fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Szczęście Konopnickiej

Anna Kozicka-Kołaczkowska
archiwum prywatne
Sens tego sloganu już się chyba od nas, od narodu i ojczyzny, nigdy nie odklei. Będzie nas prześladował po wsze czasy i jest to czymś strasznym.
W roku 1890 Eliza Orzeszkowa dostaje taki list :
„Wczoraj stawałem na świadka w sprawie Heleny Konopnickiej oskarżonej o szereg popełnionych kradzieży. Jest nieszczęśliwe położenie z tą dziewczyną. Wszystkie kradzieże były popełnione z takim rozmysłem i zręcznością, że nie sposób pomyśleć, że to czyniła osoba mająca jakiekolwiek zboczenie umysłowe. Z drugiej znów strony wiele pobudek i faktów wytłumaczyć sobie niepodobna. Lekarze o jej stanie nie mogą wyrobić sobie prawdziwego, i co ważniejsze, naukowego pojęcia. Położenie zresztą jest bez wyjścia. Jeżeli orzekną, że jest zdrowa – pojedzie na Syberię, jako szlachcianka? jeżeli ją uwolnią jako wariatkę, nazajutrz po uwolnieniu z więzienia będzie kraść na nowo. Przytułku, ani szpitala dla tego rodzaju chorych u nas przynajmniej nie ma (...). Żal mi wielki matki, która z powodu tej córki uciekła wprost z Warszawy. Obecnie przebywa w Krakowie, skąd wyjeżdża do Włoch. Ja bym nie przeżył chyba takiego nieszczęścia, a ona ma jeszcze humor niezły i śmiech dla ludzi i wielką odporność charakteru."
Dwanaście lat później poetka Maria Konopnicka pisze do syna Stanisława:
„Mnie Lorka listem swoim i wiadomościami o swoim zamiarze wstąpienia do teatru zupełnie dobiła. Leżałam po tym liście dwa dni jak bez duszy, nie mogąc tchu złapać z powodu ciągle powtarzających się ściśnień serca. Ładnie to sobie wyszykowała – nie ma co mówić! (...) Nie było to bez wpływu na nią to ciągłe przestawanie z Przybyszewskim i podobnymi mu zwyrodniałymi indywiduami. Głupi, choć arcypoczciwy Stach osłania to niby swoją mężowską powagą wobec ludzi, ale jeszcze głupszy od niego byłby ten, kto by nie widział, że to jest zerwanie ich wspólnego życia. Otóż, mój Staśku drogi, ponieważ to żadną miarą nie może mieć miejsca, żeby się mój obchód jubileuszowy i Lorki występy aktorskie w tym samym mieście i w tym samym czasie odbywały, zmuszona będę zawiadomić komitety galicyjskie, że na uroczystości swe nie przyjadę i osobistego udziału w nich nie wezmę (...) aby tak blisko, tak bezpośrednio nie patrzeć na ten aktorski zawód rodzonego dziecka. (...) Mój drogi Staśku, wolałabym ja nie znać żadnych honorów ani jubileuszów, gdyby tego wszystkiego nie było."
Nieco ponad sto lat temu poetka Maria Konopnicka była absolutną jedynką pośród piszących Polek. Nie ma dziś takich idoli.
Kobieta ta w wieku 36 lat wylądowała sama, bez środków, z dziećmi - najstarsze lat 15 - na warszawskim bruku. Dzieci sześcioro. W tym, jak się okaże, trójka „dobrych". W trzy lata po tajnych listach matczynych do dyrektorów teatrów z prośbami o niedopuszczenie do debiutu córki Lorka dopnie swego, a Konopnicka będzie musiała się z tym pogodzić. O nieokiełznanej, przepięknej Helenie słuch zaginie, ale Lorka - aktorka Laura Pytlińska - pierwsza przybędzie kiedyś do łoża śmierci matki. „Święta mateczka"- będą mówić o niej dzieci.
„Z Lorką widziałam się we Lwowie. Kosztowało to dużo łez – obustronnie. Cóż! Dziecko zawsze jest dla matki dzieckiem. Nie mogłabym żyć tam, gdzie ona jest aktorką i patrzeć na to, ale nie dowodzi to, żebym ją miała uważać za obcą" – zapisze poetka. Do końca będzie obecna w życiu dzieci. Synów wyreklamuje od służby w wojsku. Będzie słać zapomogi, listy do hrabiowskich protektorów w sprawie dzierżaw i zatrudnienia, przestrogi, rady domowe i zapewnienia, że martwi się, myśli, kocha.
Od czasu przejść z Heleną już nigdy jednak nie zagrzeje w Warszawie miejsca na dłużej. Austria, Szwajcaria, Francja, Włochy, Niemcy i tak w kółko. Nie zasiedzi się nawet we dworku w Żarnowcu, który otrzyma „od narodu". Wśród obcych błąka się bez mała dwadzieścia lat niczym zbieg. Potrzebuje samotności, ale ucieka nie tylko przed zgiełkiem. „Humor niezły, śmiech dla ludzi" na tym permanentnym wygnaniu to wielka poza. Wiemy to z listów do zaufanych przyjaciół. Jej honor cierpi do śmierci.
Z twórczością Konopnickiej czas obszedł się gorzej niż z dziełem Sienkiewicza. Dla mnie jej piosenki dla dzieci z muzyką Zygmunta Noskowskiego to arcydziełka. „Pójdziemy w pole w ranny czas, młode traweczki, witam was"- nic tylko brodzić po wiosennej łące! Zdaje się, że małych Polaków już okradziono z tej poezji.
Henryk Sienkiewicz był niemal rówieśnikiem poetki. On, jako pierwszy z wielkich, zwrócił na nią uwagę Polaków. Był już idolem warszawskich salonów i sławnym literatem Litwosem, gdy napisał list pełen aplauzu dla nieznanej autorki wiersza „W górach". Konopnicka przeczytała go z biciem serca i łzą w oku w „Gazecie Polskiej" jeszcze u siebie, w ogrodzie prowincjonalnego dworu, gdzie była żoną i matką. Sława pisarska szkolnej przyjaciółki – Elizy Orzeszkowej wydawała się jej jeszcze Olimpem.
Kiedy słyszę kolejną wariację ordynarnego, obraźliwego hasła autorstwa krewnego wielkiego pisarza o kupie kamieni i całej reszcie, które są metaforą Polski, nie mam wątpliwości, że slogan ten zrobi karierę i na stałe wejdzie do polskiego słownika, do codziennej kultury. Niestety, jego sens już się chyba od nas, od narodu i kraju, nigdy nie odklei. Będzie nas prześladował po wsze czasy i jest to czymś strasznym.
Polskie nazwiska historyczne, szlacheckie, arystokratyczne nie są u nas chronione. Przypadek polityka, którego nazwisko pochodzące od jaglanej kaszy za sprawą dodania litery „ł" stało się nazwiskiem królewskim może być symbolem tych możliwości. „Liber Chamorum" ma współczesne strony. Komicznym przykładem pozostanie na zawsze epatowanie przez ludową Messalinę amantów z kontraktowego Sejmu przywłaszczonym nazwiskiem Potocka. Złodziei rodowych, polskich nazwisk szlachectwo nie obowiązuje.
Od czerwca 2014 media naraz z lubością podkreślają fakt, autentycznego tym razem, pokrewieństwa ministra siłowego resortu z naszym największym powieściopisarzem. Właśnie w chwili, gdy mowę ordynarną, pełną słów paskudnych i nienawistnych zaczęto powszechnie określać „językiem Sienkiewicza". Pojęcie to okazało się prezentem prawnuka dla pradziada. Tragikomicznym skwitowaniem, którego uchylić już nie sposób. Postkomunistycznym „Bartkiem Zwycięzcą".
Na cóż teraz przestrogi dla elit, że zasady, etyka, klasa powinny obowiązywać w każdej sytuacji, a w prywatnej tym bardziej, że świństwa osób publicznych najpóźniej wyłażą już nazajutrz po ich śmierci nawet bez zdradzieckich podsłuchów. Dla Sienkiewiczów jest za późno. „Język Sienkiewicza" już stał się synonimem dzikiego marginesu społecznego. Jest to także hańbą naszą, gdyż dzieło wielkiego pisarza jest ekstraktem polskości i polskiego szlachectwa. Boli bardzo.
Marię Konopnicką dotyka dziś wiele żałosnych perwersji. Tę atrakcyjną uwodzicielkę nękaną zazdrością kobiet o wielbicieli przezywaną „mężczyźniarą" z braku słowa „podrywaczka", matkę, która urodziła ośmioro dzieci ( dwoje zmarło), opiniuje się jako osobę lgbtq. Płeć nowoczesnych mózgów nie ogarnia fenomenu ludzkiej przyjaźni. A jednak, mimo to i mimo wszystkich cierpień honoru poetki za życia właśnie okazało się, że miała ona dużo, dużo więcej szczęścia od Henryka Sienkiewicza.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA