fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Akademia w ruinach. I jej odrodzenie

„Hypatia aleksandryjska” – obraz Alfreda Seiferta
AFP
Jakie wydarzenie możemy uznać za symboliczny koniec epoki antycznej? Na pewno nie śmierć Hypatii.

Tym razem zacznę od słusznego łomotu, jaki dostałem niegdyś od kochanej profesor Dzielskiej, gdy przejęty wizją śmierci Hypatii aleksandryjskiej napisałem, że jej (Hypatii, nie Dzielskiej) kamienowanie było symbolicznym końcem świata antyku. Wywód był jasny, a teza oczywista: po rozszarpaniu filozofki przez tłuszczę mnichów nitryjskich i publicznym spaleniu jej szczątków na przedmieściach Aleksandrii, zwanych Kynarion, miały nastać wieki ciemne, czyli – innymi słowy – średniowiecze. Zgrabny skrót myślowy i niebanalna metafora przełomowego roku 415 po Chrystusie, z tą jednak drobną wadą, że nieprawdziwa. Jak się miało okazać, tej pociągającej historiozoficznej figurze dałem się uwieść nie tylko ja, ale także Alejandro Amenábar, reżyser odrobinę niedocenionego filmu „Agora" (2009), którego bohaterką była właśnie aleksandryjska filozofka.

Profesor Dzielska zbuntowana przeciw swoim czytelnikom (obaj przyznawaliśmy się do lektury „Hypatii z Aleksandrii" Marii Dzielskiej) gestem znanym z pewnego fresku w Kaplicy Sykstyńskiej stanowczo odesłała nas do źródeł. Jeśli bowiem nawet ktoś kiedyś miał prawo do stworzenia takiej metafory końca antyku, to obowiązkiem czytelników Dzielskiej jest podążanie za historyczną prawdą, a nie kłanianie się stereotypom, o historycznej prawdzie zaś rozstrzygają badania archeologów i ustalenia historyków. To dzięki nim mamy szansę wiedzę aktualizować, a poglądy zmieniać. W drażliwej kwestii śmierci Hypatii zmieniło się tyle, że badacze odkryli ruiny akademii datowane na długo po jej kamienowaniu, co jest dowodem na to, że aleksandryjski ośrodek intelektualny buzował dużo dłużej, niż wcześniej zakładano. Trudno więc wciąż uparcie twierdzić, że antyczną tradycję myślenia spalono wraz z Hypatią. Zapewne była więc w większym stopniu ofiarą ówczesnej polityki niż zwycięskiego chrześcijaństwa, które niczym walec miało się przetaczać przez popadające w ruinę ostatnie ośrodki myśli starożytnej.

Był początek V wieku po Chrystusie. Ośrodek aleksandryjski wciąż był aktywny i wciąż krzewiący myśl następców Platona. Nieco dalej na zachód, w Kartaginie, również królował neoplatonizm, a w nieodległej Hipponie, dzięki biskupowi tego miasta Augustynowi, urastał właśnie do rangi intelektualnego fundamentu chrześcijaństwa, który tworzył przez prawie tysiąc lat. Mimo że Rzym w tamtym czasie nie doczekał się szkół na miarę Aleksandrii, a w podbitej Grecji zamknięto stworzony przez Arystotelesa Lykeion, poważne ośrodki intelektualne rozwijały się w Syrii, a wśród rozproszonych neoplatoników kiełkowała myśl o ożywieniu akademii w Atenach. W istocie tak się stało. Potrzeba było kilku barbarzyńskich najazdów i Augustyna, by odnowiona Akademia Platońska znów zaczęła zapraszać w swoje progi spragnionych filozofii rzymskich poddanych. Akademia istniała przez kolejne półtora wieku. Nierozumnie nękana przez Justyniana, zamknięta na dwa lata (uczeni przenieśli się na ten czas do Persji), znów się odrodziła, by skonać ostatecznie ok. roku 560 po Chrystusie.

Po co ten wywód? Czy tylko po to, by pokazać korzenie humanistycznego myślenia, które legło u podstaw naszej cywilizacji? Na pewno nie po to. Nie po to także, by inspirować peregrynacje po ruinach Aleksandrii, Antiochii czy Aten. Mam wrażenie, iż ta opowieść (z pointą, która za chwilę) jest najlepszym dowodem, że potrzeba humanizmu jest silniejsza niż wszyscy jej wrogowie razem wzięci. Wychodzi z wewnętrznej potrzeby dyskursu, wiecznego kwestionowania oczywistych prawd i przyjętych stereotypów. Z potrzeby wolnego myślenia per se. I nie przemogą jej ani wola władców, ani zaborcze religie. Władców zainspiruje, a w religie się wtopi i da im szansę przetrwania. Najlepszym dowodem chrześcijaństwo. Przemoże również schematy myślowe, o co dopominała się, grożąc palcem, profesor Maria Dzielska.

Dostrzegamy pewien kryzys humanistyki. Inżynierowie współczesności zdają się znów jej nie doceniać, stawiając na jej miejscu solidne nauki praktyczne. Ano nie pchną ludzkości do przodu nawet najlepiej wykształceni technicznie ślusarze, murarze, lekarze, prawnicy, programiści, bo świat pcha do przodu ludzka myśl dyskursywna, czyli humanistyka. Wypchniesz ją ze szkół, wróci w literaturze. Będziesz próbował zabić budżetem, odezwie się głosem niespodziewanego następcy. Ano w istocie zaburzono ciągłość trwania akademii w końcu wieku VI (to obiecana pointa). Zlikwidowano Akademię Platońską, a afrykańskie ośrodki intelektualne pochłonął potop barbarzyństwa i wojującego islamu. Jednak przetrwały „wyspy". Archipelag klasztorów, muzułmański „Dom Mądrości" w Bagdadzie, Al-Azhar w Kairze, uczelnia Magnaura w Konstantynopolu, kilka jeszcze innych enklaw, które dziedziczyły tradycję, by przenieść ją w przyszłość. Przeniosły. Zgaszony płomyk akademizmu eksplodował światłem u progu nowego tysiąclecia najpierw w Bolonii, Paryżu, Oksfordzie, Modenie i Salamance. Narodziły się uniwersytety. Trwają po dziś dzień. I jest to fenomen nie do pokonania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA