fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Powstaje pułapka na firmy: ani wsparcia z tarczy, ani inwestorów

materiały prasowe
Jesteśmy Chinami Europy. Dysponujemy kapitałem ludzkim, ale nie mamy finansowego, dlatego jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, że wprowadzamy restrykcje dla inwestorów amerykańskich – mówi Robert Gwiazdowski.

W swojej analizie projektu chroniącego polskie firmy przed wykupem za bezcen wskazuje pan na pułapkę, w której może się znaleźć część firm. Jeśli przedsiębiorstwa będą wykluczone z możliwości uzyskania wsparcia z Tarczy ze względu np. na zaległości podatkowe, tym bardziej mogą potrzebować kapitału zewnętrznego, a państwo uniemożliwi im przez dwa lata pozyskiwania kapitału.

W ubiegłym tygodniu w Senacie ktoś jednak poszedł po rozum do głowy i zaproponował rozszerzenie katalogu inwestorów także do krajów OECD. O negatywnych skutkach ograniczania inwestycji wyłącznie do krajów UE i EOG pisałem wielokrotnie, pierwotny projekt regulacji sprawiał, iż zmniejsza się grono potencjalnych kupujących udziały. Oznacza to, że sprzedający ma ograniczoną możliwość korzystania z konstytutywnego dla prawa własności - prawa rozporządzania nią. A to z pewnością jest sprzeczne z Konstytucją. Pomimo, iż obecne regulacje są dalekie od idealnych to cieszy uwzględnienie w nich krajów OECD, czyli między innymi kapitału amerykańskiego.

Twierdzi pan, że jeśli brakuje logicznych powodów dla ograniczenia tych inwestycji na dłużej niż do końca 2020 r., to mogą istnieć innego rodzaju powody.

Można sobie wyobrazić sytuację taką, że państwo będzie chciało kupować te firmy. Dokonując ekspansji kapitałowej na rynku, PFR ma projekt mówiący o nabywaniu akcji (udziałów) różnych firm. Ja nie mam jednak pewności, czy jakiś instruktor narciarski albo były handlarz bronią nie zechcą wykorzystać tej sytuacji. Pieniędzy może nie starczyć dla wszystkich, a mówimy tu o okresie następnych dwóch lat. Mówienie o tym jak będzie wyglądała gospodarka za dwa lata to wróżenie z fusów, ale takie ograniczenia z pewnością nie sprzyjają powrotowi na ścieżkę wzrostu.

Jak pandemia zmieni relacje na rynku inwestycji zagranicznych? Inwestycje zagraniczne szukają rynków albo ludzkich lub naturalnych zasobów. Koronawirus zmieni relacje wśród krajów ubiegających się o BIZ i Polska musi się do tego konkursu nowej atrakcyjności dostosować.

Pierwszy wspomniał o tym Paweł Borys, szef PFR, który stwierdził, że mamy konflikt amerykańsko-chiński, dodatkowo Amerykanie sugerują, że pandemia jest wynikiem zaniedbań Chin i ukrywania przez nich informacji. Dlatego dowodzą, że dziś łańcuchy dostaw muszą być bardziej zdywersyfikowane, nie możemy być uzależnieni od dostaw z jednego czy dwóch krajów, jak było przez ostatnie dwie dekady z Chinami. Oceniając po ostatnich decyzjach dużych korporacji, faktycznie to się może właśnie zmieniać. Myślę, że decyzja Google o inwestycji w Europie też może być z tym związana. Globalne koncerny przemysłowe, nie tylko technologiczne, zmieniają swoje strategie na większą dywersyfikację źródeł zaopatrzenia dla produkcji swoich towarów. Klamka więc zapadła, a Polska może być dla nich ciekawym celem. Żeby u nas inwestowali, inwestorzy muszą mieć odpowiednie środowisko, a my musimy być konkurencyjni w stosunku do Czech, Słowacji, Rumunii, Bułgarii czy Węgier. To z nimi konkurujemy o kapitał. Nie z Niemcami.

Lista największych przeszkód dla BIZ pozostaje od lat ta sama.

Tak, tradycyjnie chodzi o nadmierną biurokrację, nadmierne regulacje, zły system podatkowy, nieefektywny system sądowniczy, a co się z tym łączy, nieskuteczną ochronę prawa własności. Można uznać, że dotąd byliśmy stabilni politycznie, bo mieliśmy rząd większościowy. Kapitał czasem woli dyktatury bardziej niż demokracje, bo tam wiadomo, kto będzie rządził za cztery lata. Inwestorzy bardziej boją się tego, co zrobi PiS z podatkami i sądami cywilnymi niż z Trybunałem Konstytucyjnym. Nie bez powodu korporacje nie bały się inwestowania w Chinach przez ostatnie 40 lat.

Tam jednak inwestorów przyciągały przede wszystkim tanie koszty pracy.

Tak, kapitał ludzki, a my póki co jesteśmy pod tym względem Chinami Europy. Tylko my w Europie mieliśmy dwa wyże demograficzne, pierwszy po wojnie, jak wszędzie, a drugi w latach 80. Dziś to pokolenie jest na rynku pracy, głodne sukcesu i nienajgorzej wykształcone. Dysponujemy więc kapitałem ludzkim, ale nie mamy finansowego. PFR zaczął teraz dostarczać płynność na rynek, ale to nie zaspokoi potrzeb, dlatego jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, że wprowadzamy restrykcje podobne do niemieckich. Berlin boi się inwestycji chińskich, a my chcemy iść tą samą drogą i ograniczać możliwość wykupywania polskich firm. Tylko trzeba sobie zadać pytanie, które to polskie firmy są dziś do kupienia? Wszystkie największe firmy są państwowe. Jeśli rząd nie chce sprzedawać firm strategicznych, wystarczy że nie sprzeda - na przykład Orlenu . Natomiast jeżeli ktoś stworzył sieć stacji benzynowych i chciałby, żeby teraz przejął je jakiś fundusz inwestycyjny, to dlaczego nie mógłby tego zrobić? Te restrykcje są skierowane przeciwko firmom prywatnym, które nie mają takiej pozycji na rynku, jak państwowe. Niemcy nie mają tak dużych firm państwowych jak Polska, to jeden z powodów, dlaczego mogą się bać wykupienia przez Chińczyków. Ale ważniejsze jest to że Niemcy mają pieniądze i nie potrzebują dziś kapitału zagranicznego, za to my go potrzebujemy. Nie możemy więc porównywać się do Niemiec.

Polska gospodarka nieszczególnie ma powody do porównań z niemiecką, ale podobne regulacje ograniczające inwestycje z krajów trzecich wprowadzają Włochy czy Francja.

Tak, ale nawet w panice początku epidemii wprowadzili tę ochronę tylko do końca 2020 r., a nie na dwa lata, jak chce Polska. W marcu zamykaliśmy gospodarkę i wprowadzaliśmy restrykcje, bo nie było wiadomo, czego oczekiwać. Ale wprowadzanie dwuletniego zakazu dla inwestycji, gdy nie wiadomo, kiedy wejdzie ustawa w życie, jest absurdalne, zwłaszcza, że pierwotna wersja ustawy blokowała też inwestorów amerykańskich, przyjętych właśnie z otwartymi rękami w Pałacu Prezydenckim.

Nazywa pan to rozwiązanie blokadą, a jednak ustawa nie blokuje zupełnie inwestycji, a poddaje kontroli UOKiK niektóre z nich. W wypadku chińskich firm głównym zarzutem są niejasne powiązania koncernów z chińskim rządem. Stąd Bruksela obawia się, być może słusznie, że brak jakiejkolwiek kontroli wpuści do Europy chińskich inwestorów potajemnie wspieranych przez nieograniczony budżet Pekinu, a to zakłóci konkurencję na wspólnym rynku.

Unia Europejska przestraszyła się, ale pozostaje pytanie, czy takie restrykcje bardziej będą pomagać, czy szkodzić. Gdy spychamy silnego przeciwnika do narożnika, on może się bronić, a Chiny są silne.

USA i Europa sądziły, że Chiny można wykorzystać. Nie udało się. I teraz powstał problem. Ale, jak ktoś się interesował konfucjanizmem, wie że Chińczycy do polityki ekspansjonistycznej nigdy nie mieli serca.

To się jednak dawno zmieniło, ich zachowanie i w Afryce i na trasie Nowego Jedwabnego Szlaku wskazują na zupełnie nowe ambicje.

Nie widzę problemu w tym, by te chińskie wagony jeździły do Europy. Moim zdaniem, to Amerykanie odkryli, że oni najbardziej tracą na rywalizacji z Chińczykami i muszą się temu przeciwstawić. Pozostaje jednak pytanie, czyimi rękami chcą to zrobić, ja uważam, że robią to między innymi na nasz koszt. A nie widzę powodu, dlaczego hub przeładunkowy pod Łodzią do którego miałyby docierać transporty z Chin, ma być zagrożeniem dla amerykańskiej bazy wojskowej w Orzyszu?

Jaki może być skutek dla nas tego konfliktu Waszyngtonu z Pekinem?

Konflikt może się okazać korzystny dla Polski, bo jeśli USA broniąc swojej pozycji hegemona uznają, że trzeba przenieść produkcję z Chin i do tego będą namawiać swoje formy, to my możemy te inwestycje przyjąć. Polska leży na skrzyżowaniu szlaków handlowych w Europie, jeszcze przez 30 lat nie będziemy mieli problemów z demografią. Przydałoby się właśnie mniej bezsensownych i niewspółmiernych do zagrożeń restrykcji. Nie możemy mówić więc, że ściągamy inwestycje, wpuszczamy firmy technologiczne, ale fundusze inwestycyjne już nie mogą u nas działać. Nie zamykamy się przed inwestorami unijnymi, dlaczego więc mielibyśmy blokować inwestycje amerykańskie?

Ale my nie zamykamy się przed inwestycjami. Ustawa nie wprowadza zakazu, tylko screening, by sprawdzić, kto jest ostatecznym beneficjentem tej inwestycji, i wprowadza też wymóg zgody UOKiKu, który ma dziś na decyzję miesiąc, nie pół roku, według pierwszych wersji projektu.

A wtedy UOKiK może się nie zgodzić na daną inwestycję, bo uzna, że nie jest w stanie sprawdzić, kto jest ostatecznym beneficjentem. Jeżeli rządowy UODO jest w stanie powiedzieć, że nie wolno realizować prawomocnego wyroku NSA, to skąd ma płynąć wiara w niezależność UOKiK? Ustawodawcy nie wolno ufać. Trzeba mu bacznie patrzeć na ręce. Podobnie jak w przypadku bonu turystycznego - rząd przygotował regulacje, a posłowie kompletnie nie rozumiejąc tego, nad czym głosują - zagłosowali. W efekcie ZUS, na którego barkach spoczywa newralgiczny system emerytalny dostał do obsługi bon turystyczny! Nie ufając więc ustawodawcy uważam, że nadmiernie długi czas restrykcji wobec inwestorów z Rosji, Chin czy USA to albo beztroska głupota - jak ze wspomnianym bonem, albo próba ograniczania prawa własności. Jeśli ktoś będzie chciał zrealizować inwestycje greenfield, to może, ale ograniczenia dotyczą inwestycji w istniejące firmy. Ile w Polsce powstało w ostatnich latach start-upów, które od początku nie ukrywały w biznesplanie, że po wzroście będą szukały kupca. Poza Chinami i Rosją, mogą to zrobić, Korea, Japonia, Stany Zjednoczone. Nie widzę powodu, aby urzędnicy mieli prawo decydowania, czy jakaś firma z Korei może kupić jakąś firemkę z rynku gier.

Firma, która dysponuje jakimś potencjałem, przycisnął ją kryzys, nie może wejść na giełdę, otrzymać wsparci a z PFR, szuka jakiegoś rozwiązania. Jeśli ograniczamy możliwość kupowania akcji przez inwestorów, to ograniczamy możliwość sprzedawania akcji przez właścicieli, a wiec ograniczamy konstytucyjne prawo własności. Po jednej stronie jest ten groźny inwestor, ale po drugiej stronie jest polski właściciel polskiej firmy, któremu zabraniamy dysponowania swoją własnością przez ograniczanie mu grona potencjalnych kupców.

Te pułapki widzi teraz Komisja Europejska opublikowała białą księgę dotyczącą subsydiów zagranicznych na jednolitym rynku. Do września trwają konsultacje. Komisarz Verstager podkreśliła, że UE musi zachować czujność, żeby subsydia spoza UE nie zakłóciły rynku unijnego.

Komisja przyjęła szkodliwą dla nas i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej dyrektywę dotyczącą pracowników delegowanych. Teraz natomiast mówi, że jeśli mamy w Polsce jakąś firmę transportową, która, m.in. przez te przepisy popadła w tarapaty, a jakiś Chińczyk chciałby ją kupić, to nie możemy mu jej sprzedać. Jeśli więc KE, która z jednej strony ogranicza konkurencje, a z drugiej zabrania niektórym pozyskiwanie kapitału z niemile widzianych krajów, to czy nie jest to nielogiczne?

W sprawie dyrektywy o pracownikach delegowanych Polska przegrała pojedynek lobbingowy z Francją czy Niemcami, nie porozumiała się też z Hiszpanią w sprawie wspólnej gry. Czy na pewno wszystkiemu winna jest Bruksela?

W efekcie działań KE nasze firmy transportowe popadną w tarapaty, PFR nie kupi firmy, która ma 150 ciągników, ale kupnem może być zainteresowany inwestor z Chin, na potrzeby obsługi Jedwabnego Szlaku. A polski przedsiębiorca może być zainteresowany jej sprzedażą, bo nie mógł jeździć z towarami z powodu wirusa, a teraz będzie musiałby płacić za swoich pracowników niemieckie podatki.

Mówi pan o konflikcie między interesami poszczególnych firm a ochroną bezpieczeństwa strategicznego całej UE. Czy jest pan pewien, że większa kontrola, nie blokada, inwestycji zagranicznych, jest kompletnie nietrafiona?

Być może Niemcom jest łatwiej. U nich jest zakorzeniona od czasów pruskich koncepcja państwa prawa. Pruski młynarz mógł wykrzyknąć do króla, który chciał go wywłaszczyć, że są jeszcze sądy w Berlinie. W Polsce nie ma skutecznych, sprawnych, szybkich sądów. Więc nadzieja, że działania władzy wykonawczej będą w jakiś sposób kontrolowane przez władzę sądowniczą, jest znikoma.

Skąd w ogóle przeświadczenie, że te inwestycje pozaunijne są kluczowe dla ratowania polskich firm? Z danych PAIH wynika, że kluczową rolę grają u nas inwestycje unijne, choć ostatnio faktycznie amerykańskie i koreańskie były największe. Tak czy inaczej, były to inwestycje typu greenfield. Firmy budują tu swoje filie, nie wykupują istniejących firm. Czy na pewno więc ograniczenie inwestycji, nawet nie blokada, będzie miało tak zły wpływ na gospodarkę?

Nie mówię, że tylko inwestycje spoza UE nas uratują, twierdzę jednak, że potrzebujemy kapitału i dobrej atmosfery dla niego. Wypłaciliśmy firmie JP Morgan 20 mln, żeby założył biuro w Polsce. Rząd z jednej strony mówi, że tej inwestycje by się przydały, a z drugiej, wprowadza ograniczenia.

Z czego to Pana zdaniem wynika?

Proces legislacyjny to proces lobbystyczny. Mamy w Polsce lobbystów, którzy forsują rozwiązania korzystne dla siebie, ale niekorzystne dla innych. Duzi Inwestorzy dadzą sobie radę. Ale najwięcej stracą ci, którzy mają małe i średnie firmy, potrzebują kapitału, a my im dostęp do kapitału w sposób polityczny ograniczamy. Patrzę z perspektywy firm działających na rynku, które są kluczem dla funkcjonowania gospodarki. Do rządu nie mam zaufania, wręcz przeciwnie, boję się ich, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie działają sądy.

Jest różnica między inwestorem jak Google czy Microsoft, które nie potrzebują kapitału i nie zamierzają sprzedawać tego co zbudują, a funduszem inwestycyjnym, który wchodzi i wychodzi z inwestycji. Dobrym przykładem jest inwestycja funduszu inwestycyjnego w Żabkę, której teraz może nie móc sprzedać przez dwa lata.

Jakie są więc pana postulaty poprawek tej ustawy?

Skróćmy okres ograniczenia do końca 2020 r., jak zrobili to Francuzi czy Włosi. Trzeba rozszerzyć katalog krajów o członków OECD, bo jeśli bronimy się przed Rosjanami i Chińczykami, to brońmy się przed nimi, a nie przed resztą świata. Należy też zreformować sąd antymonopolowy, który może być wyjęty z sądownictwa powszechnego. Zwiększmy w nim a nie w Sądzie Najwyższym rolę ławników. Ławnikami mogą być przecież niekoniecznie prawnicy - także ekonomiści i finansiści. Powinno być więcej sędziów by na wyrok nie trzeba było czekać 2 lata, jak na wyrok NSA. Sąd antymonopolowy może być probierzem, czy da się zreformować polskie sądownictwo. UOKiK-owi trzeba też skrócić termin na podejmowanie decyzji. Ludzie muszą mieć możliwość składania skargi do sądu antymonopolowego na bezczynność urzędu antymonopolowego, by ten nie mógł przeciągać procedur w nieskończoność. Ich pracę na pewno przyspieszy rozwiązanie, że jeśli urząd nie zablokował inwestycji we wskazanym terminie, to automatycznie się na nią zgadza.

Pana zdaniem, jakie jeszcze regulacje powinny zostać wprowadzone, żeby poprawić klimat inwestycyjny w Polsce?

Jeśli mówimy o inwestycjach greenfield, konieczne jest wprowadzenie wreszcie planów zagospodarowania przestrzennego, które wyraźnie wskazują, co gdzie może wybudować. System podatkowy bardzo obciąża średnich inwestorów, choć nie rusza dużych, ponieważ podatek dochodowy płaci się od zysków, a duże firmy nie notują zysków, wykazując ciągle koszty. Sądownictwo musi być sprawne, ono chroni własność. To regulacje, przy pomocy których przestaniemy zniechęcać inwestorów.

CV

Robert Gwiazdowski, ekspert w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, doktor habilitowany nauk prawnych i wykładowca na Wydziale Prawa Uczelni Łazarskiego. Adwokat i doradca podatkowy. Arbiter w Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej, członek rady nadzorczej ZUS powołany na wniosek Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA