fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Muzyka na stradivariusie z Zamku Królewskiego

Janusz Wawrowski od niedawna gra na skrzypcach Stradivariusa z 1685 roku
materiały prasowe
Zrekonstruowany utwór Ludomira Różyckiego rozpoczyna życie z szansą na odkrycie również przez świat.

Kiedy zakończyła się II wojna światowa, Ludomir Różycki był mężczyzną tuż po sześćdziesiątce, ale przede wszystkim kompozytorem o ogromnym dorobku i uznanym autorytecie. To on wraz z Karolem Szymanowskim, Apolinarym Szelutą, Mieczysławem Karłowiczem i Grzegorzem Fitelbergiem stworzył na początku XX wieku grupę, która odegrała istotną rolę w wprowadzeniu muzyki polskiej na nowe tory. Jego utwory, zwłaszcza opery, grywano potem w wielu krajach Europy.

Czas okupacji hitlerowskiej Ludomir Różycki przeżył przede wszystkim w swej willi na warszawskim Żoliborzu. Jak każdy zmagał się z rozmaitymi kłopotami i tragediami, ale próbował nadal komponować. To wtedy, już u schyłku wojny, zaczął pisanie koncertu skrzypcowego. Pracował nad nim intensywnie latem 1944 roku, także w majątku swoich przyjaciół pod Krakowem.

Czy zdołał utwór dokończyć? Prawdopodobnie nie, ale pewności nie ma. Tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego jego żona postanowiła zakopać rękopisy i inne pamiątki w ogrodzie żoliborskiej willi. Dom został potem zniszczony, a znaczna część dorobku spłonęła.

Z drugiej wszakże strony, gdy z początkiem 1945 roku kompozytor rzucił się w wir tworzenia od nowa życia muzycznego w wyzwolonym Krakowie, pisał w jednym z listów do przyjaciół: „Wochniak uczy się Koncertu skrzypcowego, ale to potrwa kilka tygodni, bo jest bardzo trudny. Był u mnie i próbowaliśmy, ale bez rezultatu. Andante jest łatwiejsze, ale Finał trudny, więc trzeba mieć cierpliwość".

Być może zatem Koncert skrzypcowy (jedyny w dorobku Różyckiego) nabrał wtedy kształtu ostatecznego. Tego nie wiemy, do naszych czasów zachowało się 87 taktów rękopisu kompletnej partytury orkiestrowej. Pozostałych prawie 400 taktów miało kształt solowej partii skrzypcowej oraz tzw. partii harmonicznej. Nie jest to typowy wyciąg fortepianowy, czyli rozpisanie partii orkiestry dla pianisty akompaniującemu soliście. Rękopis ma raczej charakter szkicu orkiestrowego, opatrzony został bowiem w niektórych miejscach zapiskami w sprawie przyszłej instrumentacji.

Zadania zrekonstruowania koncertu skrzypcowego Ludomira Różyckiego podjął się już w tym stuleciu dyrygent i kompozytor Zygmunt Rychert, korzystając m.in. z merytorycznego wsparcia, skrzypka Janusza Wawrowskiego. To on będzie solistą w tym utworze zaprezentowanym na Festiwalu „Chopin i jego Europa".

Mimo stosunkowo młodego wieku Janusz Wawrowski (rocznik 1982) jest artystą o dużym dorobku i znaczącej karierze, w której istotną rolę odgrywa wieloletni kontrakt z Warner Music. Płyty, które zrealizował do tej pory dla tej wytwórni, spotkały się z dużym zainteresowaniem i uznaniem krytyki.

Nagrodzony w 2017 roku Fryderykiem album „Sequenza" był nominowany do International Classical Music Awards. Ostatnią zaś płytę „Brillante" z II koncertem skrzypcowym Wieniawskiego oraz „Fantazją szkocką" Brucha Janusz Wawrowski nagrał z Filharmonikami ze Stuttgartu pod dyrekcją Daniela Raiskina.

Podczas licznych zagranicznych występów artysta przywiązuje też dużą wagę do promocji polskich kompozytorów. Teraz chciałby dodać do nich również koncert skrzypcowy op. 70 Ludomira Różyckiego. Dzięki staraniom Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina być może uda się doprowadzić do płytowego wydania tego utworu z jedną czołowych orkiestr brytyjskich.

Od niedawna Janusz Wawrowski gra na stradivariusie, jedynym takim instrumencie znajdującym się w polskich zbiorach. W 2016 roku muzyk włączył się bowiem do akcji pozyskania mecenasów, którzy chcieliby kupić tej klasy skrzypce. Długo nie budziło to odpowiedniego zainteresowania, ale jednak wreszcie nastąpił szczęśliwy finał.

Oryginalne, bez późniejszych poprawek, skrzypce wykonane przez Antonio Stradivariego ok. 1685 roku, kupił polski biznesmen pragnący zachować anonimowość. Instrument od prawie pół wieku należał do włoskiej rodziny Ratinich. Rzadko na nim grywano, podobno tylko raz w roku, na uroczystym prywatnym koncercie.

Ostatni przedstawiciel rodu, inwestor i właściciel licznych nieruchomości we Włoszech i Monako, nie był początkowo zainteresowany sprzedażą, ale zmienił zdanie, dowiedziawszy się, że będzie to jedyny stradivarius w Polsce. Przed II wojną światową właścicielem tej klasy skrzypiec był u nas łódzki przemysłowiec Henryk Grohman, który zdeponował swojego stradivariusa w Muzeum Narodowym w Warszawie, skąd potem zrabowała go Armia Czerwona.

Obecny nabywca stradivariusa przekazał instrument w depozyt Zamkowi Królewskiemu w Warszawie, gdzie ma być przechowywany w najlepszych warunkach, z odpowiednią dbałością o temperaturę i wilgotność powietrza. Janusz Wawrowski mówi, że gdy zabiera go na próby czy koncerty, to zawsze z obstawą.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA