fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Dudy grają na trwogę

George Best trafił do irlandzkich serc i na mury Belfastu
AP
W sobotę Polska zmierzy się w Belfaście z Irlandią Północną w meczu eliminacyjnym do mundialu 2010. Nasz rywal to reprezentacja bez sukcesów, ale o bogatych tradycjach. Futbol, podobnie jak stadion Windsor Park, na którym odbędzie się mecz, jest wpisany w irlandzką historię
Skojarzeń z Irlandią jest wiele, ale rzadko dotyczą one futbolu. Jeśli już, to przede wszystkim w związku z jednym piłkarzem – George’em Bestem. Najsłynniejszy i zdaniem wielu osób najbardziej utalentowany gracz, jaki urodził się na Wyspach Brytyjskich, przyszedł na świat w Belfaście, jednak karierę robił w Anglii.
Irlandia była przez dziesięciolecia biedną wyspą i kto chciał poprawić sobie warunki życia, ten opuszczał kraj. Jedni emigrowali do Ameryki i dziś ich potomkowie na dzień patrona Irlandii świętego Patryka, barwią na zielono wodę w przepływającej przez Chicago rzece. A kto umiał grać w piłkę, przeprawiał się do Anglii, żeby tam zarabiać na życie swoje i rodziny, pozostałej na wyspie. [srodtytul]Danny Boy[/srodtytul]
Tak było w wieku XIX, przez cały wiek XX, a i w XXI nic się nie zmieniło. Aktualne są wciąż nostalgiczne irlandzkie piosenki, o trudnym życiu, konieczności rozstań, moście w Londonderry, różach Aranmore, wzgórzach Kerry, Dannym Boyu, którego wzywa głos dud, Johnnym, który wyjechał z domu i po 20 latach ciężkiej pracy w Ameryce wspomina głos matki oraz żegnających go sąsiadów. Johnny pamięta, że jest Irlandczykiem i to napawa go dumą. Nigdy się nie poddaje, lubi taniec, śpiew i „Whiskey In The Jar”. Niemiecki pisarz Heinrich Böll zauważy, że Irlandczyk często używa zwrotów: „Nie ma się co martwić” lub „Mogło być gorzej”. Futbol w północnej części wyspy rozwijał się szybciej niż w południowej, głównie dzięki kontaktom ze Szkocją. W roku 1879 na stadionie krykietowym w miejscowości Ballymafeigh mecz pokazowy rozegrały dwie drużyny szkockie – Queens Park Glasgow i Caledonians. Efektem ich wizyty było powstanie pierwszego irlandzkiego klubu – Cliftonville. Kiedy rok później powstawała federacja (statut wzorowany był na szkockim, a nie angielskim), Cliftonville znalazł się wśród siedmiu klubów założycieli. Wszystkie pochodziły z Belfastu lub okolic. Dublin był futbolowo nieco zapóźniony. Pierwszy międzypaństwowy mecz Irlandii w tym mieście rozegrano dopiero w roku 1900 – 18 lat po debiucie w Belfaście, a do roku 1923 zdarzyło się to jeszcze zaledwie pięć razy. Ale w Dublinie, Kilkenny, Dundalk i Athlone stacjonowali żołnierze angielscy, którzy mając większe doświadczenie, wybierali talenty. Wkrótce Dublin stał się naturalnym rywalem dla Belfastu, stosunki między nimi były poprawne, ale dalekie od przyjacielskich. Do pierwszego konfliktu doszło w roku 1890, kiedy obydwie strony zarzuciły sobie nieuczciwość przy okazji meczu pucharowego między Cliftonville a Dublin Association FC. W następnych kilkunastu latach niesnasek było więcej. Irlandczycy z południowej części wyspy zarzucali rodakom z północy dyskryminację przy powoływaniu reprezentacji narodowej. Ci z południa stanowili w niej zdecydowaną mniejszość. We wspomnianym meczu w roku 1900 z Anglią w Dublinie tylko jeden piłkarz reprezentował klub z tego miasta. Pozostali pochodzili z Belfastu i okolic. Tłem konfliktów stawało się coraz częściej wyznanie. Północna część wyspy była protestancka, południowa – katolicka. Do roku 1923 Irlandia była mimo to jedna i jej reprezentacja też. I wtedy do sportu wkroczyła polityka. Kiedy w wyborach do parlamentu brytyjskiego dążąca do autonomii Irlandii partia Sinn Fein uzyskała zdecydowaną większość głosów, Londyn wysłał na wyspę wojsko. Wojna zakończyła się podziałem kraju. Sześć hrabstw, jako Irlandia Pólnocna, ze stolicą w Belfaście pozostaje przy koronie. Południowa część wyspy ze stolicą w Dublinie staje się wkrótce republiką. [srodtytul]Ucieczka z Derry[/srodtytul] Dla irlandzkiej piłki oznaczało to konieczność powołania do życia federacji futbolowej nowego kraju. Irlandia Północna nic nie musiała. Sytuacja stała się nienormalna. Powodem podziału wyspy były różnice wyznaniowe i nacjonalizm odzywające się co kilka lat w Ulsterze w formie zamachów przeprowadzanych przez Irlandzką Armię Republikańską (ostatnio jej radykalne skrzydło) lub walk z angielskim wojskiem i policją. Ale święty Patryk nie przestał być patronem całej Irlandii, a jej obydwie reprezentacje używają podobnych zielonych koszulek. Tyle że ci z Południa mają w emblemacie symbol wyspy – koniczynkę (Shamrock, stąd sporo klubów o tej nazwie), a ci z Północy – krzyż celtycki. Między obydwoma krajami istnieje granica, ale jest ona niemal niewidoczna i nawet toczą się spory, jaką ma długość, bo w niektórych rejonach wyspy nie wiadomo dobrze, gdzie przebiega. Jednak różnice wyznaniowe doprowadzają do sytuacji gdzie indziej niespotykanych. Klub Derry City, z drugiego pod względem wielkości miasta Irlandii Płn. – Derry (albo Londonderry), w roku 1972 opuścił ligę tego kraju i przeniósł się do Republiki Irlandzkiej. Derry było klubem katolików i kiedy rozgrywało mecze z drużynami protestanckimi, czasami dochodziło do awantur. Miarka przebrała się po tzw. krwawej niedzieli, w styczniu 1972 roku, kiedy angielscy żołnierze zabili 14 uczestników pokojowego marszu na ulicach Londonderry. Połowa ofiar to kilkunastoletni chłopcy. Królowa Elżbieta przyznała żołnierzom ordery, a zespół U2 poświęcił tym wydarzeniom utwór „Sunday, Bloody Sunday”. Po tej tragedii Derry City na znak protestu przeciw przemocy opuścił rozgrywki, ale musiał czekać kilkanaście lat, aż FIFA zgodzi się na jego występy w sąsiednim kraju. Kiedy już taką zgodę otrzymał, stał się jednym z najlepszych klubów Republiki Irlandii. [srodtytul]Smutny koniec Celticu[/srodtytul] Blisko ćwierć wieku wcześniej podobny los spotkał inny katolicki klub – Belfast Celtic. Założyli go pod koniec XIX wieku katolicy z zachodniej części Belfastu, którzy chcieli mieć we własnym domu odpowiednik wielkiego Celticu z Glasgow, też zrodzonego z inicjatywy Irlandczyków. Belfast Celtic stał się szybko jednym z najlepszych klubów całej Irlandii. W ciągu blisko 50 lat wywalczył 14 tytułów mistrza kraju. Jego stadion na ulicy Broadway kibice nazywali Rajem. Celtic grał w takich samych koszulkach w biało-zielone poprzeczne pasy z koniczynką jak starszy brat z Glasgow. Ale meczom z udziałem Celtów często towarzyszyły rozruchy na tle religijnym. Szczególnie kiedy grał z zespołem Linfield skupiającym zagorzałych protestantów – na boisku i na trybunach. Starcia zaślepionych nienawiścią ludzi musiały doprowadzić do tragedii. W roku 1920, w okresie wojny domowej, na cztery lata klub przestał brać udział w zawodach. To, co stało się później, jest wyjątkowe w historii piłki. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1948 roku Linfield grał z Celtikiem na swoim stadionie Windsor Park (to tam zagrają w sobotę Polacy). Goście prowadzili 1:0, ale w ostatniej minucie Linfield wyrównał. Wtedy na boisko wbiegli kibice tego klubu. Pobili piłkarzy Celticu, a strzelcowi bramki, środkowemu napastnikowi Jimmy’emu Jonesowi, złamali nogę. Klub oskarżył policję o bierną postawę, przekonując, że policjanci dali protestanckim chuliganom przyzwolenie na atak. Ponieważ Celtic nie otrzymał żadnych gwarancji, że sytuacja się nie powtórzy, postanowił wycofać się z rozgrywek. Był wtedy mistrzem Irlandii Północnej. Od tamtej pory rozgrywał tylko mecze towarzyskie, aż w końcu, w roku 1960 przestał istnieć. Jego stadion stał się torem wyścigowym dla psów, ale w latach 80. zrównano go z ziemią, żeby postawić na tym miejscu małe centrum handlowe. O wielkim klubie i jego stadionie przypomina jedynie niewielka tablica. Liga północnoirlandzka stoi na niskim poziomie. Nawet najbardziej znane kluby – Linfield, Glentoran, Cliftonville, Coleraine – wszystkie z Belfastu, są amatorskie. W klubach klas niższych z powodzeniem grają Polacy, którzy wyjechali do Irlandii w poszukiwaniu pracy. Nic dziwnego, że najlepsi irlandzcy piłkarze trafiali do bogatszych klubów angielskich. Tak działo się już od początku ubiegłego wieku. Urodzony w roku 1894 bramkarz Elisha Scott grał i w protestanckim Linfield, i w katolickim Belfast Celtic, ale największą karierę zrobił w Liverpoolu. Na Anfield Road spędził ponad 20 sezonów i stał się jednym z pierwszych piłkarzy, o których kibice na trybunie Kop śpiewali piosenki. Dzięki coraz większej liczbie połączeń promowych Irlandii z Wielką Brytanią, popularne stały się podróże na mecze do Anglii i Szkocji. Kiedy kapitanem Tottenhamu Hotspur w jego najlepszych czasach był północno-irlandzki pomocnik Danny Blanchflower (początek lat 60.), trybuny White Hart Lane pełne były pracujących w Londynie jego rodaków. Irlandczyk Derek Dougan z Wolverhampton był w latach 70. prezesem związku zawodowego piłkarzy brytyjskich. Sammy McIlroy to jeden z najlepszych rozgrywających Manchesteru Utd. Bramkarz Pat Jennings z Tottenhamu i Arsenalu został w roku 1986 rekordzistą świata pod względem występów w reprezentacji (119 meczów). [srodtytul]Twarz Ulsteru[/srodtytul] Ale sławy George’a Besta nic nie przebije. Ani budowa Titanica w stoczni Belfastu, ani whisky Bushmills, ani przygnębiające murale, nawiązujące do walki IRA, ani hotel Europa na Great Victoria Street, nazywany najbardziej bombowym hotelem w Europie (bomby wybuchały tam już blisko 50 razy). Best był chłopakiem stamtąd. Wyjechał do Manchesteru, jeszcze zanim zaczął się golić, i zawojował świat. Stał się najbardziej znanym Irlandczykiem z północnej części wyspy. W jego pogrzebie wzięło udział ponad 100 tysięcy ludzi. Jego imieniem nazwano lotnisko w Belfaście, jego twarz jest na pięciofuntowym banknocie. Ale nawet ktoś taki nie połączył Irlandczyków. Best mógłby grać w reprezentacji dłużej, gdyby nie groźby śmierci za występ w meczu przeciw Hiszpanii, z którą niemal 400 lat wcześniej walczył Wilhelm I Orański. Już w XXI wieku z podobnymi pogróżkami spotkał się katolik z Celticu Glasgow Neil Lennon, podczas meczu reprezentacji na Windsor Park (to złowroga nazwa, niemającą zresztą nic wspólnego z Irlandią). Trudno to wszystko zrozumieć. [srodtytul]Puchar nie dla królowej[/srodtytul] Kibice irlandzcy wyjeżdżają na mecze do Anglii i Szkocji nie tylko, żeby dopingować swoich rodaków, ale by manifestować poglądy. Katolicy za Celtikiem, protestanci za Glasgow Rangers to już stereotyp, chociaż przypadki Artura Boruca dowodzą, że problem wciąż istnieje i jest skomplikowany niezmiennie od 100 lat, a może i dłużej. Kibice Rangersów zakładają na mecze koszulki nie tylko niebieskie (w takich gra szkocka drużyna), ale i pomarańczowe. Przypominają w ten sposób obalenie przez Wilhelma III Orańskiego monarchii katolickiej w Anglii i opanowanie Irlandii pod koniec XVII wieku. „Oranżyści” to protestanccy zwolennicy panowania brytyjskiego w Irlandii. Podczas pochodów 12 lipca, w rocznicę zwycięstwa Wilhelma Orańskiego w bitwie z katolickim królem Jakubem II nad rzeką Boyne (1690), wznoszą pomarańczowe flagi i brytyjską Union Jack. Kiedy katolicki Celtic Glasgow jako pierwsza drużyna z Wysp Brytyjskich zdobył w roku 1967 Puchar Mistrzów, nie pokazał trofeum królowej w pałacu Buckingham ani na zamku Windsor (od niego pochodzi nazwa stadionu w Belfaście), tylko prezydentowi Republiki Irlandii Eamonowi de Valera w Dublinie. A Rangers finansują działalność tzw. Pomarańczowego Zakonu w Irlandii Płn. stworzonego do demonstracji przeciw katolikom. Pijane promy kursujące między Ulsterem a portami zachodniej Anglii, bijatyki na pokładach z udziałem nierzadko kilkuset osób to jest druga twarz Irlandczyków. Kolejnego pokolenia, które nie może się wyzwolić od skomplikowanej przeszłości. Kiedy w roku 2004 katolicy z Polski zwyciężyli na Windsor Park 3:0, większość kibiców na stadionie żegnała ich na stojąco brawami. I nikomu nie przeszkadzało, że Jacek Krzynówek po strzeleniu bramki wzniósł oczy i rękę ku niebu (kilka dni wcześniej zmarł jego ojciec). Na stadionie było bezpiecznie, w mieście też, a w ponadstuletnim pubie Crown naprzeciwko hotelu Europa Polacy z Irlandczykami pili guinnessa, słuchając na żywo irlandzkiej muzyki. Aż chce się tam wracać. [ramka][b]Chłopcy z Belfastu[/b] George Best był jednym z nich. Najbarwniejszym, najbardziej wyrazistym. Poza tym, że świetnie grał w piłkę, nie radził sobie z życiem, co w Ulsterze czyniło go bardziej ludzkim i podobnym do reszty. Kiedy ulicami Belfastu szedł żałobny kondukt, przyglądało mu się ponad 100 tysięcy ludzi. Nie wiedzieli, jak reagować. Klaskali, jakby byli na meczu. Trumnę nieśli przyjaciele Besta: były selekcjoner reprezentacji Irlandii Północnej Billy Bingham, koledzy z boiska – Denis Law, Peter McParland, Gerry Armstrong. Zaraz za nimi szedł Alex Ferguson. Na ulicach Manchesteru przebieg uroczystości można było śledzić na wielkich telebimach. Kondukt rozciągał się na pięć kilometrów, po przejściu ulicami robotniczej dzielnicy Castlereagh dotarł pod parlament, gdzie odbyła się msza. Był 25 listopada 2005 roku, kiedy zmarł George Best, człowiek, który dla Irlandii Północnej – jak twierdzi wielu jego rodaków – zrobił więcej niż wszyscy politycy. Rok później jego imieniem nazwano lotnisko w Belfaście i wprowadzono do obiegu pięciofuntówkę z wizerunkiem Besta. Pomnik piłkarza ma wkrótce stanąć przy parlamencie. Best, umierając, prosił, by pamiętać go za to, jak grał w piłkę, a nie dlatego, że przepił swoją karierę. [i]—koło[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA