Polityka

Przepraszam – to tak trudno powiedzieć

Rzeczpospolita
Politycy i celebryci robią wszystko, by nie przyznać się do błędu
W poniedziałkowym wydaniu „Polski The Times" ukazały się przeprosiny Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS przeprosił byłego przyjaciela za sugestie, że nie wywiązuje się on z obowiązków alimentacyjnych wobec swoich dzieci.
Były to przeprosiny nietypowe. Wydrukowano je w środku gazety, ale na pierwszej stronie umieszczono specjalną zapowiedź: „Jarosław Kaczyński przeprasza Ludwika Dorna na str. 6". Nadgorliwość prezesa PiS? Nic z tych rzeczy. Okazuje się, że numery stron, na których miały ukazać się elementy przeprosin, sprecyzowała w pozwie mecenas Dorna.
- Treść pozwu mojego klienta starałam się formułować na zasadzie zwierciadła. Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim ukazał się na szóstej stronie, ale był zapowiadany na stronie pierwszej – wyjaśnia mecenas Agnieszka Metelska, która reprezentowała Ludwika Dorna w sądzie. – W pozwie sprecyzowałam też krój czcionki, jej wielkość oraz to, w których miejscach tekst ma być wytłuszczony. Uważam, że takie rzeczy trzeba uściślić, by uniknąć niewłaściwego wykonania wyroku – dodaje. Ta prawnicza nadgorliwość nie jest przypadkowa. Polscy politycy przepraszają niechętnie, a nieprecyzyjny wyrok sądu jest często wykorzystywany po to, by przeprosić na niby. Sposobów na to – jak pokazują przykłady – jest wiele. [srodtytul]Dorn za „chłystka" płaci dwa razy[/srodtytul] Co ciekawe, negatywne standardy w dziedzinie wykonywania wyroków wyznaczył właśnie Ludwik Dorn. W 2006 roku na konferencji prasowej nazwał „chłystkiem" dziennikarza Piotra Krysiaka, który opublikował w „Super Expressie" tekst o przeszłości podlegającego wówczas Dornowi wiceszefa MSWiA Marka Surmacza. – Polityk powinien korygować swoje decyzje pod wpływem doniesień prasowych, a nie obrażać dziennikarzy – tłumaczy Krysiak, który z powodu „chłystka" zdecydował się na batalię sądową z Dornem. Dziennikarz proces wygrał, a Dorn wyrok wykonał. Polityk zamieścił w miesięczniku „Press" przeprosiny. Dodał jednak do nich coś od siebie – nieprzewidziany w wyroku sądu dopisek w postaci słownikowej definicji słowa „chłystek": „młody człowiek bez powagi, doświadczenia, młokos, fircyk, smarkacz". Dziennikarz uznał, że Dorn wyrok wypaczył, i ponownie wniósł sprawę do sądu. Polityk się bronił, argumentując, że słowo „chłystek" jest dziś archaizmem, więc podanie jego definicji było wypełnieniem swoistej misji edukacyjnej. Sąd miał jednak odmienne zdanie na temat samowolnego dopisku i Dorn musiał przeprosić ponownie. Efekt był taki, że na przeprosiny w „Pressie" polityk wydał w sumie nie dziesięć, lecz 20 tysięcy złotych. [srodtytul]Trudne słowa dla konserwatywnych[/srodtytul] Dorn częściej miał problemy z wypowiedzeniem słowa „przepraszam". W 2007 roku odmówił przeproszenia fotoreporterów, których nazwał „ścierwojadami", nie przeprosił dziennikarza „Financial Timesa" za określenie go mianem „burej suki", a za słowa Dorna o „wykształciuchach" pod adresem polskiej inteligencji musiał się kajać prezes PiS Jarosław Kaczyński. – Przepraszać nie potrafią zwłaszcza politycy o poglądach konserwatywnych – zauważa politolog dr Wojciech Jabłoński. – Okazuje się, że deklarowane przekonania to jedno, a rzeczywistość to drugie. Często używają formułki „jeśli ktoś poczuł się urażony, proszę o wybaczenie". W ten sposób przepraszają, jednocześnie nie przepraszając. Dokładnie tych słów użył w styczniu Jarosław Kaczyński, tłumacząc się z „wykształciuchów" Dorna. Dodał, że zależy mu, by „polska inteligencja widziała PiS we właściwym wymiarze". Zaznaczył, że chodzi mu o inteligencję „etosową", co wywołało ożywiony spór o to, co prezes miał na myśli. Równie subtelnie Monikę Olejnik przepraszał przed rokiem były szef Kancelarii Prezydenta Piotr Kownacki. Po zakończeniu jednego z wywiadów Lech Kaczyński – według relacji Olejnik – miał grozić dziennikarce, że ją wykończy, że to jej koniec. Poinformował dziennikarkę, że znalazła się na jego krótkiej liście. Kownacki opowiadał, że prezydent przysłał dziennikarce kwiaty i przeprosił ją przez telefon, ale dodał: – Prezydent, nawet jeśli nie czuje się winny, to w przypadku, gdy jakaś kobieta poczuje się urażona, potrafi przeprosić. Znany jest ze swojej rycerskości. Przepraszać tak, by w zasadzie nie przeprosić, potrafi też premier Donald Tusk. Po wygranych wyborach w 2007 roku politycy PiS domagali się od niego, by przeprosił Lecha Kaczyńskiego za ataki z kampanii wyborczej. – Jeśli panu prezydentowi do nawiązania współpracy ze mną i z partią, która wygrała wybory, potrzebne jest słowo „przepraszam", mówię: przepraszam – oświadczył Tusk. Pod koniec listopada do grona przepraszających na niby dołączył też były prezydent Lech Wałęsa. Przeprosił w Radiu Zet Jarosława Kaczyńskiego za to, że kiedyś sugerował jego skłonności homoseksualne, mówiąc, że ma „męża". – Człowiek jest tylko człowiekiem i czasem poddaje się emocjom – tłumaczył swoje zachowanie Wałęsa i jakby na dowód tych słów zaczął od razu ostro atakować Lecha Kaczyńskiego, ostrzegając, że „go dopadnie" i mu „nie daruje" wypowiedzi o „Bolku". [srodtytul] Problem artystów [/srodtytul] Na tle przedstawicieli innych profesji politycy ze swoimi niepełnymi przeprosinami nie odstają od ogólnej polskiej normy. We wrześniu na koncercie w Zielonej Górze raper Peja podżegał tłum do linczu na prowokującym go nastolatku. Po kilku dniach zdecydował się przeprosić wszystkich z wyjątkiem pobitego chłopaka. Konsternację czytelników internetowych portali plotkarskich wzbudziły też niedawne przeprosiny, jakie znany satyryk Krzysztof Daukszewicz wystosował pod adresem jednego z blogerów. Daukszewicz na antenie TVN 24 przeczytał jego satyryczny tekst, utrzymując, że napisał go sam. Gdy sprawa wyszła na jaw, oświadczył, że wydawało mu się, iż to jego własny utwór, bo „zgrabnie, porządnie napisany", a jeśli przeprosiny nie wystarczą, „stawia dobrą flaszkę na zgodę". [srodtytul]Najlepsze chwyty tabloidów [/srodtytul] To jednak nic w porównaniu z tym, jak do tematu przeprosin podchodzi prasa brukowa. – Cała siła tabloidów opiera się na uzurpacji władzy moralnej. Utrzymują czytelnika w przekonaniu, że mają prawo ciskać gromy na jakąś gwiazdę albo polityka. Dlatego jeśli sąd nakazuje im kogoś przeprosić, uciekają przed tym, stosując triki redakcyjne – mówi medioznawca prof. Maciej Mrozowski. Dlatego gdy w sierpniu 2006 roku zgodnie z wyrokiem sądu przyszło „Faktowi" przeprosić Joannę Brodzik za pisanie kłamstw o jej życiu prywatnym, redakcja zastosowała nietypowy wybieg. Odpowiadając rzekomo na apel ONZ o ustanowienie Międzynarodowego Dnia Przeprosin, wydrukowała zasądzoną notkę obok wielu innych, m.in. boksera Andrzeja Gołoty, który przepraszał za to, że „w trakcie swej wieloletniej kariery sportowej, podczas walki i w życiu codziennym, dopuścił się zachowań powszechnie uważanych za głupie", oraz aktorki Agnieszki Fitkau-Perepeczko, która się tłumaczyła, dlaczego nie zdążyła jeszcze wystawić nagrobka zmarłemu mężowi. W październiku ciekawe przeprosiny wydrukował „Super Express". Miał je zamieścić za opublikowanie w 2006 roku zdjęć topless Małgorzaty Kożuchowskiej. Przeprosiny dla aktorki miały być na dużym białym polu na pierwszej stronie gazety. I były. Tyle że na samym dole białego pola, ledwie widocznym drukiem. – Wyrok nie precyzował wielkości czcionki. Wykonaliśmy go literalnie – mówi „Rz" redaktor naczelny gazety Sławomir Jastrzębowski. – Osobiście uważam, że nie naruszyliśmy dóbr Małgorzaty Kożuchowskiej, bo opalała się topless na publicznej plaży. Jej zdjęcie było ilustracją artykułu o zmieniających się obyczajach. W równie twórczy sposób „Super Express" przeprosił niedawno dziennikarkę Patrycję Kotecką za publikację zrobionego jej przed laty zdjęcia z odsłoniętym biustem. Wydrukował treść, ale zmniejszając odstępy między wersami. Efekt był taki, że czcionka się zlewała. W dodatku z powodu niedopatrzenia prawników Koteckiej w Internecie przeprosiny zawisły na nieużywanym już portalu www.se.com.pl (dziś redakcja posługuje się adresem se.pl) i to w formie pliku graficznego, co uniemożliwia znalezienie treści oświadczenia w wyszukiwarkach internetowych. Redakcja spóźniła się też z wpłatą zasądzonej kwoty pieniędzy na wskazane przez Kotecką konto stowarzyszenia zajmującego się badaniami nad rakiem piersi. - Od czasu tego procesu zacząłem precyzować w pozwach odstępy między wersami tekstu przeprosin – przyznaje mecenas Maciej Ślusarek, pełnomocnik Patrycji Koteckiej. - Procesowanie się z tabloidami przypomina zabawę w kotka i myszkę. Zwłaszcza gdy chodzi o przeprosiny w Internecie, który jest medium skomplikowanym technicznie, co daje redakcjom duże możliwości obchodzenia wyroku. To pokazuje też, jaki stosunek mają gazety tego typu do wymiaru sprawiedliwości. [srodtytul]Amerykańskie standardy [/srodtytul] – Polscy politycy są głęboko zakompleksieni, a przeprosiny traktują w kategoriach upokorzenia. To duży błąd wizerunkowy, bo przyznanie się do winy może dodać punktów – komentuje politolog dr Wojciech Jabłoński. – A mnie się marzy, by w Polsce obowiązywały podobne standardy jak w Stanach Zjednoczonych. Tam politycy są w stanie podać sobie rękę i życzyć wszystkiego dobrego. Przypomina, że po przegranych wyborach prezydenckich John McCain pogratulował Barackowi Obamie zwycięstwa i powiedział Amerykanom: „przegrana jest moja, ale nie wasza". Nowy prezydent na najwyższe stanowisko w rządzie mianował swoją byłą rywalkę Hillary Clinton. Później Obama wielokrotnie pokazywał, że potrafi przepraszać. W marcu, po niefortunnym żarcie w popularnym programie rozrywkowym telewizji NBC, gdzie oświadczył, że gra w kręgle na poziomie zawodów dla upośledzonych, zadzwonił z przeprosinami do szefa Międzynarodowych Olimpiad Specjalnych Timothy'ego Shrivera. Z kolei w lipcu zaprosił na piwo policjanta, którego bezpodstawnie posądził o aresztowanie na tle rasowym czarnoskórego profesora. – Wydaje mi się, że przepraszać potrafią politycy na całym świecie, nawet w Rosji. Tymczasem w Polsce jest tak jak w starym szmoncesie o kłótni między dwoma Żydami: Konem i Łabędziem. Sąd kazał Konowi przeprosić kolegę, mówiąc, że „Łabędź nie jest żaden łobuz". Kon słowa wypowiedział, ale zaintonował je pytająco. Na uwagę sądu, że to nie tak miało być, odparł, że umawiał się na słowa, a nie na melodię – konkluduje dr Jabłoński. [i]Autor jest dziennikarzem portalu www.tvp.info[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL