fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Z piekła (prawie) do nieba

Kaspar Hamalainen (walczy o piłkę z Matiasem Vecino z Fiorentiny) drugi sezon z rzędu jest najlepszym strzelcem Lecha
AFP
To była wyjątkowo dziwna runda w Poznaniu. Kolejorz wraca jednak na dobre tory.
Runda jesienna w wykonaniu Lecha przypomina film grozy Alfreda Hitchocka. Zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli wyjątkowo efektownej wygranej w Superpucharze z Legią, a później napięcie tylko rosło. Lech już był na dnie, ale się odbił. Jak jednak na klasyczny thriller przystało – nie obyło się bez ofiar.
Lech w środku sezonu przechodził kryzys, jakiego w Poznaniu nie zaznano od lat. Pięć porażek ligowych z rzędu to tyle, ile Kolejorz przegrał w sumie meczów w poprzednim, mistrzowskim, sezonie. By znaleźć równie fatalną serię, trzeba się cofnąć ponad dekadę – do 2004 r. To wtedy, na przełomie sierpnia i września, Lech prowadzony przez Czesława Michniewicza zaliczył pięć kolejnych porażek. By jednak uzmysłowić sobie, jak wiele się zmieniło od tamtej pory, wystarczy powiedzieć, że w lidze grały jeszcze Odra Wodzisław, Amica Wronki, Polonia Warszawa i Groclin Grodzisk Wielkopolski, czyli kluby, które z czasem przestały istnieć, przynajmniej w tamtej formie. Lech mecze rozgrywał na starym stadionie, siedmioletni Dawid Kownacki właśnie po raz pierwszy szedł do szkoły, a w Pucharze Polski przeciwko Arce Gdynia swój jedyny mecz w barwach Lecha rozegrał zdolny 19-letni bramkarz Łukasz Fabiański.
Wtedy Michniewicz czarną serię przetrwał, ale należy też pamiętać, o ile mniejsze były ówczesne ambicje klubu. Tym razem jednak przecież Lech broni tytułu i gdy był w największym dołku, stał się pośmiewiskiem nie tylko Polski, ale i całej Europy. Zachodnie media opisywały przypadek Kolejorza, pokazując najsłabszego mistrza w Europie. Posadą musiał więc zapłacić Maciej Skorża, i to on właśnie jest

I największym przegranym.

Skorża był od zawsze przeznaczony Lechowi. Właściciel Jacek Rutkowski doskonale wspominał tego trenera z czasów jeszcze Amiki Wronki i właściwie, ilekroć dochodziło w Poznaniu do zmiany szkoleniowca, Skorża był wymieniany jako kandydat numer jeden. Zawsze jednak coś stało na przeszkodzie, aż w końcu udało się późną jesienią poprzedniego roku. A Skorża od razu umocnił Rutkowskiego w słuszności wyboru, zdobywając z Lechem tytuł.
W Poznaniu lubią robić rzeczy po swojemu – gospodarnie, korzystając z niemieckich wzorców. W Lechu trenerzy mogą się czuć względnie – oczywiście jak na szalone polskie warunki – bezpieczne. Tutaj pierwsze potknięcie nie powoduje wywrócenia wszystkiego do góry nogami, porzucenia obowiązującej koncepcji i rewolucji.
Ale Skorża tej cierpliwości wykorzystać nie potrafił. W Lechu ewidentnie panowało przekonanie, że trenerowi trzeba dać szansę wyjścia z kryzysu. Nie tylko z powodu tradycyjnej wielkopolskiej gospodarności – wszak wraz ze zwolnieniem trzeba było zapłacić odszkodowanie – czy z faktu, że nie było w klubie jasnej alternatywy i planu B. Ale przede wszystkim dlatego, że w Poznaniu sądzono, iż człowiekowi, który zdobył tytuł, należy się zaufanie.
Skorża jednak przegrał. Mimo kolejnych szans nie potrafił zespołu wyciągnąć z dołka. A gdy jeszcze w obliczu kryzysu zażądał dla siebie niemalże władzy absolutnej (pozycji na wzór angielskiego menedżera, który jest nie tylko trenerem, ale także dyrektorem sportowym w głównej mierze odpowiadającym za politykę kadrową i transfery), musiał się pożegnać, a w jego miejsce – trochę z braku alternatywy, jako jeden z niewielu dostępny był od zaraz – ściągnięto Jana Urbana, który dość niespodziewanie został

II największym wygranym.

Urban zawsze miał w środowisku piłkarskim opinię brata łaty, człowieka od atmosfery. Do tego się uśmiechnie, tamtego poklepie po plecach, rzuci żartem. Był uwielbiany przez warszawskich dziennikarzy, gdy pracował w Legii. Do tego stopnia, że nie dostrzegali oni, że Legia pod jego wodzą przestała się rozwijać.
A jednak na krótką przynajmniej metę okazało się, że to właśnie uśmiechniętego Urbana potrzebowali najbardziej zawodnicy Lecha. Kogoś, kto zdejmie z nich presję, kto odciągnie ich głowy od kolejnych porażek.
Oczywiście sprowadzenie przemiany Lecha, która ewidentnie wraz z przyjściem Urbana nastąpiła, wyłącznie do poprawienia atmosfery w szatni byłoby niesprawiedliwe. Nowy szkoleniowiec postawił przede wszystkim na poprawę gry obronnej. Statystyki pokazują to zresztą dobitnie. W 11 meczach w tej rundzie pod wodzą Skorży Lech stracił 19 goli (1,72 bramki straconej na mecz), a w siedmiu (stan na 4 grudnia – przyp. żzny) spotkaniach z Urbanem na ławce – zaledwie cztery (średnio 0,57). Liczby jasno zresztą też pokazują, że od momentu, gdy w Lechu nastał były napastnik reprezentacji Polski, Kolejorz jest najlepiej punktującym zespołem w lidze.
Lech pod wodzą Urbana zaczął rozgrywać mecze, które były bardzo charakterystyczne dla... Legii Henninga Berga w europejskich pucharach w zeszłym sezonie – czyli trenera, który zmienił Urbana w Warszawie. A zatem przede wszystkim szczelnie z tyłu, bardzo wyrachowanie oraz skutecznie z przodu. Nie jest to futbol piękny, czasem wręcz nudny, ale przynosi rezultaty. Lech w lidze w taki sposób właśnie prześliznął się w meczach z Zagłębiem Lubin czy Lechią Gdańsk. Także dzięki tej taktyce oraz świetnemu w bramce Jasminowi Buricowi osiągnął zdecydowanie najlepszy rezultat w tej rundzie, pokonując Fiorentinę na wyjeździe w spotkaniu Ligi Europejskiej.
Gra obronna to jednak oczywiście nie tylko linia defensywny, ale zestawienie całego zespołu. W ten sposób dochodzimy do

III najlepszego transferu.

Abdul Aziz Tetteh pojawił się w Poznaniu latem, został sprowadzony za darmo z greckiego klubu Platania Chanion. 25-letni defensywny pomocnik z Ghany nie wydawał się postacią niezbędną w Lechu. Akurat środek drugiej linii jest w Poznaniu dobrze obsadzony. I faktycznie za czasów Skorży Tetteh pojawiał się na boisku właściwie tylko, gdy trener oszczędzał najlepszych zawodników: Łukasza Trałkę i Karola Linetty'ego.
Urban jednak przesunął 20-letniego Linetty'ego bliżej bramki przeciwnika – na pozycję numer 10. Co było ruchem znakomitym, bo dopiero tam widać pełnię jego możliwości. Natomiast Ghańczyk stał się prawdziwą zaporą i powoli zyskuje coraz większą sympatię i uznanie kibiców. Dokładnie przeciwnie niż Denis Thomalla, który zdecydowanie jest

IV najgorszym transferem.

Historia Thomalli w Lechu jest dokładnie odwrotna od tej Tetteha. Ghańczyk miał początek wyjątkowo skromny i cichy, natomiast po Niemcu z polskimi korzeniami spodziewano się niemal cudów. Sam sobie bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę kapitalnym występem w drugiej połowie meczu o Superpuchar z Legią.
Thomalla zostawił po sobie o wiele lepsze wrażenie niż również debiutujący tamtego dnia, tyle że w Legii, Nemanja Nikolić, którego obrońcy Lecha co chwilę łapali na spalonym. Po 18 kolejkach Węgier miał na koncie 19 goli w lidze, a Thomalla wciąż czeka na pierwszego... Nie został on więc

V najlepszym piłkarzem.

Tak po prawdzie to w Lechu takiego nie było. W tej dziwnej rundzie każdy miał swoje wzloty i upadki, nikt nie utrzymał równej formy. Gdyby już kogoś na siłę wyróżniać, musiałoby paść na Szymona Pawłowskiego. Najlepszym strzelcem jest (drugi sezon z rzędu) Kaspar Hamalainen, ale i jemu zdarzały się przestoje. Z całą pewnością Fin jednak zostanie już za kilka dni

VI największą stratą.

Hamalainen nie przedłuży kontraktu i z końcem roku skończy swoją przygodę z Lechem. Szkoda.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA