fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

115 urodziny Alfreda Hitchcocka

Książka Wendy Leigh „Grace Kelly"
materiały prasowe
Jan Bończa-Szabłowski
Obchodzący dziś, 13 sierpnia, 115 urodziny Alfred Hitchcock, niekwestionowany mistrz dreszczowców należał do najbardziej barwnych postaci światowego kina - pisze Jan Bończa-Szabłowski.
Często wspomina się o jego skąpstwie, poczuciu humoru, które nie grzeszyło finezją. Nigdy nie był sentymentalny. Na niektórych wręcz sprawiał wrażenie gbura.
Choć przez jego filmy przetoczyło się wiele kobiet, tak naprawdę ideał miał tylko jeden. Była nim Grace Kelly. Późniejsza księżna Monako. Kiedy zobaczył ją na zdjęciach próbnych doznał olśnienia, które odbiło się jej udziałem w trzech głośnych filmach. Potem, gdy wymarzona muza została księżniczką i dworska etykieta Monako nie pozwalała jej na kontynuowanie hollywoodzkiej kariery, Hitchcock pozostał jej przyjacielem, czasem druhem, zwłaszcza w trudnych chwilach życia „w złotej klatce". A dobierając obsadę do kolejnych swoich produkcji poszukiwał aktorki, która – koniecznie jako blond piękność - przypominałaby choć trochę Kelly.
Ciekawe relacje Hitchcocka i Grace Kelly można odnaleźć w dwóch biografiach: Joanny Spencer „Grace, księżna Monako" oraz Wendy Leigh „Grace Kelly", które niedawno trafiły do naszych księgarń.
Wendy Leigh tak opisuje pierwsze wrażenie jakie zrobiła na Hitchcocku Grace. Kiedy mistrz kryminału obejrzał jej zdjęcia próbne i poznał ją osobiście nie krył zachwytu. „Kobiety o germańskiej, albo nordyckiej urodzie zawsze wyglądają jak cnotliwe nauczycielki, ale podobno w łóżku to istne diablice. Mogą wykończyć faceta. Angielki to najbardziej rozpustne kobiety pod słońcem."
Ponoć już wtedy połączył nazwisko Kelly ze zbrodnią i stwierdził, że ma wreszcie swą wymarzoną muzę. Tuż przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „M jak morderstwo" wyznał ze smutkiem: "Może nosi w sobie i ogień i lód i wielką namiętność ale nie okazuje tego".
Dzięki Hitchcockowi osobowość Grace Kelly ostatecznie się skrystalizowała – była wybuchową mieszanką rezerwy i zmysłowości. Rozkosznie elegancka, delikatnie erotyczna w filmie „Okno na podwórze" miała być przyjaciółką fotografa unieruchomionego na wózku inwalidzkim.
James Stuart jej partner był zachwycony: Na zarzut dziennikarza, że była zbyt zimną kobietą Stuart odpowiedział: Gdyby zagrał z nią pan scenę miłosną przekonałby się pan, że wcale nie jest zimna, a poza tym ten figlarny błysk w oku, który ją zdradza."
Lizanne, siostra Grace przyznała, że na planie „M jak morderstwo" panowała niemal rodzinna atmosfera. Hitchcock był bardzo podobny do naszej... matki – stwierdziła – wymagał perfekcji i uwielbiał dyscyplinę. Dodaje też, że podczas kręcenia filmu zapraszał ich w weekendy do swojego domu na wzgórzach Monterrey. Tam, jego świetnie gotująca żona, Alma serwowała „uczty pantagrueliczne", które reżyser uwielbiał. Po bardzo pożywnych przystawkach przez następne trzy godziny pojawiały się kolejne dania. On zajmował honorowe miejsce przy stole i bawił nieustająco anegdotami. Po tych weekendowych obżarstwach nowy tydzień witano obowiązkowo – dietą.
Hitchcock wyzwolił w Kelly jako aktorce i kobiecie, zmysłowość. Wielokrotnie podkreślał, że szczególnie ceni ją za „seksualną elegancję". Zmagająca się z gorsetem norm społecznych i rodziną, zwłaszcza z ojcem, któremu tak bardzo chciała zaimponować. Dziewczęcej żarliwości Marilyn Monroe Kelly przeciwstawiła spokój, który maskuje burzę szalejącą w jej wnętrzu.
Po latach Hitchcock tak wypowiadał się o swojej muzie: "Subtelny, elegancki erotyzm Grace bardzo do mnie przemawiał. Może to zabrzmieć dziwnie, ale według mnie było w niej więcej seksu niż w przeciętnej filmowej seksbombie, tylko że w Grace trzeba było to odkryć."
Sama aktorka zaś powiedziała o reżyserze: „Był dla mnie nieskończenie cierpliwy".
„M jak morderstwo" rozpoczęło najbardziej gorący okres w karierze Grace. Jak wylicza jej biograf, Donald Spoto, od lipca 1953 roku do końca sierpnia 1954 roku zagrała w sześciu z jedenastu filmów w swojej karierze.
Hitchcock nie spuszczał z niej oka. Złośliwie plotkował na temat jej rzekomych romansów, żałując, z pewnością, że sam nie jest ich bohaterem. Kelly, jak się powszechnie twierdzi, była jednak całkowicie zauroczona Rayem Millandem, starszym o 24 lata gwiazdorem kina, w którym kochała się już jako nastolatka. Płomienny romans, który tak irytował Hitchcocka, był na tyle poważny, że Ray po 30 latach małżeństwa był gotów porzucić dla Kelly żonę i dzieci.
Ich związek wywołał skandal na tyle głośny, że w trosce o swoją reputację Ray Milland wrócił jednak do żony, która mu przebaczyła, Grace zaś skupiła się na karierze i przebaczyła sama sobie, a całą winą obarczyła Hollywood i media.
Kronikarze Hitchcocka ciekawie odnotowali spotkanie całej trójki. Podczas jednej z rozmów z Rayem Milladenem zazdrosny Hitchcock posługiwał się wyjątkowo wulgarnym słownictwem. W pewnym momencie zmitygowany zwrócił się do Kelly: „Jest pani zapewne bardzo oburzona? "Ależ nie - odparła aktorka - chodziłam do szkoły klasztornej panie Hitchcock, słyszałam tam jeszcze gorsze rzeczy, a miałam trzynaście lat." Reżyser nie krył zachwytu taką ripostą.
Grace Kelly zagrała w trzech filmach Hitchcocka : „M jak morderstwo", „Okno na podwórze" i „Złodziej w hotelu". Ten, który znęcał się nad Tippi Hedren przy realizacji „Ptaków", cierpliwie słuchał uwag Kelly na temat jej stroju czy makijażu w „M jak morderstwo". To sama Grace postanowiła, że w jednej ze scen „Okna na podwórze" siądzie na parapecie. Kiedy zwrócono uwagę, że ze względu na oświetlenie taka kompozycja kadru będzie kosztowała krocie oszczędny, a nawet skąpy Hitchcock odparł: „Jeśli Grace chce usiąść właśnie tutaj, to usiądzie" Kostiumolożka Edith Head przypomina, że Hitchcock z niezwykłą starannością dbał o wygląd Kelly i dobór jej garderoby. Zależało mu, aby jego aktorka wydawała się zbyt delikatna, by ktoś ośmielił się jej dotknąć, miała być jak saska porcelana. Head dodaje też, że Kelly wszystkie uwagi Alfreda przyjmowała z pokorą, zrozumieniem i uprzejmością.
Kiedy muza Hitchcocka była gościem festiwalu w Cannes dziennikarze „Paris-Match" wpadli na pomysł, aby zaaranżować spotkanie aktorki z poszukującym żony księciem Monako, Rainierem III. Wydarzenie to miało zainteresować czytelników zagranicznych, a co za tym idzie – zwiększyć popyt na gazetę. „Jeśli myślicie, że to dobry pomysł, żebym poznała księcia, zgadzam się" - powiedziała dobrodusznie Kelly.
Spotkanie to rozpoczęło romans rodem z największych przebojów kina. Rainier oświadczył się Grace w 1955 roku. Aktorka otrzymała pierścionek zaręczynowy od Cartiera z 10,47 karatowym diamentem – ten sam, który jej postać nosiła w „Wyższych sferach". Po ślubie z Rainierem Grace nie chciała zrezygnować z marzeń o filmie.
W 1963 roku wstępnie przyjęła propozycję roli w filmie „Marnie", którą wysunął Alfred Hitchcock. Niestety, ostatecznie prawdopodobnie pod wpływem męża i jego rodziny odrzuciła rolę. W Monako na życzenie księcia obowiązywał zakaz pokazywania filmów z jej udziałem. Hitchcock nie dawał za wygraną. Podnosił stawki i namawiał do zmiany decyzji.
"Uniwersal gotów jest zapłacić ci milion dolarów. To będzie rola twojego życia."
Hitchcock tak bardzo przeżył ślub Kelly z księciem, że w ogóle nie przyjął zaproszenia na uroczystość, bo jeśli wierzyć biografowi czuł się odrzucony przez aktorkę. Wysłał jej jednocześnie dość osobliwy prezent: Ozdobioną białymi goździkami i kokardkami smycz dla psa Grace Kelly Oliviera z liścikiem: Monte Carlo na pewno ci się spodoba. Miłego szczekania". Rzecz całą podpisał imieniem swego psa Philipa. Od kiedy Grace Kelly została księżną Monako jej spotkania z Hitchcockiem odbywały się coraz rzadziej, bo zawsze wywoływały niechęć dworu. Reżyser szybko przekonał się, że jego ukochana aktorka żyje w złotej klatce. Podczas jednej z wizyt wyraźnie jej to uświadomił. "Czy wyglądam, na nieszczęśliwą, Hitch - spytała Kelly ze smutkiem.
"Wyglądasz na zmęczoną, Gracie" - odparł Hitchcock.
O wielkiej fascynacji Hitchcocka Grace Kelly wiedziało całe Hollywood. Jedyny komentarz, jaki na ten temat udało się wyciągnąć od córki reżysera brzmiał - „Tak, z pewnością Grace była ulubioną aktorką mojego taty".
Jan Bończa-Szabłowski
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA