fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Ich najgorszy sylwester

Krzysztof Krawczyk omal nie udławił się stekiem w Chicago
Forum
Większość z nas marzy o szampańskiej zabawie w sylwestrową noc. Pragnienia te bywają wystawione przez los na bolesną próbę. Ale bywa i tak, że nieprzyjemne zbiegi okoliczności wieńczy happy end. Trzeba tylko czasu, by to zrozumieć
Maryla Rodowicz pod koniec studiów mieszkała z narzeczonym i postanowiła zorganizować intymną sylwestrową kolację.
– Ale kiedy poszłam po zakupy, wszystkie sklepy były już pozamykane – wspomina wokalistka. – Ulitował się nade mną kucharz w Grand Hotelu. Sprzedał mi kotlety schabowe. Wówczas rarytas. A do tego surowe, więc miałam szansę się popisać. Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, ale o północy zamiast najlepszych życzeń usłyszałam wymówki. Postanowiłam narzeczonego ukarać. Kiedy inni odpalali fajerwerki i otwierali szampana – ja wyrzucałam schabowe przez okno. Ktoś mógł oberwać. Korzystam z okazji i bardzo przepraszam!
Tomasz Zeliszewski z Budki Suflera w sylwestra 1974 r. miał 19 lat i czuł się jak książę z bajki.
– Zaczęła się moja przygoda z Budką i umówiłem się z najpiękniejszą dziewczyną w Tarnowie o 21, pod zegarem – wspomina. – Czas biegł, a ja pocieszałem się, że piękne kobiety się spóźniają. Ale o 23 pomyślałem, że chodzimy do różnych liceów i inne zegary mieliśmy na myśli. Pobiegłem więc do domu dziewczyny. Byłem jeszcze w stanie zrozumieć, że poszła na zabawę, ale kiedy usłyszałem, że z moim największym konkurentem – wpadłem w rozpacz. Popsułem prywatkę przyjaciela, opowiadając o cierpieniach młodego Wertera. A po kilku wódkach i szampanie trzeba było mnie odnieść do domu. Skończyło się na kosmicznym kacu. Przez lata uważałem tamtego sylwestra za życiową katastrofę. Do czasu, kiedy spotkałem dziewczynę z młodzieńczych marzeń i... zrozumiałem, że uratował mnie szczęśliwy zbieg okoliczności.
– Najgorszego sylwestra przeżyłem w Szwajcarii – mówi Jerzy Derfel. – Po koncertach w 1981 r. zastał mnie tam stan wojenny. Na stole były dania, o jakich mogliśmy w biednej Polsce tylko marzyć, trunki, o których nawet marzyć nie było można. A jednak wszystko było nie tak. Martwiliśmy się z żoną sytuacją w kraju, a gospodarz wyrzucał swojej, że podała złe kieliszki. Nie tęskniłem do mazowieckich wierzb, tylko do Jurka Dobrowolskiego i Staszka Tyma, z którymi spędzałem każdego sylwestra. Z naszej paczki towarzyszył mi Wojtek Młynarski, ale smutny tamtego wieczoru jak ja.
– Byłem wtedy na studiach, ale grałem już z kolegami w zespole jazzowym – wspomina Krzesimir Dębski. – Próbowaliśmy ambitnie do późna w nocy, a potem słuchaliśmy do rana awangardowego jazzu z płyt. Byliśmy piekielnie przemęczeni. Ale towarzysko atrakcyjni. Jazzmani! Dlatego nie mieliśmy problemu, żeby zaprosić na imprezę najpiękniejsze dziewczyny. Był sylwester, chata, szkło. Jednak po pierwszych kieliszkach... posnęliśmy w fotelach i obudziliśmy się nad ranem. Wypoczęci, a jednak wściekli. Pocieszaliśmy się, że udało nam się uniknąć nieudanych małżeństw.Dla Muńka Staszczyka połowa lat 80. była smutnym czasem po stanie wojennym.
– Sylwester, który uważałem za najgorszy, po latach okazał się szczęśliwy – mówi Tomasz Zeliszewski
– Ale sylwester 1984 zapowiadał się fajnie, bo postanowiła go urządzić koleżanka, która miała willę – wspomina lider T. Love. – Tymczasem w dniu imprezy okazało się, że balangi nie będzie. Do knajpy pójść nie mogliśmy, bo ich nie było. Pojechałem z kolegami do Kazimierza nad Wisłą, a tam pusto. Piliśmy wódkę w Esterce. Ktoś rozpalił ognisko w popielniczce. Nudy. Bal samców. Ale zabukowaliśmy się w PTTK, gdzie okazało się, że takich jak my jest więcej. Zrobiła się z nas paka kilkudziesięcioosobowa i poszliśmy na rynek. Ktoś zagrał na gitarze Stonesów i Stachurę, alkohol zaczął szybciej płynąć, chwyciliśmy się za ręce i tańczyliśmy jak wariaci wokół choinki. To była jedna z najlepszych imprez, jakie pamiętam.
– Zostałem zamówiony, wspólnie z Wojciechem Mannem, do poprowadzenia sylwestra dla elity Polonii chicagowskiej – opowiada Krzysztof Materna. – Było mi niezwykle miło, jednak już w Chicago zrobiło się dramatycznie. Nie chodziło bowiem o prowadzenie wieczoru, tylko o dwugodzinny występ w czasie kolacji. Mieliśmy śpiewać, tańczyć, recytować! Wyjaśnialiśmy organizatorowi, jaka jest różnica między prowadzeniem wieczoru a występem, tymczasem orkiestra skończyła grać i przyszedł nasz czas. Problem rozwiązała publiczność, która wbiegła na estradę i zaczęła się masowo – ze mną i z Wojtkiem – fotografować. Organizator pomyślał, że mimo wszystko jesteśmy atrakcją wieczoru. Pikanterii zdarzeniu dodało to, że hotel stał na granicy dwóch stanów. W jednym sprzedawano alkohol bez ograniczeń, w drugim zaś – dopiero po północy. Oczywiście oszczędny menedżer wybrał ten stan, w którym gościom, z alkoholi, można było podać dopiero szampana.
Czarnego sylwestra w Chicago miał też Krzysztof Krawczyk.
– Miałem przywitać nowy rok, a o mało nie straciłem życia – wspomina piosenkarz. – Przez cały wieczór nie miałem czasu zjeść. Wolny kwadrans zdarzył się dopiero przed północą. Dostałem stek, spieszyłem się i musiałem połykać duże kęsy wołowiny. Wtedy podeszła pani i poprosiła o autograf. Chciałem powiedzieć, by zgłosiła się po powitaniu nowego roku, ale poczułem, że nie tylko nie mogę nic mówić, ale i oddychać. Mięso stanęło mi w przełyku. Muszę dodać, że w każdej amerykańskiej restauracji są instrukcje, jak ratować życie dławiących się stekiem. Wydawało mi się, że nie są potrzebne, bo przeważającą część gości stanowili lekarze. Tymczasem ja się duszę, a oni nic. Robiłem się już siny, powoli przechodziłem na tamten świat, gdy podbiegła kelnerka i mocno uderzyła mnie w mostek. Odblokowała mnie. Mogłem przywitać nowy rok. Wszyscy spełniali toasty, tylko ja nie – miałem tak obolały przełyk. Zauważył to jeden ze znajomych lekarzy i krzyknął: „Krzysiu, dlaczego nie pijesz?! Możesz! Przecież jesteś wśród lekarzy!”.
Masz pytanie, wyślij e-mail do autora
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA