzy wciąż wielu Polaków. Ale czas prymasów pośredników między biskupami diecezjalnymi a papieżem w Kościele powszechnym dawno minął. Skończył się kilkadziesiąt lat temu wraz z Soborem Watykańskim II. W Polsce jednak pozycja prymasów również po soborze była wyjątkowa, bo i wyjątkowe było położenie Kościoła, który walczył o przetrwanie i o zahamowanie systemowej ateizacji społeczeństwa przez komunistów. Trzeba przyznać, że Watykan (a właściwie papież Polak) brał pod uwagę tę wyjątkową pozycję prymasów Polski także po 1989 roku. To dlatego budowanie nowego modelu prymasostwa jako godności wyłącznie honorowej przebiegało stopniowo i łagodnie. Specjalne uprawnienia Watykanu prymas Józef Glemp utracił w 1989 roku, gdy Polska nawiązała stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską i do Warszawy przyjechał nuncjusz. Nie bez znaczenia jest, że był nim Polak. Przypuszczam, że gdyby nuncjuszem został Włoch albo dyplomata watykański innej narodowości, przechodzenie od prymatury silnej do honorowej odbyłoby się w Polsce znacznie szybciej. [wyimek]Benedyktowi XVI zależy na ostatecznym uporządkowaniu sytuacji prymasostwa w Polsce i dostosowaniu go do Kościoła powszechnego[/wyimek] Dopiero w 1994 roku nowy statut episkopatu rozdzielił tytuł prymasa i funkcję przewodniczącego episkopatu, wprowadzając jego kadencyjność, a w praktyce stało się to dziesięć lat później, w 2004 roku, gdyż prymas Glemp jeszcze przez dwie kadencje był wybierany na przewodniczącego episkopatu. Zachował też tytuł prymasa mimo rozdzielenia w 1992 roku unii personalnej między Warszawą i Gnieznem (arcybiskupem gnieźnieńskim został wówczas abp Henryk Muszyński). Jan Paweł II, aby zachować związki między prymasem a Gnieznem, utworzył dla kard. Glempa specjalny tytuł: kustosza relikwii św. Wojciecha. To wszystko sprawiło, że prymas Glemp także po 1989 roku był w episkopacie i w Polsce kimś więcej niż primus inter pares, czyli pierwszym między równymi. [srodtytul]Dewaluacja tytułu[/srodtytul] Ale ten czas dobiegł końca. Widać, że Benedyktowi XVI i kurii rzymskiej zależy na ostatecznym uporządkowaniu sytuacji prymasostwa w Polsce i dostosowaniu go do Kościoła powszechnego. Dlatego na nic się zdały argumenty niemałej części episkopatu, a także zabiegi polityków w Watykanie, by stolicą prymasów uczynić Warszawę jako centrum życia społecznego, kulturalnego, politycznego i w ten sposób umocnić rangę tytułu. Wydaje się, że te argumenty działały wręcz przeciw przyjęciu takiego rozwiązania. Determinacja Watykanu jest tak duża, że nie cofnęła się nawet przed rozwiązaniami, które sprawią, że w przyszłym roku będziemy mieli trzech prymasów: dwóch seniorów i nowego, którego nazwiska jeszcze nie znamy. Abp Henryk Muszyński potwierdził bowiem w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że prymasem będzie do marca 2010 roku. Działalność w jednym kraju nawet kilku „urzędujących” prymasów dla Watykanu nie jest czymś nowym. W historii zdarzało się bowiem – i zdarza – że w jednym kraju, jak Francja, Niemcy, Anglia, jest po kilku honorowych prymasów. I jest to tradycja długa. Watykan od początku stosował bowiem dwa modele tworzenia urzędów prymasa: honorowy i jurysdykcyjny. Ten drugi model zastosował wobec arcybiskupów gnieźnieńskich. Ta historyczna dwumodelowość jest jednym z powodów tego, że w wielu krajach wierni często nawet nie wiedzą, że mają prymasa, w Polsce jest odwrotnie. Dlatego istnienie trzech prymasów może w Polsce wywołać dezorientację, a w efekcie dewaluację tytułu. Biskupom, episkopatowi bardzo zależało, by tak się nie stało, by jak najwięcej zachować z rangi tytułu i instytucjonalnie umocnić pozycję prymasa. I Watykan poszedł na ustępstwo. Nie zgodził się na związanie prymasa z Warszawą, ale pozwolił, aby prymas z urzędu, a nie z wyboru, zasiadał w Radzie Stałej i w ten sposób miał nieco realnej władzy. Prymas jako członek rady będzie współdecydował o kierunkach działania episkopatu, co stanie się też okazją, by częściej zabierać głos w sprawach nie tylko wewnątrzkościelnych, ale i publicznych. Ale to przecież nie wystarczy, by stał się on postacią ważną w Polsce. By jego głos był z uwagą słuchany i rozważany. Uratować prymasostwo od stopniowego zapomnienia, degradacji znaczenia przy braku uprawnień jurysdykcyjnych mogą już tylko sami prymasi. Ci, którzy będą obdarzeni tą godnością. Czy będą to naprawdę wybitni duchowni, osoby o szerokich horyzontach mające wizję Kościoła? Czy będą zgodnie z tradycją prymasów łączyć, a nie dzielić, ale przede wszystkim, czy będą się cieszyć autorytetem moralnym?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL