fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Premier bluzga fikcyjnie

Mariusz Cieślik
Fotorzepa, Robert gardziński RG Robert gardziński
Traktując żarty poważnie, łatwo się ośmieszyć. Premier Tusk jest tego bliski, ale jego proces z Jerzym Urbanem o primaaprilisowy dowcip dotyczy ważnej kwestii granic wolności słowa – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej”.
Gdyby rzecz działa się w okolicach 1 kwietnia, można by to uznać za żart. Szef rządu pozywa pismo znane z plugawych dowcipów o ochronę dóbr osobistych za to, że zrobiło mu primaaprilisowy dowcip. Jak na standardy „NIE” całkiem niewinny zresztą. W końcu mówimy o tygodniku, który potrafi opublikować porady dla polskich zoofilów, a propos tego, jak skorzystać z dobrodziejstw niemieckiego inwentarza.
Szef rządu nie powinien pozywać „Goebbelsa stanu wojennego", bo przydaje znaczenia jego poglądom
Sprawa jest komentowana jako „najśmieszniejszy proces świata”, „pierwszy w historii proces o żart primaaprilisowy”, „proces, który ośmiesza premiera”, „wygłup Donalda Tuska” itd., itp. W środku sezonu ogórkowego staje się wydarzeniem medialnym. A jakby tego było mało, pozwany – człowiek, który odegrał wyjątkowo ponurą rolę w czasie stanu wojennego, szczując przeciwko zamordowanemu przez SB ks. Popiełuszce czy firmując swoją twarzą matactwa w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka, krótko mówiąc Jerzy Urban – wychodzi tu na obrońcę wolności słowa. Ciężko uwierzyć, że to nie dowcip. A jednak sprawa sądowa Tusk kontra Urban kilka dni temu naprawdę toczy się przed warszawskim sądem.

Przed 1 kwietnia

Wszystko zaczęło się 29 marca, kiedy „NIE” opublikowało artykuł „Tusk na podsłuchu” zawierający rzekome nagrania z loży rządowej podczas meczu Polska–Ukraina. Wśród podsłuchanych mieli być i Lech Wałęsa, i Aleksander Kwaśniewski, i Grzegorz Schetyna, i Bogdan Borusewicz, i Roman Kosecki, choć najczęściej w tych sfingowanych rozmowach, zgodnie z tytułem, pojawia się premier. Czy mówi coś dyskwalifikującego dla siebie, to już kwestia dyskusyjna. Przede wszystkim w tych wymyślonych dialogach posługuje się knajackim językiem. Określa np. Kwaśniewskiego jako „ch…”, w podobnych słowach komentuje sprawę podejrzeń o współpracę papieża Franciszka z juntą argentyńską (twierdząc, że naprawdę miała miejsce); kibiców nazywa debilami; mówi, że wewnętrzne wybory w Platformie to teatrzyk i że gdyby był kanclerzem Niemiec, całowano by go po nogach.
Jako że do 1 kwietnia zostały jeszcze dwa dni, sprawa zaczyna żyć własnym życiem w Internecie. Zdecydowana większość komentatorów uważa, że to jednak żart, co widać w dyskusji na Twitterze, ale są i tacy, którzy sądzą, że to może być prawda. Media informacyjne, w tym portale, podchodzą do sprawy ostrożnie, relacjonując ją w dziale ciekawostki jako prawdopodobny żart. Inaczej jest jednak z witrynami plotkarskimi i tabloidami, które, mówiąc eufemistycznie, nie są znane z dziennikarskiej rzetelności. A taki „news” to dla popularnego Pudelka czy jego konkurencji prawdziwy hit.
W prima aprilis Urban ujawnia, że tekst w „NIE” był żartem, ale okazuje się, że maszyna już ruszyła. Donald Tusk pozwał wydawcę pisma, żądając przeprosin na jego łamach, a także na tych portalach, które artykuł streściły. O ile co do jakości żartu opinia publiczna była podzielona (nie brakowało takich, którym się podobał), o tyle już w tej kwestii wszyscy od prawa do lewa byli całkowicie zgodni: premier zrobił błąd, wchodząc w tej sprawie na drogę sądową.

Na przegranej

Ci, którzy tak pisali, mieli rację. Jeśli chodzi o stronę praktyczną, Donald Tusk na takim procesie może tylko stracić. Po pierwsze, sprawa, z której wydźwięku premier najwyraźniej nie jest zadowolony, z tego powodu jeszcze długie lata będzie na medialnej wokandzie. Gdyby artykuł „NIE” zignorował, wyjaśniając jedynie publicznie, że to kłamstwa, już by o wszystkim zapomniano. Ale skoro wytoczył proces o ochronę dóbr osobistych, musi się liczyć z tym, że szybko się on nie skończy i to nie z powodu opieszałości polskich sądów. Takie sprawy to u nas nowość, prawnicy nie mają wielkiej praktyki, kwestie są skomplikowane, dotykają kwestii wolności słowa i cenzury, granic prawa i obyczaju. Gdyby jeszcze zapadł wyrok skazujący wobec Urbana, to ten będzie się odwoływał i to, podejrzewam, że nie tylko w Polsce, ale i do Strasburga.
No i tu pojawia się kwestia druga: nie z każdym wypada się sądzić, zwłaszcza premierowi. Szef rządu nie powinien pozywać „Goebbelsa stanu wojennego”, bo przydaje znaczenia jego poglądom i jego pismu, które powinno pozostać na zawsze tam, gdzie jest: w okolicach rynsztoka.
Zresztą tu mamy kolejny problem – próbując ścigać Urbana za żart, automatycznie stawia się na pozycji przegranej. Bez względu na jakość tego dowcipu trzeba wziąć pod uwagę, że większość ludzi uważa, iż władzy wolno mniej, a więc chętnie się z niej śmieją. Co oznacza, że sympatia większości będzie w tej sprawie po stronie naczelnego „NIE”. I tu kwestia dla premiera jako polityka bodaj najważniejsza: jego wizerunek może na tym tylko ucierpieć. Wyjdzie na człowieka, który nie zna się na żartach, przy pomocy sądów próbuje tłumić satyrę albo wręcz ośmiesza się, wojując z dowcipami na swój temat. Dla znacznej części opinii publicznej pozew wobec Urbana jest z grubsza tym samym, co gdyby Donald Tusk ścigał Roberta Górskiego z Kabaretu Moralnego Niepokoju za jego popularną parodię premiera. W mediach trudno będzie wytłumaczyć wszystkie subtelności, do jakich będzie musiał odwoływać się sąd, wydając wyrok w tej sprawie.

Granice satyry

Premier nic na tym nie zyska, może tylko stracić, tyle że nawet jeśli to już rozumie, to nie wypada mu się wycofywać. Ale opinia publiczna może na jego procesie zyskać. Sprawa jest precedensowa. Podobnej w Polsce do tej pory nie było. Jak słusznie zauważyła w sądzie prawniczka reprezentująca szefa rządu, „obyczaj nie może stać ponad prawem”. W tym przypadku chodzi o obyczaj primaaprilisowy, ale przecież kwestia jest szersza.
Z jednej strony przyjmujemy za oczywiste, że nie powinno być tematów i osób wyjętych spod satyry. Z drugiej wielu z nas oburzyły np. żarty Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego z Ukrainek albo z koloru skóry rzecznika jednej z instytucji, kabaretu Limo z papieża czy Kazimiery Szczuki z niepełnosprawnej Madzi Buczek. Znaczna część opinii publicznej uznała je za chamskie i mające na celu poniżenie tych osób, naruszające ich godność, a na to już zgody nie ma. Tyle że wszystkie sprawy, które wymieniłem, dotyczą mediów elektronicznych, gdzie, chcąc nie chcąc, funkcję obercenzora pełni Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. I w każdym z tych wypadków nadawcy (TVN, TVP, radio Eska Rock) zostali przez nią ukarani finansowo. W ostatnich dniach do grona napiętnowanych dołączyło radio Roxy za wulgaryzmy w satyrycznej audycji „Ranne kakao. Pierwsza krew”. Ale w sprawach, o których mowa, skończyło się na karach administracyjnych. A w tym przypadku to sąd powszechny będzie musiał określić dopuszczalne granice satyry i wolności słowa.
Znaczenie tej sprawy dla medialnych standardów da się porównać jedynie z procesem Lew Rywin kontra tygodnik „Wprost” o okładkę, na której głowa producenta filmowego wychylała się z muszli klozetowej. Po trwających pięć lat korowodach nakazano pismu przeprosić bohatera jednej z największych afer czasów III RP. Sąd uznał, że przekroczono granice dobrego smaku, a okładka miała na celu „poniżenie osoby”. Argument o satyrycznym, czy też karykaturalnym, charakterze fotomontażu nie trafił do przekonania wydającym wyroki w kolejnych instancjach. Przy tej okazji przypomniano kategorię „ekscesu satyry”, której użyto m.in. w sentencji wyroku Sądu Najwyższego. Ten eksces to właśnie żarty naruszające godność, np. dotyczące wyglądu.

Celny strzał

Czy w przypadku tekstu „Tusk na podsłuchu” doszło do takiego właśnie ekscesu? Owszem, fikcyjne zapisy rozmów premiera są momentami wulgarne i niesmaczne, ale nie mam przekonania, że ktoś poniżył nimi Donalda Tuska. Poza tym rzecz miała miejsce w okolicach 1 kwietnia, więc primaaprilisowy kontekst był dla większości odbiorców zrozumiały.
Wydaje się raczej, że prawdziwy problem tkwi w tym, że część opinii publicznej uwierzyła w mistyfikację „NIE”. A to dlatego, że ludzie uważają, iż tak właśnie rozmawiają ze sobą ludzie władzy w Polsce, a upewniają ich w tym publikowane co jakiś czas zapisy autentycznych prywatnych rozmów dygnitarzy. Zapisy pełne bluzgów, prymitywizmu i chamskich napaści na przeciwników. Wychodzi więc na to, że satyra Urbana była w tym wypadku celna. Pytanie tylko, czy była to satyra, bo tekst miał formę artykułu informacyjnego. I na to intrygujące pytanie będzie musiał odpowiedzieć sąd.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA