fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wojna w Syrii

Syria: Emmanuel Macron ratuje honor Europy

AFP
Coraz więcej wskazuje na to, że lada moment Ameryka uderzy w Syrii. Wesprze ją Francja. Reszta Unii umywa ręce.

Na razie wojna między Stanami Zjednoczonymi a Rosją i jej syryjskim sojusznikiem Baszarem Asadem toczy się w cyberprzestrzeni. W środę Donald Trump zapowiedział, że amerykańskie rakiety wkrótce będą w drodze, „piękne, nowe i inteligentne". „Nie powinniście być partnerem Zwierzaka Zabijającego Gazem, który morduje swój naród i się z tego cieszy" – napisał prezydent. Nieco później dodał, że stosunki między Waszyngtonem a Moskwą nigdy nie były tak złe, nawet w czasach zimnej wojny.

Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow w odpowiedzi ostrzegł, że atak USA „zniszczy dowody", które pozwoliłyby ustalić, czy rzeczywiście doszło w sobotę do ataku chemicznego w miejscowości Duma.

Milczenie Polski

Coraz więcej wskazuje jednak na to, że Trump już bardzo szybko działania z cyberprzestrzeni przeniesie do realu. Prezydent odwołał wizytę w Ameryce Łacińskiej, w Waszyngtonie pozostał także szef Pentagonu James Mattis. Dodatkowym argumentem na rzecz interwencji okazał się też raport Światowej Organizacji Zdrowia, z którego wynika, że z powodu ataku chemicznego poszkodowanych jest aż 500 osób. Zaś europejska agencja kontroli lotów ostrzegła jeszcze we wtorek, że w ciągu nadchodzących 72 godz. ataki rakietowe mogą ograniczyć ruch samolotów cywilnych.

Niestety w tym trudnym momencie wśród europejskich sojuszników Ameryka może liczyć tylko na Francję. Udział Brytyjczyków w operacji stanął pod znakiem zapytania, gdy duża grupa posłów ostrzegła Theresę May, aby nie podejmowała żadnych decyzji bez zgody Izby Gmin. Podobna sytuacja w 2013 r. spowodowała, że David Cameron cofnął się przed uderzeniem na Syrię, gdy Asad także użył broni chemicznej. Tym razem torysi mają znacznie słabszą pozycję w parlamencie i borykają się z negocjacjami o brexicie. Zaś lider opozycyjnej Partii Pracy Jeremy Corbyn ostrzegł, że będzie głosował przeciwko interwencji.

Dlaczego Polska nie bierze udziału w operacji, która ma wymusić respektowanie zakazu użycia broni chemicznej, a więc kieruje się jak najbardziej humanitarnymi, wręcz chrześcijańskimi pobudkami?

Na pytanie „Rzeczpospolitej" o wsparcie przez Polskę uderzenia w Syrii biuro rzecznika MSZ oświadczyło, że „nie zapadła decyzja w tej sprawie".

– Nie sądzę, by Polska chciała ryzykować już całkiem otwartego konfliktu z Rosją, i to w obronie muzułmańskich Arabów – mówi „Rz" Dominique Moisi, założyciel Francuskiego Instytutu Spraw Zagranicznych (IFRI).

Tomasz Siemoniak, były szef MON, przyznaje naszej gazecie, że dzięki 48 f-16 Polska mogłaby teoretycznie wziąć udział w uderzeniu, choć nie rakietami manewrującymi jak Francuzi i Amerykanie. Ale jego zdaniem nie miałoby to sensu, bo kraj średnich rozmiarów leżący w newralgicznym miejscu musi bardzo ostrożnie szafować swoimi siłami. Zaś doświadczenie w Iraku nauczyło nas, że interesy Polski na Bliskim Wschodzie pozostają mocno iluzoryczne.

Ale w takiej postawie nie jesteśmy osamotnieni. Steffen Seibert, rzecznik rządu znacznie przecież potężniejszych Niemiec, oświadczył jedynie, że „ci, którzy są odpowiedzialni za atak chemiczny, powinni zostać postawieni przed wymiarem sprawiedliwości". Czy to pociąga jakiekolwiek działania ze strony Berlina, już nie sprecyzował. W pozostałych dwóch dużych krajach Unii, w Hiszpanii i we Włoszech, interwencja w Syrii w ogóle nie była przedmiotem debaty publicznej.

– Francja ma długą tradycję opierania swojego udziału w koncercie mocarstw na konkretnym działaniu. Co więcej, gdy w maju ub.r. Władimir Putin przyjechał do Wersalu, Macron ostrzegł, że użycie broni chemicznej przez Asada stanowi dla niego czerwoną linię. Teraz musi więc udowodnić, że jego słowa coś znaczą, tym bardziej że jako partnera ma gotowego do działania Trumpa, a nie Baracka Obamę, który się działania obawiał – mówi Moisi.

Ryzyko konfrontacji z Rosją

W niedawnym, obszernym wywiadzie dla „Rz" poprzednik Macrona Francois Hollande powiedział, że w sierpniu 2013 r. po użyciu broni chemicznej był gotowy użyć siły, ale nie wsparli go ani Amerykanie, ani Brytyjczycy.

– Niektórzy uznali to za oznakę słabości Zachodu. Mogłem wtedy zdecydować się na interwencję samej Francji, wojskowo to było do zrobienia. Ale z punktu widzenia politycznego Paryż nie mógł działać w pojedynkę, tym bardziej bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ – powiedział Hollande.

We wtorek w czasie wizyty w Paryżu saudyjski następca tronu, książę Mohammad bin Salman obiecał ograniczone wsparcia dla operacji w Syrii.

Francuzi szykowali się do uderzenia w tym kraju rakietami manewrującymi wystrzelonymi z odległości 400–900 km z myśliwców Rafale, fregaty „Aquitaine" lub łodzi podwodnych. Chodzi o to, aby nie ryzykować zestrzelenia samolotów nad samą Syrią przez bardzo nowoczesne rosyjskie systemy S-400. Podobnie zapewne wyglądałby atak Amerykanów: z portu w Larnace w kierunku syryjskiego wybrzeża płynie już niszczyciel „Donald Cook".

O ile jednak Macron zapowiedział, że ewentualne uderzenie będzie ograniczone do „zniszczenia chemicznego potencjału" Asada i nie będzie wymierzone ani bezpośrednio w syryjski reżim, ani w jego rosyjskich i irańskich sojuszników, to skala amerykańskiej interwencji może być znacznie szersza. Media w USA twierdzą, że Trump jest bardzo sfrustrowany „chirurgicznym" uderzeniem na Syrię w ub.r. Wówczas wiele amerykańskich rakiet nie trafiło w cel, a zaatakowana syryjska baza już po kilku dniach odzyskała zdolność do działania. Francuzi nie chcą też bezpośredniej konfrontacji z Iranem, bo w przeciwieństwie do USA wierzą w plan rozbrojenia nuklearnego Teheranu. Ale i tak ograniczony atak planowany przez Macrona niesie ryzyko odpowiedzi ze strony Rosji. Kreml ostrzegł, że nie tylko zestrzeli wszystkie rakiety lecące nad Syrią, ale i ich „wektory": okręty, samoloty czy łodzie podwodne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA