Film

Catherine Deneuve zmuszona do ekshibicjonizmu

Materiały Promocyjne
Rozmowa z Laeticią Colombani, reżyserką filmu "Z miłości do gwiazd", który właśnie wchodzi na polskie ekrany. Występują w nim m.in. Catherine Deneuve i Nathalie Baye.
[b]Rz: Czy we Francji istnieje star system? [/b]
To pytanie słyszałam od początku pracy nad „Z miłości do gwiazd”. Kiedy napisałam pierwszy szkic scenariusza, mój producent spytał: „Jak my mamy zrobić taki film? To nie Hollywood. U nas nie ma gwiazd!” Odpowiedziałam: „Wśród młodych aktorek może nie, ale jednak kilka artystek o niezwykłej poularności we Francji jest, choćby Catherine Deneuve, Isabelle Adjani, Brigitte Bardot, Jeanne Moreau.” Poza tym kolorowe pisma od lat czerpią zyski z tego, że tworzą szum wokół aktorów. Nie tylko filmowych, także telewizyjnych. [b]Daleko im do standardów amerykańskich.[/b]
To prawda, w Europie relacje między artystami i publicznością są inne niż w Stanach. W Hollywood gwiazdy żyją z dala od zwykłego życia, są niemal półbogami. Mieszkają w twierdzach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dostępu, poruszają się nierzadko w otoczeniu ochroniarzy. We Francji aktorzy chodzą po ulicach i mieszkają w zwyczajnych domach lub apartamentach. Isabelle Huppert, Nathalie Bay czy Emmanuelle Beart bywają w tych samych restauracjach, co inni zamożni Paryżanie. A gwiazdki telewizyjne rozdają autografy na ulicy. [b]Opowiada pani w „Z miłości do gwiazd” o tym, jak sławni aktorzy tracą swoją prywatność. Nie boi się pani, że zakończenie filmu uprawnia do wniosku, że można mieszać się w ich życie. W końcu pani bohater ma w wielu sprawach rację. [/b] Gdyby nie miał, byłoby poprawniej. Ale ja uwielbiam być zaskakiwana. Dlatego zadecydowałam, że on może mieć rację. Czy to jednak znaczy, że wygrał? Przecież o mało nie traci żony i córki. Zresztą nie oszukujmy się: zdarzają się rozmaite gwiazdki telewizyjne, które specjalnie podsycają zainteresowanie prasy i publiczności swoją osobą. W kinie, wśród prawdziwych artystów, zdarza się to rzadziej. [b]Czy we Francji jest wyraźny podział na aktorów filmowych i telewizyjnych? [/b] Bardzo wyraźny. Myślę, że nawet silniejszy niż w Stanach, gdzie czasem zdarza się, że bohater serialu przeskakuje, jak George Clooney, na duży ekran. We Francji ta bariera jest niemal nie do przejścia. Decydując się na udział w telenoweli, młody aktor musi liczyć się z tym, że podejmuje decyzję na lata. Bo reżyserzy filmowi całkowicie się od niego odwrócą. [b]Pani udało się pracować z aktorami z najwyższej półki. W „Kocha... Nie kocha” odmieniła pani słodki image Audrey Tautou, w „Z miłości do gwiazd” zagrały Catherine Deneuve i Nathalie Baye. Jak taką obsadę udało się skompletować początkującej reżyserce? [/b] Miałam szczęście, bo trafiłam na wspaniałych producentów. To dzięki nim mogłam pozyskać francuskie gwiazdy. Przy „Z miłości...” nie było mi zresztą łatwo. Aktorki podchodziły do mojego projektu nieufnie. Miały wrażenie, że film, w którym grają właściwie siebie, zmusza je do zbyt dużego ekshibicjonizmu. Poza tym proponowałam im przecież role drugoplanowe, bo główna była zarezerwowana dla mężczyzny — fana wtrącającego się w ich życie. Ostatecznie przekonał je producent.... [b]Nie miała pani tremy stając na planie oko w oko z Deneuve? [/b] Oczywiście, że miałam. Dlatego wyjątkowo sumiennie przygotowałam się do zdjęć. W pierwszych dniach Deneuve zachowywała duży dystans. Jakby chciała mnie przetestować. Potem jednak stała się życzliwa i pomocna. [b]Do obu swoich filmów sama napisała pani scenariusze. Dlaczego?[/b] Może i chciałabym czasem dostać dobry scenariusz i nie tracić dwóch lat na pisanie. Ale we Francji reżyserzy albo sami piszą, albo współpracują z pisarzami i scenarzystami. Od czasów nowej fali mamy silną tradycję kina autorskiego. [b]Skąd bierze pani pomysły na filmy?[/b] Zapisuję w notesie wszystko, co mi wpadnie w oko lub ucho. Obrazki, podsłuchane rozmowy, czasem jakiś dowcip albo myśl przez kogoś rzuconą. Poza tym czytam, rozglądam się. Po prostu żyję. [b]Czy we Francji młodemu twórcy łatwo jest zadebiutować? [/b] „Kocha... ” nakręciłam zaraz po szkole. Miałam 25 lat, napisałam scenariusz i dość bezczelnie wystałam go do Charlesa Casso, jednego z naszych najlepszych producentów. Wkrótce potem oddzwonił: „Robimy”, a trzy miesiące później ekipa wyjechała na plan. Czułam się jak w bajce. Pomyślałam, że tak będzie zawsze. Oczywiście myliłam się. Przy drugim filmie musiałam długo walczyć. I udało się. Tylko, że tym razem zebranie pieniędzy i obsady trwało cztery lata. [b]Ma pani kolejny projekt? [/b] Chciałabym zrobić psychologiczny thriller. Od jakiegoś czasu znów bardzo uważnie przeglądam swoje notesy. [i]Rozmawiała Barbara Hollender[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL