fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Pisać pod wpływem

Od lewej: 1) Krzysztof Varga „Masakra”, Wielka Litera, 2015 2) Jakub Żulczyk „Ślepnąc od świateł”, Świat Książki, 2014 3) Patrycja Pustkowiak „Nocne zwierzęta”, W. A. B., 2013 4) Małgorzata Halber „Najgorszy człowiek na świecie”, Znak, 2015
Rzeczpospolita
Używki rozgościły się ostatnio w polskich powieściach. Autorzy opisują nałogi własne lub wyobrażone.

Alkohol towarzyszy literaturze od wieków, to fakt tak oczywisty, że brzmi jak frazes. W XIX-wiecznym Paryżu lał się absynt, w powojennej Ameryce tęgo pił Hemingway, w odmętach alkoholizmu tonęli Faulkner i Capote. Bukowski z pijaństwa uczynił styl życia. W PRL też nie wylewano za kołnierz. Słynne były imprezy w warszawskim SPATiF-ie czy awantury urządzane przez Marka Hłaskę w Kameralnej. Pijaństwo, najlepiej w miejscach publicznych, było wręcz obowiązkiem.

W III RP pierwszym autorem pijącym, a później niepijącym, który o tym pisał, był Jerzy Pilch. Alkohol jest ważnym elementem w książkach Andrzeja Stasiuka. Ostatnio różnorakie używki odegrały ważną rolę w błyskotliwej książce Ziemowita Szczerka „Przyjdzie Mordor i nas zje". Można było jednak odnieść wrażenie, że pisarze nie sięgają już tak często jak kiedyś po substancje zmieniające świadomość.

Powieścioterapia

Nadeszło jednak nowe i w ostatnich miesiącach najgłośniejszymi polskimi książkami są historie opowiedziane w oparach przeróżnych używek – od swojskiej wódki po importowaną kokainę. Z tą różnicą, że nie są to sowizdrzalskie opowieści o mocnych głowach, tylko surowe rozliczenia i gorzkie portrety społeczne.

Najgłośniejszą „odwykową" książką ostatnich miesięcy jest „Najgorszy człowiek na świecie" Małgorzaty Halber. Bohaterką jest Krystyna, która ma wiele cech zbieżnych z autorką. To 30-letnia dziennikarka muzyczna, związana z telewizją od wczesnej młodości, a przede wszystkim neurotyczka uzależniona od alkoholu i marihuany.

Autorka w licznych wywiadach mówi wprost, że opowiedziała o sobie. Pisanie było dla niej elementem terapii. Bardzo dobrze się stało, że zapiski nie zostały w szufladzie, dzięki temu trafił do nas jeden z ciekawszych debiutów roku. Wydarty z trzewi, autentycznie portretujący kompleksy i neurozy inteligentnej dziewczyny. Małgorzata Halber potrafi się z siebie śmiać, rozbraja przy tym arogancję dziennikarskiego środowiska, a także fałszywy urok nocnych imprez. Jednocześnie w nienachalny sposób książka może być dla wielu jak światełko ostrzegawcze.

Zupełnie inną książką jest „Ślepnąc od świateł" Jakuba Żulczyka. Dawno nie było w Polsce tak dobrze napisanej współczesnej powieści miejskiej. Dynamicznej, spójnej, trzymającej w napięciu do ostatniej strony. Żulczyk uczynił głównym bohaterem dilera kokainy zaopatrującego najzamożniejsze kręgi stolicy. Aktorzy, pisarze, dziennikarze, politycy i biznesmeni. To są właśnie klienci dilera Jacka.

„Ślepnąc od świateł" to powieść z kluczem. Niektórzy kokainiści przypominają konkretne gwiazdy show-biznesu. Autor uderza we własne środowisko, bo jak ostatnio przyznał publicznie w felietonie, przez długi czas sam tonął w alkoholu i narkotykach.

Żulczyka różni od Halber to, że nie zamierza ujawniać szczegółów swojego uzależnienia. Pisarz odreagowuje przehulane lata i pieniądze, portretując zdegenerowany miejski świat, gdzie „wszyscy walą koks".

Obserwacja uczestnicząca

Pisząc o powieściach „używkowych", łatwo wpaść w pułapkę utożsamienia autora z narratorem. Nie każdy pijący przecież pisze o alkoholu, tak jak nie każdy piszący o używkach musi z nich intensywnie korzystać. W przypadku Żulczyka i Halber sprawa jest o tyle prostsza, że sami o tym otwarcie opowiadają. W innych przypadkach lepiej uznać, że pisarze czerpią nie z doświadczeń, ale ze swojej wyobraźni.

Tak było w przypadku ciekawych „Nocnych zwierząt" Patrycji Pustkowiak. Jak podkreślała, swoją wiedzę czerpała z obserwacji uczestniczącej, ale bez pełnego zaangażowania. Opisała antyprzygody Tamary Mortus – wyniszczonej nocnym życiem i używkami młodej dziewczyny pozbawionej motywacji, znieczulonej i socjopatycznej.

W alkoholowych oparach jest również zanurzona powieść „Masakra" Krzysztofa Vargi, która w kwietniu trafi do księgarń. Bohaterem jest Stefan, sfrustrowany mężczyzną w zaawansowanym wieku średnim. Był „bardem" lat 90., teraz żyje w cieniu dawnej sławy. Budzi się 1 sierpnia o godzinie 17 wytrącony z alkoholowego snu przez ryczące warszawskie syreny. Ma potężnego kaca i próbuje sobie przypomnieć, co się wydarzyło przez ostatnie dni pijaństwa. Z czasem będzie odkrywał kolejne białe plamy pamięci i zrozumie swój druzgocący stan faktyczny, zarówno w kwestii rodzinnej, jak i zawodowej.

Powstała książka tragikomiczna. Czytanie o uzależnieniach potrafi zmęczyć, ale jednocześnie ciężko się nie roześmiać, gdy Varga opisuje kacowe perypetie Stefana. Zapewne autor nie uniknie dziennikarskich pytań o to, czy sam pije, ile pije i od kiedy pije. Już taki los autora piszącego o używkach. Na nic się zda tłumaczenie, że to licentia poetica. Opinia publiczna jest na głodzie i potrzebuje uzależnionych twórców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA