Muzyka

Playboy o stępionych kłach

David Byrne zagrał koncert poprawny, ale pozostało po nim wrażenie niedosytu
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Wczoraj wieczorem David Byrne udowodnił, że wciąż potrafi doprowadzić publiczność do wrzenia. Potwierdził jednak również, że okres eksperymentów i poszukiwań dawno ma za sobą. Pozostało mu odgrywanie przebojów i robienie efektownego show.
Byłoby sporą przesadą napisać, że Stodołę wczoraj wypełniły tłumy. Bez większych problemów można było się przemieszczać między swobodnie stojącymi ludźmi, z czego zresztą wielu korzystało, zmierzając w stronę barków z piwem.
David Byrne zdawał się tym jednak nie przejmować. Pojawił się na scenie niczym zrelaksowany playboy – uśmiechnięty, cały w bieli, najwyraźniej zadowolony z życia i kariery. Po krótkim powitaniu zaczął grać. I grał dwie godziny, ani na chwilę nie gubiąc z ust uśmiechu. [srodtytul]Płonie Stodoła[/srodtytul]
Zaczął zaskakująco nijako. „Strange Overtones” z promowanego właśnie krążka „Everything That Happens Will Happen Today” jest utworem zupełnie niewyrazistym, niewyróżniającym się na tle całego materiału. Z drugiej jednak strony samą płytę trudno byłoby nazwać arcydziełem, a od czegoś zacząć musiał... Z czasem koncert zyskiwał jednak na intensywności, a publiczność coraz żywiej reagowała na kolejne utwory. Byrne skupił się oczywiśnie na nowym repertuarze, ale nie było to skupienie totalne. Chętnie sięgał po utwory z wcześniejszych solowych płyt. Przypomniał arcydzieło popełnione wspólnie z Brianem Eno „My Life In The Bush Of Ghost”. Tym jednak, co doprowadziło publiczność do wrzenia, były oczywiście utwory Talking Heads. Byrne ich nie skąpił. Rewelacyjnie zabrzmiało „Crosseyed and Painless” z legendarnego albumu „Remain In Light”. Temperatura podniosła się też przy słynnym coverze Ala Greena „Take Me To The River”. A „Burning Down The House” na potrzeby tego wieczoru powinien nosić tytuł „Płonie Stodoła”. [srodtytul]Czegoś jednak brak [/srodtytul] O ile muzyczne doznania trzymały się na dość wysokim poziomie, choreografia wzbudzała już mieszane uczucia. Sześć pląsających po scenie osób, z których trzy spełniały także rolę chórku, ubarwiało może co bardziej błahe piosenki, dodając im nieco dramaturgii. Tak naprawdę jednak ich trochę nieskoordynowane wygibasy nijak miały się do muzyki i do klimatu koncertu. Nadawały mu za to nieco humorystycznego charakteru, co w zestawieniu z ironiczną, ale jednak bądź co bądź dość poważną twórczością Byrne’a robiło nieco dziwaczne wrażenie. I na tym artysta wyraźnie przegrał. Zważywaszy na średnią wieku publiczności, musiał zmierzyć się z wciąż żywą pamięcią o warszawskim koncercie z 1994 roku. I w tym kontekście wczorajszy wieczór okazał się artystyczną porażką. Brakowało klimatu, odważniejszego repertuaru i bardziej eksperymentalnego podejścia do grania, a więc tego, do czego Byrne przyzwyczajał nas od zawsze. Było to po prostu udane „The Best Of...”. Byrne potwierdził, że wciąż potrafi intrygować i czarować głosem, publiczność nagradzała gorącymi oklaskami największe, przeboje. Ostatecznie pozostał jednak niedosyt.
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL