Literatura

Czy da się żyć po bożemu

Michael Cogliantry
Pewien nowojorski Żyd-agnostyk spróbował przez rok stosować się do wskazań i zakazów Starego i Nowego Testamentu, nie zmieniając miejsca zamieszkania, zawodu ani kręgu towarzyskiego
Co z tego wyszło, A.J.Jacobs, redaktor pisma „Esquire”, rzetelnie opisał w tomie „Rok biblijnego życia”. Dzieło właśnie ukazało się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Rzecz chwilami komiczna, momentami absurdalna, ale dająca do myślenia. Czy typowy przedstawiciel średniej klasy, przesiąknięty współczesną masową kulturą, inteligencik-nerwus przywodzący na myśl Woody’ego Allena w „Manhattanie”, pracoholik i fan zwariowanych projektów (kilka lat wcześniej przeczytał całą Encyklopedię Britannikę) potrafi z przekonaniem zanurzyć się w religijnej tradycji?
[srodtytul]PIN do transcendencji[/srodtytul] Edukację biblijną Jacobs zaczął cztery lata temu. Przedtem żył na duchowej plaży. Przedsięwzięcie sprawiło, że trochę na siłę, trochę z potrzeby zaczął szukać „PIN-u do duchowej transcendencji” – by użyć jego słów. Nie on pierwszy starał się zmądrzeć, rozpoznając i zgłębiając różne religie. Rok temu ukazała się książka Tobiasa Jonesa „Sny o Utopii”. Autor peregrynował wraz z żoną po Europie tropami pięciu różnych sekt. Przebywał wśród wyznawców co najmniej po kilka tygodni, rejestrując wrażenia i opiniując stan intelektualno-duchowy wspólnot. Ale zarówno „rok biblijnego życia”, jak krótkoterminowe wnikanie w zamknięte religijne społeczności nie przyniosły autorom duchowej transformacji.
Jacobs po zakończeniu doświadczenia nie przeszedł na judaizm ani chrześcijaństwo, nadal deklaruje się jako agnostyk. Ma jednak moralne zyski. Stał się bardziej tolerancyjny. Zbliżył się do swej żydowskiej tradycji. Zaczął cenić i smakować rytuały. A nawet – nauczył się modlić i znalazł w tym swoistą przyjemność. Kiedy zaczynał eksperyment, nie miał pojęcia, jak zwracać się do Boga. Pomysł Jacobsa przypomniał mi historię mojego kolegi artysty. Jego przypadek – to poszukiwanie „właściwej” wiary. Goj, wychowany jako katolik. Umiarkowanie religijny, praktykujący od wielkiego dzwonu. Do pewnego momentu. Przypadkowo spotkani w Warszawie przybysze z Izraela sprawili, że… przeszedł na judaizm. Przez pewien czas nowo nawrócony kumpel stanowił dla znajomych przedni temat do żartów. Nasz neofita wyemigrował do Izraela, zaczął pracować w kibucu. Obrzezał się, zmienił nazwisko. Wszystko w poszukiwaniu duchowej pełni. Zastanawiałam się, jak zakwalifikować przedsięwzięcie Arnolda Juniora (zwanego A.J.) Jacobsa? Moim zdaniem jego eksperyment plasuje się pomiędzy reportażem i projektem artystycznym. Chodzi mi o typ reportażu określany mianem „uczestniczący”. To maksymalnie wierne relacje z życia środowisk, które dziennikarzowi są na co dzień obce. Utożsamia się on na jakiś czas z przedstawicielami innych środowisk, a następnie opisuje doświadczenia. Bodaj najgłośniejszy stał się wyczyn niemieckiego dziennikarza Güntera Wallraffa, który wiele lat temu, podając się za Turka, podjął pracę w fabryce, następnie opisał, czego doświadczył. Ostatnio zaś czytałam o globtroterze Jacku Hugo-Baderze, który postanowił pędzić żywot bezdomnego. Artyści również chętnie imają się tego rodzaju projektów. Przykłady z naszego podwórka – Katarzyna Kozyra ucząca się belcanta i interpretująca (publicznie) arie z oper Mozarta; Artur Żmijewski dokonujący „Powtórzenia” więziennego eksperymentu profesora Zimbardo; Joanna Rajkowska wynajmująca się do rozmaitych (przyzwoitych) zajęć zleconych przez nieznanych klientów; Paweł Althamer zatrudniający się jako gastarbeiter na Zachodzie. Moim zdaniem „Rok biblijnego życia” był zbliżonym przedsięwzięciem. I jak w wymienionych powyżej przypadkach, wpłynął na osobowość głównego bohatera. A.J.Jacobs wprowadził plan w czyn 1 września 2005 roku. Nie zakończył jednak działań po 365 dniach – opóźnił finał o miesiąc, bo w „okresie biblijnym” urodziły mu się bliźniaki, na jakiś czas odciągając od religijnych zajęć. Czasochłonnych, wymagających koncentracji, co ważniejsze – pozostających w kolizji z rodzicielskimi obowiązkami. Wniosek: wierność Staremu Testamentowi wymaga innego niż obecnie rozpowszechniony modelu rodziny. W ogóle nie pasuje do obecnego świata – bo jak dziś respektować ponad 600 zasad?! W porównaniu z taką dawką Dekalog to zaledwie konspekt. Czy można się dziwić, że autor nieustannie popada w konfuzję – jak interpretować setki wskazań, zaleceń, zakazów. Radzi sobie z pomocą stosownych lektur oraz armią fachowych doradców. Zabawny, zarazem znamienny dla naszych czasów był kłopot z wyborem Biblii. Bo istnieją dziesiątki, jeśli nie tysiące wersji. W tym warianty dla przygłupów i hiphopowców z tekstami w rodzaju „Bóg jest cool”. [srodtytul]Kultura bycia dzięki religii[/srodtytul] Fascynujące są wyprawy A.J. po religijne prawzory. Nawiązuje kontakt z ortodoksami (u chasydów włącza się w najbardziej pijacką imprezę życia), kreacjonistami, amiszami i świadkami Jehowy. Dociera do Kościołów skrajności (ultraprawicowy Kościół założony przez Jima Falwella; na przeciwnym biegunie – grupa homoseksualnych ewangelicznych chrześcijan). Peregrynuje, rzecz jasna, do Izraela, gdzie odwiedza wyklętego przez familię wujka Gila, ongiś hinduistę i guru w Indiach, potem przewodniczącego sekty milczków, organizatora rodziny hipisowskiej, obecnie ultraortodoksyjnego Żyda z Jerozolimy, organizującego szabasowe kolacje jako turystyczne atrakcje dla poszukujących. Nic to jednak wobec formacji „poskramiaczy węży”. Kiedyś czytałam romans rozgrywający się w środowisku, które wydało mi się odległą w czasie egzotyką. Otóż, mieszkańcy zapadłej amerykańskiej dziury modlili się z udziałem jadowitych gadów. Jeśli ukąsił, wola boża. Jad zabił delikwenta – widać tak być musiało. Ukąszony przeżył – łaska boska. Wyznawcy gadziego kultu popijają też strychninę, identycznie interpretując efekty jak w przypadku ukąszenia. Wydaje się to szaleństwem skrzyżowanym z barbarzyństwem. Okazuje się, że taka grupa założona wiek temu w stanie Tennessee istnieje tam do dziś. A. J. ogląda spektakl zaaranżowany specjalnie dla niego. Zahipnotyzowany wąż tylko wysuwa język, trup nie pada. Ale emocje były. Czy w wyniku biblijnego eksperymentu A.J. zyskał coś więcej poza wiedzą i kasą? Tak. Stał się dobrze wychowanym, opanowanym i empatycznym człowiekiem. Jakby przeszedł szkołę kindersztuby i poprawnych manier. Okazuje się, że odrzucony i zapomniany bon ton to nie wymysł świeckich wyższych warstw, lecz wymóg religijny. A.J. już po roku wyskromniał, spokorniał. Złagodził swoje obyczaje, zwłaszcza w relacjach z bliźnimi. Wyeliminował negatywne reakcje – agresję, złość, zazdrość (szczególnie o sukcesy innych), plotkarstwo, obmawianie znajomych – w myśli i mowie, przekleństwa. Nagle zdaje sobie sprawę, jak intensywnie współczesny język jest zaśmiecony wulgarnością (która wcześniej nie tylko go nie raziła, lecz wręcz lubował się w dosadnej terminologii). Co więcej, zauważa, że „hardcorowe” słownictwo przekłada się na brutalne, aroganckie zachowanie; podnosi poziom testosteronu. W pełni popieram. Przypomnę niedawną aferę wywołaną zachowaniem rapera Pei. Media zawrzały oburzeniem, że idol namawiał do linczu podczas koncertu. Dziwne, że nikt nie reagował wcześniej na teksty jego – pożal się Boże – utworów. Powiedzieć – rynsztok, to mało. Tymczasem to wulgarne wierszoklectwo uznano za zjawisko w kulturze. Nagradzano. Pytam: Dlaczego wyniesiono na podium subkulturę marginesu? Przecież nietrudno było przewidzieć konsekwencje. Jacobs weryfikuje też z pozoru niewinną i masową manię: pstrykanie fotek. Dla pobożnych Żydów (także dla mahometan) – zakazana przyjemność. Bałwochwalstwo i fetyszyzm. Zwłaszcza niebezpieczny jest zwyczaj uwieczniania się z celebrytami – żeby chełpić się przed innymi. Podobnie szkodliwe może być oglądanie telewizji (sprośny język, epatowanie seksem, wyzwalanie agresji). Warto także wyeliminować gadulstwo. I nauczyć się wdzięczności. Za to, co się ma, a nade wszystko – za życie, zdrowie, rodzinę. Jacobs ma dobry powód, żeby poprawić swój charakter: chce dobrze wychować synka Jaspera. Dwulatek (któremu pod koniec eksperymentu przybywa dwóch braci) jest rozpuszczony, jak większość pierworodnych – co nie rokuje najlepiej. A. J. nie wie, jakie metody wychowawcze stosować. Częściowo ze względu na syna, na jego etyczną edukację, podjął się realizacji Testamentowego programu. Uważam to za ważny, jeśli nie najważniejszy, aspekt przedsięwzięcia. „Nie chcę, żeby pływał w mętnej zupie relatywizmu moralnego”, mówi o synu Jacobs. „Nie ufam temu światopoglądowi, bo sam jestem jego wyznawcą i, choć jeszcze nie popełniłem ciężkiego przestępstwa, wydaje się on niebezpieczny”. Dotyczy to większości ludzi. Także tych uważających się za religijnych, a w istocie pozbawionych etycznej busoli. Na koniec A. J. zadaje retoryczne pytanie: „Czy byłoby źle, gdyby Jasper żył według Dekalogu? Wcale nie. Ale jak tego dokonać?” Sądzę, że odpowiedź dał jego eksperyment.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL