fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pięć lat w służbie kłamstwa

Dominik Zdort
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Wskazania Marka Migalskiego są głęboko niemoralne i pokazują, jak bardzo może zdeprawować człowieka parę lat w polityce – polemika publicysty „Rz".
"Studenci do nauki, literaci do piór" – wzywał zdrowy żywioł robotniczy podczas wieców poparcia dla Władysława Gomułki w marcu 1968. W podobnym tonie podział zadań wyznaczył w niedawnym tekście w „Rzeczpospolitej" politykom i komentatorom życia publicznego Marek Migalski. Publicyści i dziennikarze mają dociekać prawdy, nie dbając o to, czy czynią w ten sposób dobro. Politycy zaś mogą mieć w nosie prawdę, byle walczyli – w swoim mniemaniu – ze złem.
Moim zdaniem te wskazania byłego politologa (który został działaczem partyjnym, a po tym, gdy przegrał w wyborach, usiłuje znów udawać niezależnego eksperta) są głęboko niemoralne i pokazują, jak bardzo może zdeprawować człowieka parę lat w polityce.
Jak rozumiem, Migalski, domagając się od dziennikarzy stawiania prawdy ponad wszystko, ma na myśli funkcję kontrolną mediów w demokracji. To ważna rola i zgadzam się głęboko, że media mają obowiązek dążyć do przedstawienia prawdy. Ale nie jest to misja nieograniczona wyższymi wartościami. Istotą obu tych profesji – działacza politycznego i dziennikarza – jest bowiem, a przynajmniej powinno być, działanie na rzecz interesu publicznego. I dziennikarz, i polityk mają święte prawo, a nawet obowiązek oceniać i brać pod uwagę to, co jest dobre, a co złe, co szkodliwe, a co pożyteczne. To zresztą prawo przyrodzone, naturalne dla każdego człowieka, przypomniane przez rozsławioną ostatnio lekarską klauzulę sumienia.
Wyobraźmy sobie sytuację, wcale nie abstrakcyjną: dziennikarz śledczy ustalił, że w Polsce działał tajny ośrodek, w którym Amerykanie torturowali arabskich terrorystów. Nie jest bezzasadne pytanie, czy ma dążyć za wszelką cenę do opublikowania tej informacji, czy może ją zataić, aby nie sprowokować zamachu Al-Kaidy w Warszawie.
Oczywiście wiemy, jak wygląda ta sytuacja w praktyce. Są media, które biorąc pod uwagę interes państwa i  jego obywateli, zachowują się w tej kwestii powściągliwie i odpowiedzialnie. Ale są też takie, które – nawet gdy nie mają wystarczających dowodów – pragną bez względu na konsekwencje udowodnić, że państwo polskie angażowało się w ten „straszliwy" proceder, jakim było torturowanie terrorystów odpowiedzialnych za śmierć tysięcy niewinnych ludzi.
Migalski pewnie – zgodnie ze swoją teorią – opowiedziałby się za tą drugą postawą: że należy dążyć do prawdy za wszelką cenę. Nawet jeśli owo „dążenie do prawdy" niektórych mediów jest motywowane wyłącznie ideologicznie – a więc jest w rzeczywistości próbą realizacji „dobra".
Warto też dorzucić kolejną poważną wątpliwość związaną z koncepcją Migalskiego. Otóż mam wrażenie, że do worka „klerków" wrzuca on i reporterów, i publicystów. Tymczasem te role bardzo się różnią. O ile zadaniem reportera jest możliwie wiernie portretować rzeczywistość (przy wszystkich zastrzeżeniach, które podałem wcześniej), o tyle rolą publicysty jest ją analizować, pokazywać, co jest dobre, a co złe i dlaczego. W tym sensie odpowiedzialność publicysty jest bliższa odpowiedzialności polityka niż reportera.
I jest to standard światowy. Zarówno całe tytuły medialne, jak i pracujący w nich publicyści na całym świecie nie pełnią ról niezależnych analityków, ale są kojarzeni z konkretnymi kierunkami ideowymi czy nawet z konkretnymi partiami. Taka jest prawda, nawet jeśli nie podoba się to Markowi Migalskiemu, bo w kampanii wyborczej startował z listy sympatycznej, ale niszowej partyjki, nie mogącej liczyć na wsparcie zaprzyjaźnionych „klerków".
Jak rozumiem, tekst Migalskiego jest nie tylko wyrazem goryczy z powodu doznanej porażki politycznej, ale też jego próbą powrotu do roli „klerka", niezależnego komentatora wydarzeń politycznych. Ze smutkiem chciałbym byłego europosła poinformować, że nie będzie mu łatwo przekonać o tym czytelników. Nie tylko dlatego, że w roli polityka, nie zawsze mądrze bawiąc się z mediami, utracił wiele ze swojego dawnego autorytetu – choćby organizując fotograficzne ustawki dla tabloidów przy kupowaniu czerwonych stringów dla narzeczonej. Ale też dlatego, że trudno będzie komukolwiek uwierzyć, że człowiek, który zgodnie z jego własną teorią przez ostatnie pięć lat nie miał oporów, aby kłamać, teraz zacznie służyć prawdzie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA