fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Gen do przekazania

Na marginesie eseju „Śmierć książki”
Wieloletni dziennikarz „Rzeczpospolitej” Łukasz Gołębiewski – zarazem znawca i analityk rynku wydawniczego – opublikował esej pod prowokacyjnym tytułem „Śmierć książki. No Future Book”. Wygląda na to, że autor chciał nam wykrzyczeć prosto w twarz: To już koniec! Porzućcie nawyk chodzenia do księgarń i bibliotek! Nie będzie już szelestu odwracanych kartek i zapachu farby drukarskiej! Koniec! Słyszycie? Koniec!!!
Na szczęście w eseju traci nieco swą buńczuczność (bezczelność?), widząc w przyszłości miejsce dla poczciwego drukowanego kodeksu. Między innymi dlatego, że sam – jak pisze – należy do pokolenia, które ponad wszystko umiłowało ów szelest i ów zapach.
Spokojnie – myślę sobie. Jest nas więcej, takich książkowych dinozaurów. To jednak my. A nasze dzieci?
Ich kulturowe wybory, sposób spędzania wolnego czasu, a przede wszystkim recepcję i metody utrwalania rzeczywistości Gołębiewski analizuje, sięgając do zmian zachodzących w dzisiejszym języku i komunikacji jako takiej. Zastanawia się nad psychologicznymi przyczynami popularności blogów, przepowiada ewolucję, jaka zajdzie (zachodzi?) na gruncie zorganizowanej edukacji, już na najniższym poziomie. „Na styku światów realnego i wirtualnego rodzi się nowa kultura w znacznym stopniu implikowana przez medium”, jakim jest Internet, czytamy w rozdziale „Człowiek cyfr”.
Z jego najmłodszymi przedstawicielami autor obchodzi się bezlitośnie: „Do głosu dochodzi (…) pokolenie nowych czytelników przyzwyczajonych do innej struktury zdań, innego układu tekstu, nielinearnego wykładu, (…) do kopiowania i kompilowania, swobodnego rozporządzania własnością intelektualną”. Pokolenie to – pisze Gołębiewski – jest „do bólu racjonalne, bo łatwo znajdujące odpowiedź na każde dręczące pytanie”. Obawiam się, że z wyjątkiem tych najważniejszych: jak i po co żyć.
Po przeczytaniu „Śmierci książki” najbardziej bodaj zagrożeni czuć się powinni tradycyjni dystrybutorzy – hurtownicy i księgarze, ale także bibliotekarze. W dobie zdalnego i – już niebawem – wszechobecnego dostępu do zapisanych elektroniczne treści ich rola zostanie zmarginalizowana. Wychowanej na ekranie komputera generacji wygodniej będzie przeczytać cyfrową wersję „Alchemika” (żeby w ogóle zechcieli po niego sięgnąć!) ściągniętego uprzednio na dysk noszonego przy sobie czytnika. Zresztą, na jaki dysk? W ciele każdego z nas umieszczony zostanie mikroskopijny chip zdolny pomieścić zbiory British Library wyświetlane przed naszymi oczami w powietrzu, w postaci niematerialnej. Dematerializacja jest przecież jednym z motywów prowadzonego w książce wykładu.
W wieńczącym esej rozdziale „GEN-ISBN” spotykamy się z jasno wyrażoną zachętą do… przekazywania go dalej. „Tak długo jak GEN-ISBN przekazywać będziemy z pokolenia na pokolenie, tak długo potrzebni będą ludzie, dla których książka i literatura mają wartość większą niż kod binarny”, czytamy. A zatem – przekazujmy go, proszę Państwa. ?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA