fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

W obiektywie Kapuścińskiego

Kamerun 1999 r. Kapuściński zabierał ze sobą aparat we wszystkie reporterskie podróże. Uważał, że nie należy fotografować i pisać tego samego dnia, bo czynności te wymagają różnego rodzaju wrażliwości
Fotorzepa, Ryszard Kapuściński RK Ryszard Kapuściński
Wydany właśnie przez Znak album „Ze świata” dowodzi, że niektóre fotografie reportera mają siłę i intensywność jego najlepszej prozy
W ciągu swego życia wykonał wiele zdjęć – jego archiwum liczy ich dziesięć tysięcy, a mnóstwo przecież zaginęło. Niektóre zarekwirowali i spalili żołnierze, negatywy innych uległy zniszczeniu w ekstremalnych tropikalnych warunkach.
Mimo to zwykle był w stanie stwierdzić, czy jakaś fotografia jest jego autorstwa czy nie. W szkicu „Moja przygoda z fotografią” opublikowanym w albumie „Z Afryki” z 2000 r. pisał: „Skąd ta więź między fotografem a jego zdjęciem? Stąd, że zrobienie udanego fotogramu jest podobnym wysiłkiem i przeżyciem, co napisanie dobrego wiersza. Wymaga jednakiej koncentracji, wytrwałości, wyobraźni”.
Aparat – radziecką zorkę – zabrał już w pierwszą wielką podróż – do Indii. Wyruszył tam w 1956 r. Najstarsze reprodukowane w tomie „Ze świata” zdjęcia zostały wykonane rok później – w Ghanie i Kongu. Przedstawiają rybaków niosących sieć przez piach, w stronę ukrytej w cieniu wioski, mężczyzn robiących pranie w wartkim nurcie rzeki i matkę z dzieckiem przy piersi ufnie patrzącą w obiektyw. Jak zauważa w posłowiu Izabela Wojciechowska, opiekunka archiwum, fotografie te są bezcenne, bo nawet największe światowe agencje mają nieliczne zdjęcia z tego okresu.
Album „Ze świata” zawiera też dokumentację pierwszej po wojnie wyprawy Kapuścińskiego do rodzinnego Pińska. Polesie opuścił na początku wojny i tak zaczęło się jego wędrowanie. Gdziekolwiek był, miał ze sobą aparat. Robił zdjęcia w Chile, tuż przed wojskowym zamachem stanu, i w Ugandzie rządzonej przez szalonego i bezwzględnego Idi Amina. Fotografował niknące pod zwałami śniegu chaty Workuty i pomarańczową drogę laterytową pośród ciemnej zieleni palm gdzieś w Afryce.
Największe wrażenie robią na mnie zdjęcia z połowy lat 70., gdy zbierał materiał do książki „Jeszcze dzień życia”. Widzimy zwłoki na drodze. Jak pisał Kapuściński, w Angoli nie grzebali poległych i odór rozkładających się ciał był znakiem, że front jest blisko. Kolumna, w której jechał, zatrzymywała się, żołnierze wydobywali kanistry z benzyną, zbierali gałęzie, a potem kierowca strzelał z automatu w asfalt tak, by poszły iskry. Płomienie obejmowały trupa, co widać na zdjęciu „Całopalenie”.
Swoją legendę ma fotografia przedstawiająca zgrabną dziewczynę w mundurze, z automatem w ręku. To Carlotta – dwudziestolatka przydzielona do ochrony Kapuścińskiemu i jego kolegom w drodze na front. Wbrew namowom dziennikarzy zdecydowała się tam pozostać.
Prawdopodobnie, spodziewając się kontrataku, postanowiła osłaniać reporterów. Gdy dotarli do Bengueli i odnaleźli ostatni czynny bar, otrzymali informację, że Carlotta zginęła w chwilę po ich odjeździe. „Kto mógł przypuszczać, że widzieliśmy ją w ostatniej godzinie? I że wszystko było w naszych rękach?” – napisał Kapuściński.
Na zdjęciu dziewczyna uśmiecha się promiennie. Za nią rozciąga się sawanna z pojedynczymi karłowatymi drzewkami i pasmem gór na horyzoncie.
[ramka]Ryszard Kapuściński
[b]Ze świata[/b]
Wstęp John Updike
Znak, Kraków 2008[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA