Opinie

Zmyć piętno sowieckich rządów

List do redakcji "Rz"
17 września 1939 roku Armia Czerwona zbrodniczo, naruszając wszystkie podpisane w poprzednich latach umowy o nieagresji, wtargnęła na ziemie suwerennej Polski. Rozpoczęła się systematyczne niszczenie polskiej państwowości, w którym to procederze brały udział wszystkie instytucje i organy władzy sowieckiej. Ku mojemu ubolewaniu w tych wstrząsających działaniach, łamiących ludzkie życiorysy i życie, brał również udział mój dziadek Izaak Naumowicz Franc, etatowy pracownik operacyjny NKWD ZSRR.
Ja, jego wnuk, mieszkam na Ukrainie; mój kraj po dziś dzień nosi na sobie piętno sowieckich rządów, które rzeszom ludzi, w tym Polakom, przysporzyły ogromnych cierpień. Marzy mi się, by zmyć to piętno z mojego kraju, by znikł zeń na zawsze cień sowieckich rządów. Na razie jednak cień ten jest stale obecny; nie przemija, nie odchodzi w przeszłość. Wielu obywateli dawnego Związku Sowieckiego zbyt mało wie o przeszłości swojego kraju, zbyt często wspominają oni ZSRR jako oazę stabilizacji, pomyślności i spokoju. Tak, w latach 70. i 80. może rzeczywiście można było dojść do takiego przekonania, ale za jaką cenę kupiliśmy tę pomyślność? Nigdy nie potrafiłem traktować tamtych czasów z nostalgią, wiedząc, ile osób pozbawił życia moloch sowieckiego państwa. Niedawno zaś dowiedziałem się o przeszłości swojego dziadka... Wierzę w Boga, należę do wiernych Cerkwi, wiem, że nie ma mowy o odpuszczeniu grzechów bez rzeczywistej przemiany: skruchy, zadośćuczynienia pokrzywdzonym i chęci poprawy. Mój dziadek nie jest już w stanie nic zmienić ani swojego losu, ani osób, którym złamał życie. Ja również nie jestem w stanie im pomóc, mogę jednak przeprosić – w imieniu własnym, a przede wszystkim dziadka Izaaka Franca, zastępcy dowódcy Zarządu Kontrwywiadu NKWD w obłasti drohobyckiej w latach 1940 – 1941. Proszę potomków obywateli II RP wszystkich narodowości, w wywózkach których brał udział mój dziadek: spróbujcie wybaczyć. Żyjemy w niedoskonałym świecie; ludzie niejednokrotnie krzywdzą innych, żywiąc przekonanie, że służą „większemu dobru” i usprawiedliwiając siebie tą wiarą. Nieraz poniewczasie uświadamiają sobie, co uczynili, a jednak nie są w stanie wyrwać się z systemu, którego cząstkę stanowią, mimo głosu sumienia, czyli Boga odzywającego się w duszy. Niesie ich nurt, w który niegdyś wstąpili – z nieświadomości, z naiwności albo z nadziei na korzyści materialne – i z którego nie są już w stanie się wydobyć.
Nie wiem, co czuł mój dziadek, stykając się z obywatelami II RP, których „z czystym sumieniem” poddawał represjom – wiem natomiast, jak dramatyczne okazały się te represje dla ich ofiar. W latach 1940 – 1941 po ziemiach [wschodnich] II RP przetoczyły się cztery fale wysiedleń. Dziadek otrzymał oficjalne podziękowania od władz ZSRR za udział w pierwszej z nich, najbardziej masowej: deportacji osadników wojskowych i pracowników służby leśnej wraz z rodzinami 10 lutego 1940 roku, kiedy to walec represji zmiażdżył 140 tys. osób. Dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet, starców i dzieci w ciągu niespełna doby zostały wysiedlone bez uprzedzenia i niemal bez bagażu do Kazachstanu, Archangielska, Nowosybirska czy Omska i innych kierunkach. W 586 wydzielonych „specposiołkach” NKWD czekał ich głód, chłód, choroby i katorżnicza praca. Śmiertelność była w tej grupie znacznie wyższa niż u reszty ludności ZSRR. Nawet funkcjonariusze NKWD poruszeni byli warunkami, w jakich znaleźli się polscy deportowani. Wysiedlenie oznaczało również konfiskatę całego dorobku ich życia. W drodze do miejsc osiedlenia i na katordze padali ofiarą szyderstw funkcjonariuszy. Wielu z nich zdobywało się jednak na sprzeciw, odruch buntu, żądało umożliwienia im powrotu, a nawet restytuowania państwa polskiego. Przez blisko dwa lata, aż do chwili ataku Wehrmachtu, komunistyczne władze ZSRR bezwstydnie rabowały członków wszystkich warstw społecznych przedwojennej Polski pod pretekstem „redystrybucji majątku narodowego”. Ścigały wszystkich obywateli państwa, które skazano na likwidację, bez względu na ich orientację polityczną i religijną, [szczególnie zaś] wykształconych, zdolnych do samodzielnych ocen i do sprzeciwu wobec dyktatury. Aresztowano ich, rozbijano rodziny – na Ukrainie Zachodniej miało to miejsce aż do połowy 1941 roku – i rozstrzeliwano. Zabójstwa w Katyniu najwyraźniej stanowią jedynie wierzchołek koszmarnej, przytłaczającej nas po dziś dzień góry lodowej. Z pewnością wielu represjonowanych rzeczywiście nie było przychylnie nastawionych do ZSRR, szczególnie po „ciosie w plecy” zadanym przez Moskwę 17 września 1939 roku. Nie wolno jednak zapomnieć, że nie byli oni przecież przeciwnikami ZSRR od urodzenia, byli obywatelami suwerennego państwa, którym wolno zachowywać sympatię lub nieprzychylność dla każdego kraju ościennego i nie jest to w żadnym razie przestępstwem. Władze komunistyczne zaliczyły ich jednak wszystkich do kategorii nieprzejednanych wrogów, oskarżając ich (formalnie lub nie zaprzątając sobie głowy zbędnymi formalnościami prawnymi!) o przygotowywanie aktów terrorystycznych i dywersyjnych, szkodnictwo lub działania szpiegowskie na rzecz nieistniejącej już Polski, Francji, Niemiec czy Rumunii – i zsyłając na katorgę. Według danych Stowarzyszenia „Memoriał” w latach 1940 – 1941 [służby ZSRR] deportowały około 400 000 osób, czyli ok. 3 proc. wszystkich obywateli II RP, którzy znaleźli się pod rządami ZSRR. Z obłasti drohobyckiej, w której służył mój dziadek, wysiedlono 18 tysięcy osób. Do chwili wybuchu wojny, w 20-letniej historii ZSRR jedyne bardziej intensywne represje miały miejsce w okresie kolektywizacji. Jakim żalem przejmuje myśl, że musiało do tego dojść. Proszę was o modlitwę o siłę pozwalającą przebaczyć tym, którzy sprawili tak wiele cierpienia wam i waszym bliskim. [i] Z wyrazami głębokiego szacunku dla obywateli demokratycznej Polski, Maksym Biełousenko, Donieck, Ukraina [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL