fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

NBP: jest komisja do rozmów o ERM2

Rzeczpospolita, Tomasz Wawer Tom Tomasz Wawer
Trwają przygotowania do wprowadzenia polskiej waluty do mechanizmu kursowego. Obecność złotego w ERM2 i zmiany kursu mogą rodzić konieczność interwencji walutowych banku centralnego w celu obrony kursu złotego
Mechanizm kursowy o nazwie ERM2 jest powszechnie uznawany za przedsionek strefy euro. Nie cieszy on się dobrą sławą wśród nowo przyjętych krajów UE. Dzieje się tak zapewne za sprawą okoliczności, jakie mu towarzyszyły w chwili jego przysłowiowych narodzin. Jego koncepcja zrodziła się w połowie lat 90. i została usankcjonowana traktatem amsterdamskim w 1997. Nie był to dobry czas dla tworzenia tego rodzaju mechanizmów. W latach 90. międzynarodowym systemem walutowym wstrząsnęły dotkliwe kryzysy walutowe. Najboleśniej odczuły je gospodarki wschodzące, ale nie wolno zapominać, że pierwszy poważniejszy kryzys lat 90. miał miejsce właśnie za sprawą ERM i już osławionego ataku spekulacyjnego George’a Sorosa wymierzonego w bank centralny Anglii.
[wyimek]Polska de facto wyznaczała przez długie lata standardy prowadzenia polityki kursowej powielane przez niemal wszystkie kraje sąsiednie - dr Paweł Kowalewski, dyrektor Biura do spraw Integracji ze Strefą Euro NBP[/wyimek] [srodtytul]Trudne początki[/srodtytul]
Efektem fali kryzysów walutowych był nowy trend w publikacjach fachowych zachęcający do unikania tzw. rozwiązań pośrednich i odwoływania się do tzw. rozwiązań krańcowych. Przez te ostatnie należało rozumieć albo kurs skrajnie sztywny – najlepiej usankcjonowany przez tzw. urząd emisji pieniądza (currency board) – albo kurs całkowicie płynny, do jakiego odwołała się Polska. Wszystko, co było pośrodku (w tym szeroko rozumiany wachlarz kursów płynnych zarządzanych – managed float) było postrzegane jako kryzysogenne. Nic więc dziwnego, że w takich uwarunkowaniach ciężko było nowo powstałemu mechanizmowi ERM2 zyskać wielu popleczników. Zresztą sam należałem do jego zagorzałych przeciwników. Szczególnie nie polubiły go nowo przyjęte kraje UE i zaczęły dość nieporadnie szukać wszelkich możliwych sposobów na uniknięcie uczestnictwa w tym mechanizmie. To zresztą właśnie te kraje zaczęły określać ten mechanizm mianem poczekalni, co jedynie usztywniało zarówno Komisję Europejską, jak i Europejski Bank Centralny przed jakimikolwiek próbami dotyczącymi ewentualnych modyfikacji w sposobie funkcjonowania ERM2. Uczestnictwo w mechanizmie ERM2 sprowadza się do wyznaczenia tzw. parytetu centralnego i unikania nadmiernych odchyleń od niego. Sam mechanizm przewiduje dopuszczalne odchylenia plus/minus 15 proc., jednakże utrzymywanie kursu walutowego w tak szerokim paśmie wahań jest niewystarczające dla kryterium kursowego. Dzieje się tak za sprawą severe tensions, czyli poważnych napięć, za które uznaje się odchylenie kursu walutowego w kierunku osłabienia o więcej niż 2,25 proc. Zagadnienie severe tensions dodatkowo komplikuje uznaniowość tego pojęcia. To czy odchylenie powyżej 2,25 proc. od parytetu centralnego w kierunku deprecjacji jest przykładem severe tensions, zależeć będzie od stanowiska Komisji. Co ważniejsze, nie ma jednoznacznych kryteriów określających, kiedy przekroczenie tej magicznej bariery jest określane mianem severe tensions, a kiedy nie. Dlatego też zdecydowana większość krajów albo usiłowała zminimalizować okres pobytu w tym mechanizmie, albo nosi się z takim zamiarem. W końcu nikt nie lubi przebywać w poczekalni dłużej, niż to absolutnie konieczne. Przedłużanie pobytu w ERM2 wydaje się niczym innym jak osławionym wywoływaniem wilka z lasu. Ponadto jeśli przynajmniej w teorii w chwili wejścia do ERM2 czas dzielący nas od uczestnictwa w strefie euro wynosi mniej niż trzy lata (dwa lata obowiązkowe plus niezbędny okres w tym mechanizmie w celu dokonania wszystkich kwestii formalnych), po co wydłużać oczekiwanie. Niestety z tak sformułowanymi tezami nie sposób nie podjąć polemiki. Po pierwsze, skoro UE zdecydowała się na tak genialną koncepcję, jaką jest strefa euro, to dlaczego obwarowała ją tak niezgrabnym wymogiem jak nakaz dwuletniego pobytu w ERM2? Ponadto, dlaczego ta sama UE nie chce w ogóle słyszeć o jakichkolwiek modyfikacjach w sposobie funkcjonowania tego mechanizmu (nie mówiąc o jego zawieszeniu albo wręcz eliminacji). Owszem, można się trzymać założenia, w myśl którego matka zawsze będzie chwalić swoje dziecko. Ale czy mechanizm ERM2 jest naprawdę pozbawiony zalet? Trudno odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo różni się powszechna percepcja tego mechanizmu od tego, jaki on naprawdę jest. Oczywiście ERM2 nie można porównywać w żaden sposób z ERM (sama nazwa jest dość myląca), ale nie będzie dużym nadużyciem, jeśli się stwierdzi, że zarówno ERM, jak i ERM2 towarzyszył ten sam cel. Chodziło o dopasowanie uczestników tego mechanizmu do wymogów unii walutowej. Mechanizmu ERM nie można oceniać jedynie przez pryzmat ataków spekulacyjnych z lat 1992 i 1993. Ataki te były ważnym, ale nie jedynym epizodem w niemalże dwudziestoletniej historii ERM. Nawet one nie zmienią faktu, że ERM udało się doprowadzić do uruchomienia unii walutowej. Może więc i ERM2 będzie lepiej oceniony przez historię. [srodtytul]Ratowanie kursu[/srodtytul] Najważniejszym problemem ERM2 wydaje się być jego dość błędna percepcja i powszechnie manifestowana chęć skrócenia pobytu w tym mechanizmie do absolutnego minimum. Tak sformułowane intencje de facto paradoksalnie zwiększają ryzyko ataku spekulacyjnego. Dlaczego? Rzecz w tym, że w świetle deklaracji pozostania w ERM2 tak krótko, jak to możliwe, jakikolwiek atak spekulacyjny zmusza władze walutowe danego kraju do ratowania kursu walutowego za wszelką cenę. A co się stanie, jeśli nie będzie deklaracji co do skrócenia pobytu w tym mechanizmie do minimum? Otóż władze walutowe, widząc ryzyko silnego ataku spekulacyjnego, mogłyby dokonać korekty parytetu centralnego. Oczywiście gdyby to była korekta w dół, czasokres dwóch lat liczyłby się od nowa. Ponadto dewaluacja kursu walutowego chluby nie przynosi. Właśnie tu leży problem. Dewaluacja postrzegana w kategoriach utraty prestiżu narodowego stanowi powrót do sposobu myślenia z okresu z Breton Woods. Wówczas kraje nie chciały dewaluować swoich walut (kierowały się dumą narodową) i paradoksalnie przyczyniały się do rozpadu tego systemu. Z kolei największym osiągnięciem ERM (umożliwiającym jego przetrwanie) była zmiana percepcji dewaluacji. Od momentu uruchomienia ERM, dewaluacja nie była już równoznaczna z utraconą dumą narodową, a zaczęła być postrzegana bardziej jako efekt dostosowań zachodzących w danej gospodarce. Co ważniejsze, kraje ERM w latach osiemdziesiątych wiedziały, że z dewaluacją (jak i wszelkimi innymi korektami kursowymi) nie można zwlekać. Ponadto im szybciej ona przebiegała, tym mniejszy był jej rozmiar. [srodtytul]Szczególne wyzwanie[/srodtytul] Nie można zapominać, że Polska stoi przed zadaniem, przed jakim nie stał jeszcze żaden uczestnik strefy euro. Przejście z kursu całkowicie płynnego w kierunku kursu całkowicie stałego. Jest to równoznaczne z dokonaniem obrotu o 180 stopni wraz z całym ryzykiem związanym z tak rozumianą operacją. Jeśli Polska zamierzała wejść do tego mechanizmu już w tym roku, to jakiekolwiek odchylenie się od parytetu centralnego o 10 groszy (w kierunku osłabienia) mogłoby być określone mianem severe tensions. Wówczas NBP musiałby interweniować w celu ratowania parytetu za wszelką cenę, a wszelkie jego starania przy obecnie przeważających uwarunkowaniach rynkowych byłyby skazane na porażkę. Dlaczego zatem, zamiast uparcie obstawać przy wariancie najkrótszego pobytu w ERM II, nie zdecydować na konstruktywny dialog z KE i EBC. Tylko może nie koniecznie tłumaczyć im, że ERM II jest poczekalnią. Znacznie bardziej wskazane byłoby podzielenie się swoimi wątpliwościami i zwrócenie ich uwagi na szczególne usytuowanie Polski – kraju, który będzie musiał dokonać wspomnianego zwrotu o 180 stopni w zakresie polityki kursowej. Komisja wysyła wyraźne sygnały zachęcające do prowadzenie długich i otwartych rozmów. Osiągnięcie kompromisu nie będzie łatwe, ale też nie będzie niemożliwe. W końcu ERM2 nie został stworzony na złość nowym krajom. Ma on im pomóc, a jak – to już temat na dyskusje ze stroną europejską. NBP nie marnuje czasu. Właśnie została powołana specjalna komisja, mająca na celu jak najlepsze przygotowanie NBP do tych rozmów. Jestem przekonany, że NBP uczyni wszystko co w jego mocy, aby jak najlepiej przygotować nasz kraj do uczestnictwa w tym mechanizmie. Nie wolno zapominać, że to Polska de facto wyznaczała przez długie lata standardy prowadzenia polityki kursowej, powielane niemal przez wszystkie kraje sąsiednie. Polska ma naprawdę duże doświadczenie w prowadzeniu polityki kursowej. To powinno dodawać otuchy przed dokonaniem być może najtrudniejszej i najważniejszej decyzji dotyczącej przyszłości walutowej naszego kraju. Dlatego przygotowania już trwają. [i]Wyrażone w artykule osobiste poglądy autora niekoniecznie muszą odzwierciedlać oficjalne stanowisko NBP[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA