fbTrack

Opinie

Pozostańmy przy złotym

dr Eryk Łon z Katedry Bankowości Akademii Ekonomicznej w Poznaniu
Rzeczpospolita
Korzystna współpraca, a walut wiele – to jest naprawdę możliwe – uważa dr Eryk Łon z Katedry Bankowości Akademii Ekonomicznej w Poznaniu
Kanadyjczyk Robert Mundell stworzył koncepcję optymalnego obszaru walutowego. Założył, że istnieją pewne powody, dla których warto, aby pewna grupa krajów zrezygnowała ze swych walut narodowych i w to miejsce wprowadziła jedną, wspólną. Inny noblista, Amerykanin Gary Becker, wyraził pogląd przeciwny. W 1999 roku na łamach pisma ,,Business Week Polska” stwierdził bardzo dobitnie, że ,,unia walutowa w Europie nie ma sensu, niech waluty konkurują!”.
Mamy tu do czynienia z ogromnie ważnym sporem. Są tacy, którzy uważają, że do korzystnej współpracy między poszczególnymi krajami potrzebna jest likwidacja walut narodowych. Liczna jest również grupa wyrażających przekonanie, że lepszym modelem współpracy międzynarodowej jest taki, w którym poszczególne kraje w tej współpracy uczestniczące zachowają prawo do prowadzenia własnej polityki pieniężnej. Można z pewnym uproszczeniem powiedzieć, że ta pierwsza grupa osób podziela raczej stanowisko noblisty Mundella, druga zaś sympatyzuje z opinią noblisty Beckera. Co więcej, oba stanowiska (pierwsze nazwijmy ponadnarodowym, drugie międzynarodowym) znajdują praktyczne implikacje. Zwolennicy Mundella z życzliwym zainteresowaniem przyglądać się będą zapewne funkcjonowaniu strefy euro, do której należy już grupa krajów europejskich. Z kolei zwolennicy poglądu Beckera przywołują przykłady funkcjonowania takich organizacji, jak: NAFTA (grupa krajów z Ameryki Północnej), ASEAN (grupa krajów z Azji), Mercosur (grupa krajów z Ameryki Południowej) czy EFTA (grupa krajów z Europy). Z moich badań wynika, że w latach 1999 – 2007 tempo wzrostu gospodarczego w organizacjach realizujących koncepcję Beckera (wiele walut narodowych, NAFTA, ASEAN, Mercosur, EFTA) było przeważnie wyższe niż w organizacjach realizujących koncepcję Mundella (strefa euro).
Czyż to nie zastanawiające? Przecież zarówno wiele tygrysów azjatyckich (Tajwan, Korea Południowa, Malezja, Singapur), jak i np. Izrael czy Chile charakteryzowało się w latach 1999 – 2007 wyższym średnim tempem wzrostu PKB niż średnia dla grupy krajów będących dla nich ważnym punktem odniesienia, czyli tych z G3 (Portugalia, Hiszpania, Grecja – uboższe kraje strefy euro). W dyskusjach dotyczących ewentualnego wejścia Polski do strefy euro często podejmowany jest problem ryzyka kursowego. Zagadnienie to z pewnością bardzo interesuje przedsiębiorców. Moim zdaniem po likwidacji złotego ryzyko kursowe nie tyle by znikło, ile uległoby pewnemu zmniejszeniu, a w pewnym stopniu przeistoczeniu. Na przykład duży wpływ na aktywność gospodarczą w naszym kraju miałyby wahania kursu euro wobec dolara amerykańskiego, na które nie mielibyśmy praktycznie prawie żadnego wpływu. Pewien wpływ na zachowanie kursu złotego względem walut obcych jednak mamy, a przynajmniej mieć możemy. Na problem ryzyka kursowego można spojrzeć jeszcze nieco inaczej. Warto posłużyć się przykładem Zakładów Azotowych Puławy, których sprzedaż zorientowana jest w dużym stopniu na rynki zagraniczne. Spółka ta zaprezentowała ostatnio świetne wyniki finansowe. Osiągnęła je w okresie silnej aprecjacji złotego. Co więcej, podwyższyła prognozę zysku netto. Bardzo mnie zainteresowała treść najnowszego raportu finansowego firmy. Wynika z niego, że spółka bardzo umiejętnie zarządza ryzykiem kursowym i w ten sposób stara się unikać strat z tytułu niekorzystnych zmian kursowych. Być może gdyby spółka nie zabezpieczała się przed skutkami tego ryzyka, byłaby narażona w okresie silnej aprecjacji złotego na straty finansowe. Zabezpieczając się, czyni – moim zdaniem – rozsądnie. Odwołajmy się do pewnego przykładu. Załóżmy, że mamy dwa przedsiębiorstwa: przedsiębiorstwo A – ZA Puławy, oraz przedsiębiorstwo B – inna spółka. Spółka A zabezpiecza się przed ryzykiem kursowym, spółka B tego nie czyni. Jeżeli np. kurs złotego bardzo się umocni, spółka A tak wiele nie straci, prawdopodobnie nawet osiągnie zysk, a spółka B z pewnością poniesie stratę. Sytuacja spółki A jest więc lepsza, otrzymuje ona nagrodę za przezorność. Spółka A dzięki zyskowi powiększa kapitał własny, a spółka B z powodu straty kapitał ten zmniejsza. Spada stopa zadłużenia spółki A, poprawia się jej relacja majątku trwałego do kapitału własnego. Dzięki temu może się stać bardziej wiarygodna na rynku finansowym, gdyż poprawiając swą kondycję finansową, może taniej pozyskać kapitał na inwestycje lub kredyt z banku. Spółka A, zabezpieczając transakcje w euro, osiąga więc pewną przewagę nad tymi konkurentami z branży, którzy się nie zabezpieczają. Po wejściu do strefy euro ta przewaga spółki A by znikła. Warto również zapytać przedsiębiorców, czy chcą funkcjonować w strefie walutowej (strefie euro), której cechą jest powolny rozwój popytu wewnętrznego. Popatrzmy na średnie tempo wzrostu popytu wewnętrznego w krajach eurolandu i tych spoza tej strefy w latach 1999 – 2007. W strefie euro tempo to wynosiło w badanych latach zaledwie 2,1 proc., co jest zdecydowanie gorszym wynikiem niż w krajach spoza eurolandu. Na przykład w Wielkiej Brytanii wynosiło ono odpowiednio 3,2 proc., w Norwegii 3,4 proc., w Islandii 4,7 proc., w Szwecji 2,4 proc., w Polsce 3,9 proc., na Węgrzech 3,3 proc., a na Słowacji 3,6 proc. Jeżeli się zgodzimy, że wyniki finansowe przedsiębiorstw zależą w pewnym stopniu od tego, jak intensywnie zwiększa się popyt konsumentów, to „strefa wolnego rozwoju”, jaką jawi się nam strefa euro, nie stwarza odpowiednio korzystnych warunków dla ekspansji gospodarczej naszych rodzimych przedsiębiorstw. Podsumowując ten wątek rozważań, warto też zauważyć, że od momentu zacieśnienia integracji walutowej w Europie kraje członkowskie strefy euro rozwijają się zdecydowanie wolniej niż USA. Może czas najwyższy zastanowić się, czy kompetencje UE nie są zbyt duże. Nasuwa się tu pytanie, dlaczego wtedy, gdy integracja była mniej głęboka niż obecnie, wzrost gospodarczy na naszym kontynencie miał się lepiej. Może receptą na rozwój krajów strefy euro jest hasło „mniej kompetencji Unii, więcej wolności dla krajów członkowskich”. Spór o to, czy Polska powinna przyjąć euro, jest na tyle istotny, że prezydent prof. Lech Kaczyński opowiedział się za koncepcją przeprowadzenia referendum w tej sprawie. Uważa on bowiem, że ewentualne członkostwo Polski w strefie euro wiązałoby się z przekazaniem części narodowej suwerenności. Prezydent Lech Kaczyński wyraził taki pogląd w wywiadzie dla czasopisma „El Mundo” z października 2006 r. Bardzo niechętny, sceptyczny wobec koncepcji wejścia swego kraju do strefy euro jest prezydent Czech Vaclav Klaus. Ostatnio zapowiadał on, że po ponownym wyborze na urząd prezydenta Czech desygnuje na stanowisko prezesa czeskiego banku centralnego osobę sceptyczną wobec koncepcji likwidacji korony czeskiej. Warto wspomnieć, że były prezes banku centralnego Szwecji Lars Wohlin stworzył niegdyś wraz z grupą szwedzkich biznesmenów organizację Obywatele przeciw Unii Gospodarczej i Walutowej. Organizacja ta przekonywała Szwedów w referendum w 2003 r., żeby opowiedzieli się przeciw wprowadzeniu euro w ich kraju. Czasami słyszy się głosy, że referendum w sprawie wejścia Polski do eurolandu nie jest potrzebne, gdyż decyzja już zapadła, że niby zdecydowano już (w momencie przystąpienia naszego kraju do Unii Europejskiej), że przyjmiemy euro. Uważam, że poglądy takie są nacechowane rezygnacją. Niby dlaczego mamy się pogodzić z pomysłem likwidacji naszej waluty narodowej i likwidacji prawa Polski do prowadzenia własnej polityki pieniężnej? Jeżeli nie będziemy chcieli wejść do strefy euro, nikt nas do tego nie zmusi. Przecież w traktacie akcesyjnym daty przyjęcia euro celowo nie wyznaczono. Poza tym każde prawo można zmienić. Myślę, że nasz Sejm mógłby przyjąć uchwałę, w której wyrażałby przekonanie, że wejście Polski do strefy euro mogłoby się odbyć wyłącznie po uzyskaniu zgody Polaków w ogólnonarodowym referendum. Po pierwsze należy pamiętać, że zamiana złotego na euro oznaczałaby utratę przez Polskę prawa prowadzenia własnej krajowej polityki pieniężnej. Likwidując złotego, pozbawiamy przyszłe pokolenia Polaków prawa do własnej polityki pieniężnej. Powstaje pytanie: czy na pewno chcemy im to prawo odebrać? Po drugie powinna się toczyć ogólnonarodowa debata nad ewentualny członkostwem Polski w strefie euro. W debacie tej powinni uczestniczyć zarówno zwolennicy utrzymania złotego, jak i entuzjaści euro. Jednakże bardzo ważne jest, aby spór toczył się uczciwie i transparentnie. Obydwie strony powinny mieć zagwarantowany dostęp do mediów, szczególnie mediów publicznych. Po trzecie alternatywą wobec koncepcji wprowadzenia euro jest świadomy wybór złotego i ciągłe zastanawianie się, jak w warunkach towarzyszącego nam ryzyka kursowego ryzyko to ograniczać, i to takimi metodami, aby było to korzystne dla Polski. Autor w 2007 roku na stronie internetowej NBP opublikował raport "Dlaczego Polska nie powinna wchodzić do strefy euro?” Od rozpoczęcia zacieśniania integracji walutowej w Europie kraje członkowskie strefy euro rozwijają się zdecydowanie wolniej w porównaniu z gospodarką Stanów Zjednoczonych Czy na pewno chcemy odebrać przyszłym pokoleniom Polaków prawo do prowadzenia własnej polityki pieniężnej?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL