Służba zdrowia

Lekarze rodzinni, czyli porażka

Cukrzycę niepowikłaną może prowadzić lekarz rodzinny – podkreśla medyk tej specjalności Tomasz Sobalski. – Przez to, że zajmuje się tym diabetolog, pacjenci, którzy rzeczywiście potrzebują jego pomocy, czekają przez wiele miesięcy w kolejkach
Rzeczpospolita, Bartosz Siedlik
Mieli koordynować leczenie, pomagać chorym trafić do specjalisty. – Nie wyszło – ocenia NIK
Najwyższa Izba Kontroli sprawdzała, jak działa wprowadzona osiem lat temu instytucja lekarza rodzinnego. – Nie spełnia założonej roli – oceniają inspektorzy.
Gdy tworzono instytucję lekarza rodzinnego, zakładano, że będzie koordynatorem leczenia. Miał pilnować m.in., by badania zlecane przez specjalistów nie dublowały się i by pacjent nie przyjmował zbyt wielu leków przepisywanych przez różnych lekarzy. – Problemem jest, że do lekarzy rodzinnych nie trafia informacja o badaniach wykonanych przez specjalistów. W tej sytuacji nie mogą oni pełnić roli koordynatora leczenia – uważa NIK.
– Wydobycie od specjalisty wyników badań graniczy z cudem – potwierdza Tomasz Sobalski, lekarz rodzinny. – Co prawda NFZ nakłada na nich obowiązek przekazywania nam danych, ale zależy to tylko od dobrej woli specjalisty. Za tym idzie drugi zarzut NIK: to lekarz rodzinny miał organizować leczenie, bo jest najbliżej pacjenta. Jego porady są też najtańsze. Tylko w wyjątkowych wypadkach pacjent miał trafiać do szpitala czy specjalisty. – Lekarze rodzinni mieli zajmować się 80 proc. przypadków. Dlatego mieli dbać także o profilaktykę, a nie tylko o leczenie już istniejących chorób – pisze NIK. I znów dodaje: nie udało się. Lekarze rodzinni tłumaczą, że specjaliści przejmują zbyt wielu pacjentów. Przykład? – Cukrzycę niepowikłaną, taką, w której stosuje się dietę i podaje tylko leki doustne, może prowadzić lekarz rodzinny. A tych pacjentów przejmuje diabetolog. W efekcie ci, którzy rzeczywiście potrzebują jego pomocy, czekają w wielomiesięcznych kolejkach – mówi Sobalski. Dodaje, że ten sam problem dotyczy np. kardiologów. – To naturalne, że pacjenci oczekują jak najbardziej specjalistycznej opieki – odpowiada Roman Szełemej, dyrektor szpitala w Zabrzu. – Dzisiaj medycyna tak się rozwinęła, że cała diagnostyka jest oparta na bardzo drogim sprzęcie. Stąd przesuwanie ciężaru na specjalistyczne szpitale: lekarz rodzinny nie zrobi tomografii, bo po prostu nie stać go na takie badanie. To kolejny problem, który zauważa NIK. Inspektorów niepokoi, że lekarze rodzinni nie informują NFZ, ile naprawdę wydają na badanie swoich pacjentów. – W niektórych przychodniach jest to zaledwie ok. 7 proc. całego kontraktu – piszą w raporcie. Osiem lat temu zakładano, że będzie ok. 10 proc. – Nie wiem, jak NIK to obliczył. Z naszych ocen wynika, że lekarze wydają na badania nawet 17 proc. swoich kontraktów – oburza się Bożena Janicka, lekarz rodzinny i szefowa największej organizacji skupiającej medyków tej specjalności. Problemem jest też profilaktyka. Choć to lekarz rodzinny miał zajmować się np. zapobieganiem chorobom nowotworowym, tylko niespełna co piąty pacjent był w ogóle pytany, czy miał w rodzinie przypadki raka. Zaledwie co piąta kobieta dowiedziała się od lekarza rodzinnego, jak samodzielnie badać piersi. Badanie wykrywające raka jelita grubego proponowano co dziesiątemu pacjentowi. NIK podaje przykłady przychodni, gdzie badań było jeszcze mniej. I jeden pozytywny: lekarki z Ujeźdźca Wielkiego koło Trzebnicy, która robiła badania u ponad 80 proc. pacjentów. Niestety, w sierpniu przeszła na emeryturę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL