fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Andrzej Bryk - spór Polski z Komisją Europejską: pojęciowa wieża Babel

AdobeStock
Spór Polski z Komisją Europejską jest fundamentalnie sporem nie tylko polityczno-prawnym, ale ideologicznym, quasi-religijnym, w którym establishment unijny zamknął pojęcie Unii Europejskiej czy szerzej: Europy.

Jest też automatycznie jedną z odsłon współczesnej wojny o kulturę w społeczeństwach liberalnych. Polityka polskiego demokratycznie wybranego rządu stoi w sprzeczności, choć ewidentnie w ramach legitymowanych traktatowych działań, z dominującym kodem liberalno-lewicowym establishmentu unijnego, a także już dużej części zachodnich społeczeństw. Konflikt jest zatem sporem o rozumienie demokracji liberalnej, kształt trójpodziału władzy, rozumienie tolerancji i praw mniejszości, wolności religijnej, wolności słowa, wolności uniwersytetów, o rozumienie historii i prawo do pamięci. Problemy te definiowane są często w oparciu o pewne fundamentalne zasady antropologiczne i aksjologiczne będące podstawą ładu politycznego. Zasady te, np. dotyczące ideologii gender, określają bowiem całość życia społecznego, w tym wychowania rodzicielskiego, a zatem delegitymizują inne, np. antropologię chrześcijańską.

Są tylko heretycy

Z punktu widzenia europejskiego establishmentu obecne konflikty w UE to spór, w którym nie ma inaczej myślących, lecz jedynie heretycy mający przyjąć ortodoksję liberalnych elit pozostających jednocześnie poza wszelką kontrolą demokratyczną. W tym sporze wybory są rytuałem legitymowanym o tyle, o ile uzyskają ich sankcję. Czerpią oni bowiem swoją prawomocność do rządzenia z faktu, iż działają w imię postępu w historii, a zatem nie mogą się mylić, ponieważ w stawce jest jej ostateczne moralne zakończenie. To działanie teleologiczne, w którym cel wymusza doraźną politykę, a dyskusje prawne, jak z Polską, są drugorzędne. Pierwszym warunkiem sukcesu takiego projektu jest narzucenie ideologicznego języka definiowania rzeczywistości. Ma on kryminalizować inaczej myślących poprzez skojarzenie z najgorszymi moralnie wyobrażeniami. W konsekwencji dyskusja o faktach jest trudna, ponieważ stosujący ten język poruszają się w świecie utopii wyobrażeniowej, a zatem nieistniejacej.

Naród wymaga modernizacji

Nie da się dyskutować sensownie z ludźmi uważającymi, iż w Polsce panuje „dyktatura" zmierzająca do „faszyzmu", sytuacja „przypominająca tę z Niemiec po wyborach Hitlera". Według dziennikarza „Frankfurter Allgemeine Zeitung" reforma sądownictwa polskiego rządu przypomina czasy sowieckie, fraza użyta też w opinii Komisji Weneckiej, a jedyna różnica między sowieckim komunizmem a polskim narodowym konserwatyzmem to cele, ponieważ Lenin dążył do całkowitej władzy klasy robotniczej, podczas gdy PiS mówi o prymacie suwerenności narodu nad instytucjami. Lenin ustanowił oczywiście dyktaturę partii komunistycznej, a nie robotniczej, a wypowiedź w „FAZ" jest wyrazem niemieckiego myślenia politycznego po 1945 r., na które nigdy nie zdecydowałby się np. Amerykanin. Suwerenny naród zawsze we współczesnej liberalnej demokracji ma władzę nad instytucjami. Różnica polega jedynie na sposobie i modelu delegowania tej władzy poszczególnym instytucjom w trójpodziale władzy.

Korupcję języka widać u wiceprzewodniczącego KE Timmermansa traktującego uruchomienie procedury z art. 7 jako środek wyzwolenia Polaków z dyktatury, czy też u intelektualistów liberalno-lewicowych w „Deklaracji praskiej" porównujących sytuację w Polsce czy na Węgrzech z Turcją, Wenezuelą czy Rosją, a więc krajami masowych aresztowań i skrytobójczych mordów. To język uniemożliwiający rozmowę, porównywanie spraw z innych porzadków rzeczywistości, trywializujący jednocześnie prawdziwe tragedie. Lecz takie definiowanie rzeczywistości w Polsce powoduje nie tylko ignorancja. Stanowi ona problem, bo jako naród problematyczny, czekający na „emancypację" z wszelkich zacofanych więzów wspólnotowych, wymaga nie tylko modernizacji gospodarczej, ale i kulturowej, moralnej czy religijnej, by być przekształconym w prawdziwie „europejski" .

Źle się kojarzy

Argumentacja racjonalna staje się niemożliwa, ponieważ strony mówią różnymi językami, z unijnym establishmentem operującym w kręgu nieweryfikowalnych założeń ideologicznych, których pełna realizacja jest koniecznością historyczną, a opierający się mają być z Unii usunięci. Stąd dla socjalisty Martina Schultza Polska albo się podporządkuje, albo ma być usunięta. Dla dziennikarza Berndta Riegerta sankcje gospodarcze dają nadzieję „że elektorat w Polsce za dwa lata będzie wiedział, jak odsunąć od władzy narodowych konserwatystów". To wypowiedź pełna niemieckich obsesji. Użycie słowa „narodowo-konserwatywny" czy „suwerenny naród" natychmiast przywołuje widmo Hitlera.

Tymczasem w Polsce kojarzy się przede wszystkim z walką o wolność, a nie zniewoleniem, jeśli terminom tym nadaje się znaczenie nie ze słownika rebeliantów z 1968 r. To dwa światy. Świat ideologii postępu według post-1968 r. antropologii liberalno-lewicowej wrogiej w dużej części antropologii chrześcijaństwa i świat kultury polskiej opartej wciąż na tych wartościach. Jest to widoczne w tle tego konfliktu nie mniej niż dyskusyjne kwestie prawnotraktatowe. W obecnej krytyce Polski nie jest w istocie ważne, co aktualny demokratyczny rząd mniej lub bardziej udolnie robi, co zostanie poddane weryfikacji w następnych wyborach. Idzie także o to, czym Polska jest jako wspólnota kultury, którą należy zmienić. A to się w Polsce, i słusznie, bardzo niedobrze kojarzy.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA