Teatr

Słabość do grania nicponi

Andrzej Łapicki na próbie "Iwanowa"
Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Wróciłem do teatru, bo nie mogłem sobie poradzić z nudą - przyznaje znakomity aktor i reżyser Andrzej Łapicki w rozmowie z "Rzeczpospolitą". Wśród aspektów współczesnego teatru, które budzą jego sprzeciw, najbardziej mierzi go przerabianie klasyki na współczesność.
Żegnał się pan z aktorstwem 12 lat temu, a z reżyserią przed dwoma laty. Jednak dyrektor Jan Englert namówił pana na rolę w "Iwanowie" Czechowa. Co wpłynęło na zmianę postanowienia?
Andrzej Łapicki: Nuda. Kiedy zostałem wybrany na rektora, powiedziałem sobie, że jako aktor osiągnąłem to, co zamierzałem i będę się zajmował tylko szkołą. Ale przyszedł stan wojenny i jeszcze trochę pobyłem na scenie. Zacząłem też reżyserować. Dwa lata temu przeżyłem osobistą tragedię. Zostałem sam. Kapcie, fotel, telewizor – kłótnie polityków albo liga angielska. A ile razy można oglądać mecz Chelsea – Liverpool? W ten mój nastrój egzystencjalnej rozpaczy wstrzelił się Jan Englert: "Wyjdź na scenę i już będzie w porządku". Przeczytałem "Iwanowa", młodzieńczą sztukę Czechowa, intrygującą pourywanymi wątkami, i pomyślałem, czemu nie? Lubi pan niejednoznaczne postacie jak hrabia Szabelski?
Szabelski jest pieczeniarzem, który kombinuje żeniaczkę dla pieniędzy. Unosi się jednak honorem i zrywa związek. To nie jest rosyjskie nazwisko. A co może być bardziej charakterystyczne dla polskiego szlachcica niż szabla? Mam słabość do grania nicponi. Postać poharatana przez życie, o licznych skazach charakteru, jest dla aktora podniecająca. Zwykle dobrze się czułem, grając czarne charaktery. Czy patrząc wstecz na aktorskie dokonania, miewa pan wrażenie, że coś w życiu zaniedbał? Każdy ma takie momenty. Kiedy dostałem szansę zagrania intrygujących ról w "Sposobie bycia" w STS i "Nocy iguany" w Teatrze Polskim, zabrakło mi odwagi, żeby wyjść z teatru Erwina Axera, gdzie na podobne propozycje nie miałem szans. Chciałem pójść dalej w tym kierunku, jednak Axer namawiał mnie do powrotu. Wróciłem do jego zespołu i wygodnie położyłem się na fali. Pewnie straciłem okazję, żeby skoczyć trochę wyżej, znaleźć się bliżej szczytu. Na pewno był to dobry moment przestawienia kariery na inne tory. Na czym polega autonomia aktora, skoro zawsze ma nad sobą reżysera? Dominacja reżysera nad wykonawcą doprowadza niekiedy do spięć. Dlatego w końcu odszedłem od aktorstwa. Zacząłem reżyserować i obsadzać sam siebie w nadziei, że dostanę inteligentne uwagi, które zaakceptuję. Jednak jeśli nie ma się talentu Osterwy, nie zawsze się udaje… Na stare lata znowu wracam do grania, co jest kompletnie niekonsekwentne, ale takie jest życie. Nieprzewidywalne, bo bez scenariusza? Myślę, że ten scenariusz jest już napisany i film nakręcony. A my, po prostu, nic nie możemy zrobić. Jestem fatalistą. Uważam, że nic nie pomoże, czy pójdę w lewo, czy w prawo, bo już dawno zostało postanowione, jak ma być. Taśma leci i nie jesteśmy w stanie nic zmienić. Co też powoduje, że widz przychodzi do teatru? Tak. Z tego samego powodu, dla którego ja tam wracam – żeby spędzić kilka chwil w wyimaginowanym świecie. Teatry były zawsze potrzebne, gdyż ludzie chcą się wzruszać cudzym losem. Zobaczyć, że innym może być lepiej. Albo znacznie gorzej. Chcą się pośmiać, spędzić pewien czas w oderwaniu od bieżących trosk życiowych. A tymczasem współczesny teatr pokazuje im doraźność… Mnie się ten rodzaj uprawiania teatru nie podoba. Co zrozumiałe, bo starzy ludzie mają odmienny rytm wewnętrzny i inaczej patrzą. Różne mody teatralne, jak ostatnio na brutalistów, były zawsze. Najbardziej mierzi mnie jednak przerabianie klasyki na współczesność. Ten teatralny prezentyzm – czyli naginanie wymowy dramatu na użytek dnia bieżącego – polegający na chamskim grzebaniu w rzeczach wzniosłych, jest rzeczą haniebną. Ciągle widzę klasykę rozmienianą na drobne. Tymczasem życie okazuje się szybsze od tych na ogół młodych reżyserów, którzy za nim nie nadążają. Wystarczy, że wyborcy zdecydowali inaczej, a wszelkie pomysły sceniczne stają się nagle bez sensu. Jak pan ocenia swoich byłych studentów, dziś aktorów? Są mniej naiwni niż moje pokolenie, kiedy zaczynało. Nie wiem jednak, czy więcej wiedzą o teatrze. Pracowałem z nimi głównie nad Fredrą, którego akceptowali. Wykazywali się poczuciem humoru, poprawnie mówili wiersz i trzymali rytm. Ani śladu tego, czego ich nauczyłem, nie widziałem później na scenach. Reżyserzy, szczególnie młodzi, od razu kazali im mówić "naturalnie" i to był koniec moich nauk. Tymczasem cała wartość teatru polega właśnie na tym, że jest sztuczny i nie naśladuje rzeczywistości. Interesująco pokazać śmietniki można w filmie dokumentalnym. Teatr to jest pewien myślowy przekaz, skrót, filozofia. Lustro – jak uważał Szekspir – w którym przegląda się świat, ale ono jest też transparentne. Przez nie widać coś dalej, głębiej i więcej. Powiedział pan kiedyś, że inteligencja aktorowi tylko przeszkadza. I że dobry aktor musi być sk... synem. Czy dlatego uciekał pan od aktorstwa m.in. do kontraktowego Sejmu? Czy aktorstwo przydaje się w polityce? Trudno mi się w tej kwestii kompetentnie wypowiadać, bo nigdy nie czułem się politykiem. Dlatego z Sejmu wróciłem na scenę. Teraz miło spędzam czas w teatrze – może nie jako inteligent, ale starszy pan – z wybitnymi koleżankami i kolegami. Bo w "Iwanowie" skusiła mnie też obsada, w której są: Anna Seniuk, Danuta Stenka, Grażyna Szapołowska, Janusz Gajos i Jan Frycz jako tytułowy Iwanow. Później zagrał jeszcze w filmie (Ksiądz w "Panu Tadeuszu" w reż. Andrzeja Wajdy) i w Teatrze TV (Lord Claverton w "Mężu stanu" Eliota we własnej reżyserii). Dwa lata temu – przy okazji premiery "EuroCity" wg Fredry w warszawskim Teatrze Polskim – zapowiedział w "Rzeczpospolitej" również pożegnanie z reżyserią. W sztuce Czechowa Andrzej Łapicki pojawił się tylko raz – w "Benefisie" w Teatrze Narodowym w 1980 r.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL