fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jestem energetycznym wampirem

Andrzej Duda, prezydent elekt
Fotorzepa/Darek Golik
Dziś z polskim zdaniem nikt się nie liczy. Wiem, że nie jesteśmy światowym mocarstwem, ale to nie znaczy, że mamy się wyzbyć swych ambicji.

Plus Minus: Kim pan jest, panie Duda?

Prezydentem elektem i sam nie mogę się z tym oswoić.

Nie dociera to do pana? Do Kaczyńskiego zresztą też nie.

Ciężko na to pracowałem, miałem średnio dwa spotkania dziennie, więc rozumiem, jak to się stało, ale na razie trudno się do nowej roli przyzwyczaić.

Kiedy pan pomyślał, że może wygrać?

Od początku myślałem, że mogę zwyciężyć, bez tego nie byłbym w stanie prowadzić takiej kampanii, ale trzy tygodnie temu, kiedy ogłoszono wyniki pierwszej tury, zrozumiałem, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki.

Był pan pewien?

Nie, jeszcze w wyborczą niedzielę nie miałem pewności. Nie tylko na Twitterze, ale do mnie też docierały przecieki z sondażu exit poll. I około 14.00 moja przewaga z południa spadła do 51,5 : 48,5.

Wtedy myślałem, że jednak pan przegra.

Ja też miałem chwilę słabości. Ale o polityce nie rozmawiamy, bo i tak niczego nie mogę panu powiedzieć.

Pierwszą decyzją będzie postawienie pomnika smoleńskiego?

Wszyscy chyba wiedzą, jak ważny był dla mnie Smoleńsk, jak przeżyłem tę katastrofę, ale teraz mam być prezydentem, a nie kustoszem nieistniejącego muzeum.

A budowniczym pomnika?

Zawsze mówiłem, że pomnik powinien stanąć przy Krakowskim Przedmieściu, tam, gdzie zbierały się tysiące ludzi. To Polacy w ten sposób wybrali dla niego miejsce.

Nie zgadza się na to konserwator zabytków. Nawet na pomnik światła.

Dlatego będziemy na spokojnie rozmawiali, być może będzie trzeba rozpisać konkurs, przecież nie będę sam decydował. Ale podejmę w tej sprawie działania, bo uważam, że ten pomnik powinien wreszcie stanąć, i to w godnym miejscu.

Władze Warszawy wybrały inną lokalizację.

Tylko co ona ma wspólnego z tragedią smoleńską? Nic. To przed Pałacem Prezydenckim zbierali się ludzie.

OK, ale jaka to będzie kadencja?

To będzie prezydentura dotrzymanych obietnic. Mówiłem o budowaniu wspólnoty i najszczerzej w świecie wierzę, że prezydent jest od służenia narodowi, od słuchania ludzi. Do mnie będzie można łatwo wejść, przyjmę każdą reprezentatywną grupę społeczną, Pałac Prezydencki będzie otwarty.

Tak, znajomi będą wpadać na kawę.

Przyjdą ludzie z inicjatywą, to ich przyjmę i najwyżej się z nimi nie zgodzę.

Przyjdą geje z propozycją małżeństw gejowskich i co?

Spotkam się z nimi i będę szczerze rozmawiał. Siądę z nimi przy jednym stole, bo są ludźmi takimi samymi jak ja i należy im się szacunek.

Wow!

Co „wow!", co pana tak dziwi?

Prezydent z PiS chce rozmawiać z gejami? To mała rewolucja. „Gays for Duda", czyli geje popierający pana, będą zachwyceni.

Nie jestem pewien, bo powiem im szczerze, że nie zgadzam się na małżeństwa jednopłciowe ani nie widzę powodu, by legalizować związki partnerskie. Za to chcę ułatwiać życie wszystkim obywatelom i ich orientacja nie ma tu znaczenia.

To na co byłby pan skłonny przystać?

Hm... (cisza)

Waha się pan?

Myślę, że byłoby możliwe uznanie statusu osoby najbliższej, która mogłaby choćby dowiadywać się w szpitalu o stan zdrowia czy odbierać korespondencję. I to nie dotyczy wyłącznie homoseksualistów. Są przecież osoby starsze, samotne, bez rodziny, za to mające przyjaciół, opiekunów, którzy są dla nich osobami najbliższymi. Im należałoby ułatwić życie.

Ucieka pan.

Nie uciekam, mówię o tym, na co jestem skłonny przystać. Jeśli ze statusu osoby najbliższej mieliby skorzystać również geje, to proszę bardzo. Mnie nie interesuje prywatne życie obywateli.

Ma pan homoseksualnych przyjaciół?

Znam takie osoby i są dla mnie po prostu ludźmi. Ich orientacja nie ma dla mnie znaczenia.

Mogliby pracować w pańskiej kancelarii?

Chyba nie wyobraża pan sobie, że będę pytał ludzi, których chcę zatrudnić, z kim i jak żyją? Sprawdzę kwalifikacje, fachowość, ale nie będę pytał o orientację seksualną. Oczywiście nie wyobrażam sobie, żeby mi ktoś półnagi paradował po kancelarii, ale przekraczanie norm obyczajowych jest niesmaczne bez względu na orientację. Prywatne życie moich współpracowników pozostanie ich prywatnym życiem.

W następnych wyborach poprze pana Kuba Wojewódzki.

Nie zależy mi na tym specjalnie. Kilkakrotnie przekroczył granice zwykłej, ludzkiej przyzwoitości, więc nie przyjąłbym nawet zaproszenia do jego programu.

A jaki pan jest? Słucha pan mamy, słucha żony, prezesa...

Słucham wszystkich!

Niech mi pan tu nie robi kampanii.

Naprawdę lubię słuchać ludzi, przekonałem się o tym po raz kolejny właśnie podczas kampanii.

Taki pan posłuszny?

Nie, rozsądny. Uwielbiam słuchać, by samemu wyciągnąć wnioski. Lubię, gdy ludzie udzielają mi rad...

...Teraz to każdy wie najlepiej, jak rządzić.

I niektórzy naprawdę mają coś do powiedzenia, warto ich posłuchać. Ale przecież to nie znaczy, że będę robił wszystko, co mówią, to absurd.

A obraża się pan?

Za krytykę? Nigdy. Jeżeli nie jest to czysty hejt, zwykłe obrzucanie błotem, taka krytyka w czambuł, to ona jest zawsze sensowna. Zresztą pisałem o tym na Twitterze...

...Gdzie krytyki miał pan do woli.

Dzięki temu mogłem coś poprawić w swoich zachowaniach, coś zmienić. Zastanawiam się też nad argumentami ludzi, którzy mają do mnie pretensje, i czasami uznawałem, że to oni mają rację. Da się mnie przekonać.

Wróćmy na chwilę do pańskich obietnic. Złożył ich pan w końcu mnóstwo.

Wcale nie tak wiele, jak twierdzą media, ale z tych, które złożyłem, nie mam zamiaru się wycofywać. Obiecałem, że podniosę kwotę wolną od podatku, i może być pan pewien, że przygotuję taką ustawę. Mówiłem o obniżeniu wieku emerytalnego i też złożę odpowiednią ustawę, tak samo jak tę dającą każdej uboższej rodzinie 500 zł na dziecko. To są konkretne obietnice, które powtarzam i z których proszę mnie rozliczać.

Tylko z tych?

Te mają znaczenie dla budżetu. Mówiłem też o tym, że będę bronił polskich lasów przed prywatyzacją, co podtrzymuję, i będę chronił polską ziemię przed sprzedażą w obce ręce.

Świetnie, tylko obiecuje pan coś, na co nie ma wpływu, bo prezydent może tylko napisać ustawę.

I wpływać na Sejm, by ją przyjął, z czego będę korzystał. Będę też informował Polaków podczas spotkań, a jak będzie trzeba, to i przez orędzia, o tym, co się dzieje z moimi projektami. Na pewno nie ograniczę się do wysłania do Sejmu ustawy i odfajkowane – nie to ludziom obiecałem.

A jak parlament pańskie projekty odrzuci?

To weźmie za to na siebie odpowiedzialność. Ja będę prosił, przekonywał, namawiał, by tego nie robił.

I rozłoży pan ręce, mówiąc: próbowałem, ale nie pozwolili?

Nie rozłożę rąk, bo będę je miał pełne roboty, proszę być pewnym.

O ile o Kaczyńskim czy Tusku można powiedzieć, że to twardzi faceci, o tyle o Komorowskim czy panu raczej nie.

No to szkoda, że mnie pan nie widział, jak się spotkałem z Tomaszem Lisem.

Odeszliście na bok.

Po to, by porozmawiać ostro i twardo na osobności, jak mężczyzna z mężczyzną, jak ojciec z ojcem.

To było po tym, jak uderzył w pańską córkę.

Wkurzył mnie bardzo, naprawdę bardzo. Trudno się było nie unieść.

Lech Kaczyński rzucił żulowi „Spieprzaj, dziadu". Potrafiłby pan?

(śmiech) Myślę, że potrafiłbym, ale staram się unikać takich sytuacji. W dużym zdenerwowaniu mógłbym się tak zachować.

Tylko że pan się nie denerwuje.

Oj, denerwuję się. W kampanii, gdy do zdenerwowania dochodziło zmęczenie, łatwo było o wybuch, ale jakoś się kontrolowałem. A w domu? Teraz, gdy jestem w polityce, rzadko kłócę się z żoną, bo tak rzadko bywam w domu, że szkoda nam czasu. A że czasem człowiek eksploduje, no trudno...

Potrafi pan walnąć ręką w stół, wrzasnąć?

Tak, niestety, tak.

I gdzie pan to praktykuje, bo w PiS nie, a w domu to żona nosi spodnie?

Agata lubi nosić spodnie, ale jeśli ktoś myśli, że to znaczy, że jestem spokojniutki i grzeczniutki, to się myli.

Pamięta pan, jak szyfrowano na Twitterze nazwiska kandydatów w czasie ciszy wyborczej?

Podwawelska i myśliwska, bigos i budyń, pamiętam.

No właśnie: budyń, sok malinowy, prymus – to o panu.

Chciałby pan, bym na potrzeby kampanii to zmienił? Najbardziej mnie w polityce śmieszy nieautentyczność, to udawanie kogoś innego, niż się jest. Miałbym zostać arogantem, rzucić grubym słowem?

A propos, klnie pan?

Święty nie jestem.

A wygląda pan.

Jak to pozory mylą, prawda? Wie pan, to powszechne przekonanie, że jestem grzeczny, wynika z tego, że staram się podchodzić do ludzi z szacunkiem, nie napadam na nich. Tak mnie wychowano i taki jestem, ale czy to wada?

To coś więcej, to przekonanie, że jest pan plastikowy, jest pan idealnym produktem marketingu politycznego.

Śmieję się z tego, bo najpierw słyszałem, że jestem potworem, którym należy straszyć ludzi, bo będzie wsadzał do więzień, kamienował ludzi, zrobi tu Teheran i średniowiecze. To nie zadziałało, Polacy nie dali się przestraszyć, więc teraz co, plastik?

Wyszkolono pana na potrzeby kampanii.

O tak, wyszkoliło mnie kilka tysięcy uściśniętych dłoni, tysiące ludzi, z którymi rozmawiałem w ponad 240 powiatach, które odwiedziłem. Oni szkolą znacznie skuteczniej niż specjaliści od marketingu.

Pamiętam pana sprzed roku, sprzed dwóch lat. To był inny Andrzej Duda – spięty, sztywny, mówiący prawniczą nowomową.

Mówię z całą odpowiedzialnością – nikt mnie nie szkolił na potrzeby kampanii. Owszem, przed drugą debatą telewizyjną miałem krótki trening polegający na tym, że zadawano mi pytania i to wszystko. Nie da się w ciągu dwóch dni zrobić z kogoś innego człowieka. A reszta to efekt nabytego doświadczenia i rad ludzi, którzy dzwonią i mówią: „Andrzej, to było świetne, tak dalej" albo „To popraw, tam nie jest najlepiej".

Był pan namaszczony w listopadzie.

I co, szkolili mnie w dudabusie? W listopadzie nic się nie działo, cały czas jeździłem do Brukseli, potem były święta i zaczęliśmy na dobre dopiero od stycznia.

I pojawił się inny Duda, nazbyt idealny, nieprawdziwy.

Ach, te złośliwości... Niech pan spyta ludzi, z którymi rozmawiałem, czy ściskali plastik, czy byłem nieautentyczny? Przecież ja nie chodziłem na zamknięte spotkania z działaczami, lecz spotykałem się na rynkach, bazarach, w małych miasteczkach, ze wszystkimi, także moimi przeciwnikami. Ci ludzie mieli wybór: widzieli prezydenta, za którym stała cała instytucja państwa, najważniejsze media, i mnie, człowieka mało znanego.

Wychuchanego, idealnego syna krakowskiej profesury.

Na to, jak ktoś mnie odbiera, nie mam wpływu.

Nawet mama mówiła, że jest pan grzeczny.

(śmiech) A co miała mówić?

Lał się pan jako dziecko?

Był czas, kiedy tłukłem się chyba z każdym w klasie, bo szybko wyrosłem i nie dawałem sobie w kaszę dmuchać.

E tam, nie wierzę. Pan wygląda jak chodząca reklama Krakowa: miły, śliczny, uczesany, z dobrego domu...

...Z którego wychodzi na pole.

Matko, będziemy mieli prezydenta, który wychodzi na pole!

Przecież z pałacu wychodzi się na pole, a nie na żaden dwór.

Skąd pan będzie wychodził na pole? Z Pałacu Prezydenckiego czy z Belwederu?

Tak na gorąco myślę, że byłoby sensownie wrócić do koncepcji, że Belweder jest rezydencją dla głów państw odwiedzających Polskę, gdzie mogłyby przyjmować premiera, swoich gości. To byłby sposób pokazania, że jesteśmy państwem, które ma klasę.

Brzmi, jakby już pan zdecydował.

Zdecydowanie nie, Bronisław Komorowski mieszka w Belwederze, może to też jest jakiś pomysł. Muszę to przedyskutować z żoną, zobaczymy.

Gdzie będzie mieszkała córka?

A to ona zdecyduje, w końcu ma dwadzieścia lat.

Co ma pan jeszcze krakowskiego? Hipokryzję?

O nie, nie zgadzam się, że to krakowska cecha!

Cały legion moich krakowskich przyjaciół mówi, że tak.

Nie, krakusy są oszczędne, a nie obłudne.

Jedno drugiego nie wyklucza. Pan jest skąpy?

Oszczędny.

Jak krakus mówi, że jest oszczędny, to znaczy, że straszna sknera.

(śmiech) Coś w tym jest... Ale ja oszczędzam tylko na sobie, na żonie i córce nigdy.

Był pan w Parlamencie Europejskim, to finansowe eldorado.

Ale nie zmieniliśmy poziomu życia, mieszkamy w PRL-owskim bloku z wielkiej płyty, nie przeprowadziliśmy się. Zbieraliśmy pieniądze na mieszkanie dla Kingi.

To na co pan sobie mógł pozwolić?

Na wakacje. Nie jakieś zupełnie topowe, żadne Malediwy czy Seszele, ale to jednak spory wydatek.

Jak na gościa z Krakowa wręcz szaleństwo.

Wy z Warszawy macie jakieś inne stawki.

Nie, my żyjemy tylko raz.

To jak u nas. Jeździliśmy na jakieś zorganizowane wyjazdy, a prywatnie raczej bliżej, do Niemiec. Żona organizowała wymiany szkolne, więc mamy tam sporo przyjaciół, nawet w tym roku byliśmy u znajomych pod Heidelbergiem.

Mówi pan po niemiecku?

Rozumiem, ale nie mówię. Żona kiedyś próbowała mnie nauczyć, ale wie pan, jak to jest... Musi mi wystarczyć angielski, tu nie mam żadnych kłopotów, no i całkiem nieźle mówię po rosyjsku.

Pora na najważniejsze pytanie w tej części.

Słucham.

Płakał pan, jak umierał Winnetou?

(śmiech) Nie pamiętam, za to miałem łzy w oczach, gdy czytałem wspomnienia żołnierzy z Powstania Warszawskiego, tych z „Zośki" i „Parasola". Miałem 12, 13 lat, książkę dała mi babcia i zrobiła ona na mnie nieprawdopodobne wrażenie.

Czyta pan jeszcze jakieś książki?

Mam przygotowaną odpowiedź i kilka tytułów na okoliczność takich pytań.

Ale ja pytam serio.

Uczciwie? Od czytania książek na skalę przemysłową jest w domu moja żona. Ja mam tak mało czasu, że aby się odstresować, sięgam po jakiś kryminał, i to tyle. Oczywiście cały czas czytam literaturę polityczną i wszystko to, co jest przydatne zawodowo, ale tego nie liczę.

Wracając do Winnetou, zdarza się panu w życiu wzruszać?

Tak, jestem bardzo wzruszliwy. Pan to weźmie w jakiś nawias, bo powiedzą, że prezydent nie mówi po polsku.

Mam inteligentnych czytelników. Przy czym się pan wzrusza?

Poruszają mnie ludzkie historie, czasem czułej struny dotknie jakiś film. Tak było na „Szeregowcu Ryanie", podczas sceny, w której matka, dowiadując się, że jej synowie zginęli na polu bitwy, osuwa się na ziemię. Nie wiem, dlaczego akurat to, ale do dzisiaj, gdy sobie przypominam tę scenę, mam ciarki na plecach.

Płacze pan?

Po Smoleńsku coś we mnie pękło. Ja wtedy opłakałem moich przyjaciół, widziałem ich w trumnach i to było straszne przeżycie, ale najgorsze było co innego.

Opowie pan?

(długa cisza) Pojechałem do Moskwy po panią prezydentową. Pamiętam, jak mój ojciec mówił mi: „Synu, on ją tak kochał, a ty teraz przywozisz ją do Polski. To najważniejsza chwila w historii naszej rodziny"...

Nie musimy...

...Przepraszam, nie mogę o tym rozmawiać. Niedawno ktoś mi pokazał nagranie telewizyjne z tego czasu. Miałem zupełnie zmienioną, jakąś przeoraną twarz, a na końcu się rozkleiłem. W każdym razie od Smoleńska łatwiej mi przychodzi wzruszenie.

I nie jest to dowód słabości?

Wręcz przeciwnie! Ci, którzy nigdy nie uronią łzy, wcale nie są twardzielami. To raczej nieszczęśni ludzie wyprani z uczuć. Bycie facetem, bycie silnym człowiekiem nie oznacza, że jesteś emocjonalnym kaleką.

A co znaczy być lojalnym?

Lojalność to element ludzkiej przyzwoitości.

Do Ministerstwa Sprawiedliwości ściągnął pana Zbigniew Ziobro, prawda?

Tak, to on zaproponował mi stanowisko wiceministra.

A kiedy odchodził do Solidarnej Polski, pan nie poszedł z nim.

I to była nielojalność?

Domyślił się pan.

Wiem, że gdybym odszedł do Solidarnej Polski, można by mi postawić zarzut nielojalności wobec Prawa i Sprawiedliwości, z którego list dostałem się do Sejmu. Dla mnie miało to też inny wymiar – PiS tworzył Lech Kaczyński i nie chciałem w imię kariery opuszczać tej partii. Tym bardziej że się z pomysłem Ziobry nie zgadzałem i rozmawiałem z nim o tym.

A jak się porozmawia, to nie ma nielojalności?

Nie, wtedy jest uczciwe postawienie sprawy. Próbowałem Ziobrę przekonać, nie udało się, ale nie miałem obowiązku robić tego samego co on. Gdyby pański kolega postanowił opuścić redakcję i przeszedł do innej, a pan uważałby to za głupi pomysł, to mimo wszystko by pan z nim poszedł w imię lojalności?

Gdyby Lech Kaczyński chciał zrobić coś pańskim zdaniem głupiego, to i tak by pan za nim poszedł.

Ale to były naprawdę zupełnie inne relacje, a mimo to i tak powiedziałbym mu, co o tym myślę.

A co to jest patriotyzm?

Miłość do ojczyzny, ale rozumiana nie tylko jako emocja, ale też jako obowiązek.

Często słyszymy, że pora odrzucić tę martyrologię i przejść na patriotyzm nowoczesny: płacić podatki, sprzątać po psie, kasować bilety i oszczędzać energię.

To jest patriotyzm?! Sprzątanie kup po psie to przyzwoitość właściciela, a nie żaden patriotyzm. Płacenie podatków czy kasowanie biletów to zwykła, ludzka uczciwość i też nie nazwałbym jej patriotyzmem. Bo co, kiedy ktoś pracuje i płaci podatki za granicą? Wtedy nie jest patriotą? To jakieś absurdalne rozważania, nie mylmy uczciwości czy dobrego wychowania z patriotyzmem.

Honor?

Honor to dane słowo. I jeśli ja się do czegoś zobowiązuję, to kwestią honoru jest tego słowa dotrzymać.

To zawsze mnie najbardziej interesuje w politykach: jak chciałby pan zostać zapamiętany? Jako kto?

Jako ktoś, kto przywrócił Polakom godność. Tu, w Polsce, by czuli się szanowani i by żyli godnie – może nie od razu opływali we wszystko, ale by wiedzieli, że próbujemy razem, że polityka jest dla nich i politycy są dla nich. I by czuli swą godność za granicą, by mogli być dumni z Polski, która potrafi otwarcie mówić o swoich wadach, ale która jest dumna ze swej historii.

Z czego mają być dumni? Z Batorego i Piłsudskiego?

Ludzie nie będą dumni z państwa słabego, dlatego Polska musi być państwem silnym. I to silnym na dwa sposoby – silnym gospodarczo i być państwem, z którym liczą się w świecie. Wiem, że w ciągu jednej kadencji nie dogonimy potęg Europy, wiem, że nie jesteśmy światowym mocarstwem, ale to nie znaczy, że mamy się wyzbyć swych ambicji. Chciałbym, byśmy byli krajem cenionym.

A nie jesteśmy?

Powiedzmy to sobie brutalnie: dziś z polskim zdaniem nikt się nie liczy, nikt nas o nic nie pyta. Widziałem to bardzo wyraźnie w Parlamencie Europejskim, widać to w sytuacjach konfliktów, widać to było przy wojnie w Donbasie.

Co będzie o panu mówił prawnuk?

Nie mam pojęcia, ale chciałbym, by był dumny z pradziadka. By wiedział, że naprawdę zależało mi na stworzeniu wspólnoty, a tego się nie da zrobić bez kapitału społecznego. Ludzie muszą uwierzyć, że my, Polacy, możemy być w najważniejszych sprawach razem.

Na razie ludzie z Platformy piszą na Facebooku, że emigrują, że nie chcą, by prezydentem był ktoś taki.

Czyli jaki? Z PiS? Ktoś ma o mnie wyrobione zdanie na podstawie swoich wyobrażeń na temat partii, do której należałem?

Ach, ten czas przeszły...

Wystąpiłem z partii, tak jak obiecałem.

Ale wręczał pan Bronisławowi Komorowskiemu flagę PO, choć on do niej też nie należał.

Wręczałem mu ją za coś innego, za jego postawę jako prezydenta, bo miałem poczucie, że ona z rolą głowy państwa nie licowała.

Za pięć lat zrobi to panu ktoś inny.

Jeśli na to zasłużę, to się tym przejmę, ale zrobię wszystko, co potrafię, by działać na rzecz całego polskiego społeczeństwa.

Komorowski też jest przekonany, że działał na rzecz społeczeństwa.

Łamiąc swoje obietnice wyborcze? Podnosząc wiek emerytalny czy podatki?

Niemal połowa Polaków to zaakceptowała, poparło go ponad 8 mln ludzi.

Zaczynał z pułapu 70 proc. poparcia, wszyscy mówili, że wygra w pierwszej turze. I co? Przypomniałem Polakom w kampanii, jak wyglądała ta kadencja, i to mnie zaufali wyborcy.

Skąd pan wie, że nie spotka pana podobny los?

Nie wiem, czy będę prezydentem przez jedną kadencję czy przez dwie, ale wiem, że jeśli przegram, to za to, co robiłem, a nie za swoje zaniechania. Przekona się pan bardzo szybko, że nie rzucam słów na wiatr, że nie zapomnę o swych obietnicach.

Mówi to pan po raz kolejny.

Bo mnie szlag trafia, jak łatwo politycy coś obiecują, by potem o wszystkim zapomnieć! Traktujmy ludzi poważnie. Nie obiecywałem gruszek na wierzbie...

Eksperci rządowi są innego zdania.

Nie, innego zdania są propagandyści rządowi, nie eksperci. Jestem poważnym facetem i nie opowiadałem Polakom bajek, nie czarowałem nikogo.

Jest pan człowiekiem mściwym?

Chyba nie.

Pytam o przejmowanie władzy. Z wielkimi emocjami opowiadał pan, jak urzędnicy Komorowskiego przejmowali władzę 10 kwietnia 2010 roku. Nie będzie się pan chciał odegrać?

Na pewno nie. I to nie dlatego, że jestem tak wyrozumiały, tylko dlatego, że Bronisław Komorowski jest prezydentem Rzeczypospolitej, którego mandat właśnie wygasa. Majestat Rzeczypospolitej wymaga pewnego szacunku dla głowy państwa.

Siebie też pan będzie celebrował? Znam biskupa, który po nominacji biskupiej kazał kolegom mówić do siebie „księże biskupie".

Tak, moi przyjaciele też będą musieli do mnie mówić „panie prezydencie", przyklękać na jedno kolano i całować mnie w pierścień. Muszę sobie jakiś sprawić.

Pójdzie to w świat...

(śmiech) Niech mnie pan nie straszy. Na szacunek u obywateli postaram się sobie zapracować, a nie wymagać go wyłącznie z racji funkcji.

Będzie pan prezydentem luzakiem, jak Donald Tusk chciał być premierem?

Nie, mówiłem panu, że nie będę nikogo udawał.

A będzie pan haratał w gałę?

Czasem grywam w piłkę, ale najbardziej lubię jeździć na nartach i na pewno z tego nie zrezygnuję. Jeśli tylko ochrona pozwoli, to mogę sobie pojeździć z każdym, kto przyjedzie na stok, zapraszam!

Góry tylko zimą?

Kiedyś dużo chodziłem, teraz mi została tylko coroczna wyprawa z przyjaciółmi z zastępu harcerskiego: Gorce, Beskidy, te rejony...

W Warszawie będzie pan uciekał BOR?

Nie, nie należy ludziom utrudniać pracy.

I nie będzie pan chodził do kina?

Będę.

Z BOR?

Mam nadzieję, że nie będą chrapali na filmach.

A do hipsterskiej knajpy na placu Zbawiciela pan wpadnie?

Właściwie dlaczego nie? Poinformuję ich tylko, dokąd idę, i poproszę: „Nie szalejcie, tam są normalni ludzie".

Jakiejś muzyki pan słucha?

Dire Straits...

O nie!

Pink Floyd lepsze?

Gdy byłem dzieckiem, napisałem sobie na ścianie: Pink Floyd.

Ja, gdy byłem dzieckiem, to napisałem sobie: Lady Pank... (śmiech)

Byłem fajniejszym dzieckiem.

Mało tego, z czasów harcerskich została mi sympatia do Starego Dobrego Małżeństwa.

Rodacy, kiepsko sobie wybraliście prezydenta.

Musztarda po obiedzie.

Brawo za refleks.

Nie będę udawał, że muzyka jest moją pasją, zatrzymałem się gdzieś na etapie The Cranberries, a potem zostało mi słuchanie jej w samochodzie. Mogę sobie posłuchać czasem Adele.

Brał pan kiedykolwiek narkotyki?

No co pan?! W życiu!

To skąd pan czerpie energię? W kampanii pan nie sypiał, tylko szalał jak gość z ADHD.

Jestem wampirem energetycznym, mnie tłum pobudza, świetnie się tam czuję. Gdy widzę, jak ludzie reagują, dodaje mi to energii, dodaje sił i wtedy jadę na niesamowitej adrenalinie.

Było widać.

Ostatnie 24 godziny kampanii jechaliśmy dudabusem po Polsce. Przespałem może ze dwie godziny i kiedy wysiedliśmy późnym wieczorem w Krakowie, nogi się pode mną ugięły, ale kiedy zobaczyłem tysiące ludzi wiwatujących na Rynku Głównym, to rzuciłem się w tłum i zapomniałem o wszystkim.

Pali pan?

W końcu trzeba mieć jakieś wady.

I to babskie papierosy.

Jakie znowu babskie?!

Może się nie znam na papierosach, ale wyglądają na babskie.

Teraz wszystkie wyglądają na babskie.

A żona pali?

(śmiech) Nawet w kodeksie karnym zapisano, że nie zeznaje się przeciwko najbliższym!

Córka?

Nie przy mnie.

Cała rodzina palaczy? Możecie wszyscy zostać ministrami zdrowia.

W tym kraju na pewno.

„W tym kraju" to mówi Kuba Wojewódzki.

Ma pan rację, przyjmuję tę uwagę.

Dobra, pan sobie zapali, panie prezydencie.

Mogę? To chodźmy na balkon.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA