Internet

Prawo wciąż pozostaje w tyle za Internetem

Rzeczpospolita
Ściąganie muzyki z Internetu nie narusza prawa. Szkopuł w tym, że ludzie, którzy korzystają z programów do wymiany plików, często nie zdają sobie sprawy, że automatycznie udostępniają pobierany utwór innym. A na to już prawo nie pozwala – mówi Xawery Konarski, adwokat z kancelarii Traple Konarski Podrecki specjalizujący się w prawie nowych technologii
Kilka miesięcy temu spotkaliśmy się w redakcji „Rz” i dyskutowaliśmy, czy osoby prowadzące serwisy internetowe muszą je rejestrować jako dzienniki lub czasopisma. Puentą tej rozmowy może być niedawny wyrok Sądu Okręgowego w Słupsku, który uznał, że Leszek Szymczak, właściciel portalu Gazeta Bytowska.pl, złamał prawo, bo nie zarejestrował go jako dziennika. Co pan na to?
Xawery Konarski: Znam ten wyrok, jest on szeroko komentowany na różnych forach internetowych. Warto przy tym podkreślić, że jest to kolejna już w krótkim czasie sprawa, w której sądy zajmują się zagadnieniem rejestracji dzienników internetowych. Świadczy to o aktualności tego problemu. Moim zdaniem kwalifikowanie serwisów WWW jako dziennik lub czasopismo jest karkołomne. Wątpliwości budzi już choćby spełnienie przesłanki „przekazu za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu”. Istotna część serwisów posługuje się bowiem wyłącznie słowem i obrazem. W doktrynie podkreśla się również, że obowiązek rejestracji dotyczy tylko „wydawania” dzienników lub czasopism, a przecież strony internetowe nie są wydawane tak jak papierowe gazety. Sąd co prawda nie skazał pana Szymczaka, gdyż umorzył sprawę z powodu znikomej szkodliwości społecznej czynu. Jednak inny sędzia nie musi być tak łagodny. W zasadzie nikt, kto prowadzi stronę internetową czy własnego bloga, nie może spać spokojnie.
Blogi nie mogą mieć charakteru prasy, a tym bardziej dziennika, z racji swojej „jednorodności”. Podobnie będzie w wypadku, nawet bardzo rozbudowanych, witryn korporacyjnych. Zgadzam się jednak, że wśród wielu administratorów serwisów WWW wyroki sądów mogą wywoływać niepewność. Przykładem są portale internetowe. Ich sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że ta sama domena internetowa – czyli potencjalnie ten sam tytuł prasowy – zawiera często kilkaset serwisów dostępnych w danym portalu. Wiele z tych serwisów, np. serwisy społecznościowe, bezspornie nie spełnia kryteriów prasy. Z drugiej strony niejasny jest status serwisów informacyjnych. Pokazuje to, że systemu rejestracji stworzonego na potrzeby prasy drukowanej nie można przenosić do Internetu. Problem jest przy tym szerszy niż tylko obowiązek rejestracji. Istotne kontrowersje wywołuje np. odpowiedzialność za komentarze pod redakcyjnymi tekstami w prasie internetowej. Powstaje pytanie, czy mają one charakter materiału prasowego w rozumieniu prawa prasowego i czy administratorzy tych serwisów odpowiadają za nie na zasadach określonych w prawie prasowym. Może więc trzeba znowelizować prawo prasowe? Projekt takiej nowelizacji powstał we wrześniu 2007 r., bezpośrednio po wydaniu przez Sąd Najwyższy orzeczenia w znanej sprawie czasopisma internetowego „Szyciepoprzemysku”. Moim zdaniem ewentualne zmiany powinny jednak znosić w ogóle obowiązek rejestracji zarówno prasy internetowej, jak i drukowanej, gdyż stanowi on relikt minionych czasów. Ma pan bezpieczny podpis elektroniczny? W tej chwili nie mam, korzystałem natomiast z tego rodzaju usług w przeszłości. Szybko przekonałem się jednak, że nie jest on mi prawie do niczego potrzebny ani w pracy zawodowej, ani w życiu prywatnym. Po pierwsze prawie nikt – mimo przesyłania czasem bardzo istotnych dokumentów drogą elektroniczną – nie wymagał ode mnie posługiwania się tego rodzaju podpisem. Wystarczające okazywało się korzystanie z powszechnie dostępnych programów do szyfrowania danych. Po drugie w wypadku szczególnie interesujących mnie usług bankowości internetowej nie ma konieczności posługiwania się bezpiecznym podpisem elektronicznym. Wynika to z art. 7 prawa bankowego. Po trzecie wreszcie jako obywatel do dzisiaj nie mam właściwie żadnych możliwości skorzystania z bardziej zaawansowanych e-usług świadczonych przez administrację, a więc tych, które wymagałyby mojej identyfikacji, np. jako strony w postępowaniu administracyjnym. Niebawem podpis ten będzie musiało mieć około 800 tys. przedsiębiorców zatrudniających powyżej pięciu pracowników. Bez niego nie rozliczą się z ZUS. Mówiąc wprost – państwo zmusza ludzi do kupowania tych certyfikatów. Czy naprawdę bezpieczny e-podpis jest jedynym sposobem poświadczania tożsamości w kontaktach elektronicznych? Czy nie można go zastąpić tańszymi albo nawet darmowymi rozwiązaniami? Podpis elektroniczny, szczególnie w polskim wydaniu, jest jedną z najbardziej skomplikowanych metod uwierzytelniania. Jak pokazuje choćby wspomniana praktyka bankowa, bezpieczeństwo obrotu prawnego można zapewnić innymi sposobami, takimi np. jak hasła czy tokeny. Odrębnym zagadnieniem jest z kolei kwestia, czy we wszystkich tych wypadkach, gdy prawo odwołuje się do formy pisemnej, jej surogatem w obrocie elektronicznym ma być bezpieczny podpis elektroniczny. Takie rozwiązanie w stosunku do czynności zarówno materialnych, jak i procesowych przyjął polski ustawodawca. Moim zdaniem zbyt pochopnie, gdyż podpis własnoręczny pełni w systemie polskiego prawa różne funkcje. Warto więc zastanowić się nad tym, czy tych przepisów nie należy zmienić, tym bardziej że z tego, co mi wiadomo, w ciągu sześciu lat obowiązywania ustawy o e-podpisie sprzedano zaledwie kilka tysięcy kwalifikowanych certyfikatów. Sądzę również, że elektroniczne oświadczenia woli nieopatrzone bezpiecznym podpisem elektronicznym (np. wiadomości przesłane pocztą elektroniczną) powinny mieć większe znaczenie formalne niż oświadczenia złożone ustnie. Jak rozumiem, w tym właśnie kierunku zmierzają ostatnie propozycje Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego. Jak pan ocenia e-administrację w Polsce? Dlaczego tak mało spraw urzędowych można załatwić przez Internet? Narzekanie na słaby rozwój e-administracji jest tak powszechne, że nie będę się przyłączał do tego chóru. Warto jedynie zauważyć, że zmieniało się kilkakrotnie choćby samo umiejscowienie ministra ds. informatyzacji w organach władzy. Początkowo był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji, obecnie sprawuje tę funkcję w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Długo trwały również prace nad samą ustawą o informatyzacji. Jeżeli natomiast chodzi o bariery prawne, to kluczowe znaczenie miał art. 58 ust. 2 ustawy o podpisie elektronicznym. Przepis ten, uchwalony jeszcze w 2001 r., ustanawiał bardzo długie, czteroletnie vacatio legis dla organów władzy publicznej, jeżeli chodzi o obowiązek umożliwienia obywatelom wnoszenia elektronicznych podań i wniosków. Co więcej, okres ten wydłużono jeszcze na następnych kilkanaście miesięcy. W praktyce więc obywatel nie miał możliwości domagać się załatwienia sprawy drogą elektroniczną. Stan ten na szczęście się zmieni 1 maja 2008 r. Zmieńmy temat. Od lat trwa w Polsce spór, czy ściąganie MP3 z sieci mieści się w granicach dozwolonego użytku. Oczywiste jest, że nie wolno umieszczać plików w sieci, bo to oznacza nielegalne rozpowszechnianie. Czy jednak, ściągając plik – też łamię prawo? Nie, jeśli rzeczywiście jedynie pobiera pan plik. Korzystanie z utworów muzycznych, w tym również rozpowszechnianych w Internecie, objęte jest dozwolonym użytkiem osobistym. Co do zasady wolno więc pobierać te utwory z sieci bez konieczności uzyskania odrębnej zgody uprawnionego czy zapłaty wynagrodzenia. Sytuacja komplikuje się jednak w wypadku plików MP3 pobieranych z sieci peer-to-peer. W zdecydowanej większości, ściągając plik z tego typu sieci, użytkownik automatycznie udostępnia go innym, a to oznacza rozpowszechnianie, na co już prawo nie zezwala. Czyli jeśli jedynie ściągam muzykę i jej nie udostępniam innym, to nie jestem piratem. Ktoś jednak musi ją rozpowszechniać, gdyż inaczej nie byłoby skąd jej pobrać. I ta osoba łamie prawo. Tyle że to nie jedna osoba, ale miliony. Ściganie ich to walka z wiatrakami. Wydaje mi się, że rozwiązaniem problemu powinno być wypracowanie przez branżę muzyczną nowych sposobów dystrybucji muzyki. Takie rozwiązanie wypracowano już choćby na potrzeby serwisów społecznościowych. Wytwórnie fonograficzne – zamiast dotychczasowego pobierania opłat od użytkowników – czerpią korzyści z tytułu sprzedaży reklam w danym serwisie. Rozmowa ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że polskie prawo nie nadąża za Internetem. Dlatego na koniec zapytam o najbardziej bzdurny przepis, jaki pan zna. Jeden z najbardziej zabawnych przykładów niedostosowania prawa do potrzeb gospodarki elektronicznej stanowią przepisy ustawy o wychowaniu w trzeźwości. Uchwalone jeszcze w 1981 r. i obowiązujące do dziś prawo zakazuje m.in. „sprzedaży napojów alkoholowych na kredyt”. Wprowadzenie tego przepisu miało na celu uniknięcie zadłużania się osób nadużywających alkoholu w punktach sprzedaży tych napojów. W realiach gospodarki elektronicznej oznacza to jednak, że w sklepach internetowych zakazane jest płacenie za alkohol kartą kredytową. W ustawie tej wprowadzono również zakaz sprzedaży go „osobom, których zachowanie wskazuje, że znajdują się w stanie nietrzeźwości”. Zawsze się zastanawiam, w jaki sposób właściciel sklepu internetowego miałby ustalić, czy internauta konsument przypadkiem nie jest w tym stanie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL