fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Miejsca Kieślowskiego, czyli „Dekalog” 20 lat później

Fotorzepa, Darek Golik
W 1988 roku Krzysztof Kieślowski postawił kamerę między domami przy ulicy Inflanckiej. Na szarym, bezosobowym, socjalistycznym blokowisku zaczął opowiadać o zwykłych ludziach i dylematach, wobec których zostali postawieni. Przez Boga, los czy – jak kto woli – w wyniku własnych czynów
Przez półtora roku na planie kolejnych części pojawiał się Artur Barciś. – Nie znałem dnia ani godziny – wspomina aktor. – Reżyser wyznaczył mi szczególną rolę. Postaci do końca nie dopowiedzianej, przywoływanej w zależności od rozwoju sytuacji. Na krótko wkraczającej do akcji, by wnieść tak istotny dla tego cyklu element metafizyki. Większość scen z jego udziałem w końcu do filmu nie weszła, ale towarzyszył kolejnym odsłonom „Dekalogu”. Na planie, na który często go wzywano „tak na wszelki wypadek”, także zostawał poza nim. Był mocno zaangażowanym obserwatorem, dlatego do niego zwróciliśmy się z prośbą, by opowiedział nam, jak zapamiętał czas powstawania serii. I które miejsca kojarzą mu się z filmowymi dziesięcioma przykazaniami.
Scenek, jakie przytoczył, nie porządkowaliśmy – pojawiają się w kolejności wspomnień. Zresztą „Dekalogu” Krzysztof Kieślowski też nie realizował chronologicznie. Po I części nakręcono kolejno: V, II, IV, X, III, IX, VI, VII i VIII.
Scena, którą przywołuje aktor, powstała w III części „Dekalogu”, ilustrującej przykazanie „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. Jak w innych odcinkach, także i tu interpretacja jest niestereotypowa – pozornie mamy do czynienia z opowieścią o miłości, rozliczeniu, zemście. Podczas nocnej wędrówki po Warszawie, w którą w wigilijny wieczór wyruszają taksówkarz Janusz (Daniel Olbrychski) i jego dawna kochanka (Maria Pakulnis) rozwija się skomplikowana uczuciowa gra. – Zdarza mi się, jadąc dziś Trasą W-Z, wspomnieć scenę, w której Daniel Olbrychski chce popełnić samobójstwo. Jedzie szaleńczo fiatem, dosłownie w ostatniej chwili rezygnując z uderzenia w tramwaj, który prowadzę. W szpitalu przy ul. Lindleya powstawała część nawiązująca do przykazania „Nie będziesz brał imienia Boga twego nadaremno”. Zdjęcia kręcono w nieczynnym skrzydle budynku. Bohaterka grana przez Krystynę Jandę ma podjąć decyzję, czy usunąć pozamałżeńską ciążę. Domaga się od ordynatora szpitala (Aleksander Bardini) diagnozy, czy jej mąż, znajdujący się w ciężkim stanie, przeżyje. Jeśli tak by się stało, zdecydowałaby się na aborcję. – Na szpitalnym korytarzu pojawiłem się jako sanitariusz, pozornie przypadkowy obserwator. Jak w wielu innych momentach na planie także podczas tej sceny czuliśmy uniesienie. Kieślowski był już wtedy uznanym reżyserem, miał charyzmę, ale atmosferę budowało przede wszystkim to, że poruszał istotne sprawy, nie unikał trudnych tematów. Wiedzieliśmy, że bierzemy udział w czymś naprawdę ważnym. Ale że aż tak istotnym... chyba nikt z nas wtedy nie przypuszczał. Miejscem, do którego często wracała ekipa „Dekalogu”, było osiedle przy ul. Inflanckiej. Wysokie, bure budynki. Typowe blokowisko z PRL-owskim klimatem: pełne ludzi, ale bezosobowe. Powstawały tu zdjęcia m.in. do części VI (przykazanie „Nie cudzołóż”), która z czasem stała się kinowym „Krótkim filmem o miłości”. – Wczesnym ranem pojawiałem się przed budynkami, w których mieszkali bohaterowie: dojrzała kobieta (Grażyna Szapołowska) i nieśmiały chłopak (Olaf Lubaszenko), który się w niej kochał, a może jedynie młodzieńczo jej pożądał. Grałem mleczarza. Biały płaszcz, białe mleko... miały znaczenie symboliczne. Jak wiele innych, czasem drobnych elementów w „Dekalogu”. Nic tu nie było przypadkowe. Staw na Grochowie, niedaleko ulicy Ostrobramskiej, pośrodku osiedla. Można powiedzieć: miejsce i punkt kulminacyjny I części „Dekalogu”, zainspirowanej przykazaniem „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Na tym właśnie jeziorku, w finale, pod grupką dzieci załamuje się lód. Jego grubość dzień wcześniej skrzętnie wyliczył na „nieomylnym” komputerze uniwersytecki wykładowca Krzysztof. Dlaczego więc traci w wodzie jedynego syna? Artur Barciś był najbardziej zagadkową postacią serii Kieślowskiego. Dziś wspomina miejsca, w których rozgrywały się kulminacyjne sceny kolejnych części W kluczowym momencie widzimy nad stawem tajemniczą postać. – Siedziałem w kożuchu przy ognisku i przyglądałem się światu. To był jedyny moment, kiedy patrzyłem prosto w kamerę – wspomina Barciś. – „Krótki film o zabijaniu”, najbardziej wstrząsająca, piąta część „Dekalogu”, kojarzy mi się ze ślimakiem na ulicy Karowej. Taksówkarz (Jan Tesarz) wiózł nim nad Wisłę swojego mordercę, człowieka raptem 20-letniego (Mirosław Baka). Ja stałem na zakręcie, grałem geodetę, który dokonuje właśnie pomiarów. Brzeg po lewej stronie Wisły. – Dźwigałem kanadyjkę, wędrując w stronę wody. Po drodze mijałem Adę Biedrzyńską i Janusza Gajosa – mówi Barciś. To znów kulminacyjna scena: bohaterów czeka decydująca rozmowa. Dziewczyna właśnie dowiedziała się, że człowiek, którego uważała za ojca, nie jest jej biologicznym rodzicem. Musi na nowo ułożyć swoje relacje z dojrzałym mężczyzną. Odpowiedzieć na pytanie, co naprawdę ich łączy. – Koledzy grający duże role często dziwili się, co właściwie robię na planie. W scenariuszu moja postać nigdy nie była szczegółowo opisana. Towarzyszyły jej enigmatyczne zdania, np. młody mężczyzna idzie z łódką. Tak było i w tej scenie, z części IV (przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją”). Jedna z nielicznych scen „Dekalogu”, jaką kręcono poza Warszawą, pochodzi z części nazywanej czasem „Krótkim filmem o zazdrości” (przykazanie „Nie pożądaj żony bliźniego swego”). – Piotrek Machalica w roli uznanego kardiochirurga, który z powodu impotencji traci żonę, postanawia popełnić samobójstwo. Spada na rowerze z niedokończonego wiaduktu, ja jadę obok – wspomina Barciś. Ujęcie było kręcone w Gdyni. Na Uniwersytet Warszawski zaprowadziła bohaterów część inspirowana przykazaniem „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Na wykładowej sali, pod czujnym okiem „studenta” (Artur Barciś), spotykają się dwie kobiety. W czasie okupacji starsza z nich, dziś profesor etyki, odmówiła pomocy żydowskiej dziewczynie. Część VIII szczególnie mocno wpisuje się we współczesne wydarzenia, wydaje się bardzo aktualnym – i jak to u Krzysztofa Kieślowskiego – nieferującym wyroki komentarzem do tego, co dzieje się wokół nas. W ostatnich miesiącach, tygodniach i dniach. Na chwilę tajemnicza postać pojawia się w odcinku siódmym. Części, w której bohaterka grana przez Annę Polony dla dobra małoletniej córki decyduje się zostać matką własnej wnuczki. – Tylko bardzo dociekliwi tropiciele, a tacy pochodzą nawet z Japonii, gdzie powstają rozprawy naukowe na temat „Dekalogu”, zauważają mnie w dalekim planie, na peronie podmiejskiej stacji WKD, jako człowieka o kulach. – W czasie realizacji ostatniej części Krzysztof zastanawiał się, w którym momencie wstawić moją postać do historii o dwóch braciach, którzy zapałali chorobliwą żądzą posiadania. Nawet ogłosił w ekipie konkurs. Początkowo miałem sporo różnych pomysłów, ale na koniec stwierdziłem, że właściwie nie powinno mnie w tej części być. Lepiej, żeby widzowie czekali na tego dziwnego człowieka, a on się nie pojawiał. I tak pomyślą sobie: Gdzieś przecież jest, chociaż go nie widać – podsumowuje Barciś. I jest to zarazem najlepszy komentarz do roli, jaką wciąż, nie tylko w kinie, pełni Krzysztof Kieślowski. Jest na Powązkach miejsce, gdzie nie gasną znicze, a w Dzień Zaduszny lub rocznicę śmierci, 13 marca, bije widoczna z dala łuna. Łatwo po niej trafić do grobu Krzysztofa Kieślowskiego, obowiązkowego punktu japońskich wycieczek. Na pogrzebie reżysera ks. Tischner powiedział: „Brat Krzysztof, artysta i znawca ludzkich tajemnic, wpuszczał światło życia w środek ludzkich potknięć i opowiadał o możliwości pojednania. Tym sposobem pośredniczył w drodze człowieka do samego siebie...”. – Jak zapamiętałem Krzysztofa? – zastanawia się Barciś. – Stoi za kamerą, wnikliwie się wszystkiemu przygląda. I patrzy mi głęboko w oczy. Od czasu „Amatora” i finałowej sceny, w której Filip Mosz uruchamia kamerę i jej obiektyw kieruje sam na siebie, w każdym kolejnym filmie Kieślowski coraz mocniej „patrzył aktorom i widzom w oczy”. Skupiał się na człowieku. I tym chyba tłumaczyć trzeba niesłabnące zainteresowanie jego twórczością, szczególnie „Dekalogiem”. – Krzysztof nie kręcił filmów, żeby kogokolwiek pouczać, ale żeby nawiązać dialog z widzem – podsumowuje Barciś. – Żeby pytać i żeby widz też zadawał sobie pytania. Na które znajdzie odpowiedź. Albo nie... „Dekalog” – skromny polski serial zrealizowany w siermiężnych PRL-owskich dekoracjach – jest najlepiej sprzedającą się produkcją TVP. Trafił do ponad 70 krajów, w tym do islamskiego Iranu. Inspirowany dziesięciorgiem przykazań cykl, niezależnie od wyznania i kręgu kulturowego, w jakim żyją widzowie, jest postrzegany jako uniwersalna wypowiedź o najistotniejszych dla człowieka sprawach. Zainteresowanie „Dekalogiem” nie maleje. W setkach można liczyć poświęcone mu strony internetowe, w dziesiątkach – naukowe prace. Szczególnymi admiratorami serii są Japończycy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA