fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Terlikowski: Trwa proces rozmywania sprawy kard. Gulbinowicza

Kard. Henryk Gulbinowicz
Tomasz P. Terlikowski: Dla ofiar samo opowiedzenie swojej historii jest traumą, jej ujawnienie zaś nie tylko wzmaga ten ból, ale także wystawia na nieprzychylne komentarze, ataki, podważanie wiarygodności. Na zdjęciu kard. Henryk Gulbinowicz.
Fotorzepa/ Grzegorz Hawalej
Trwa proces rozmywania odpowiedzialności i podważania decyzji Watykanu w sprawie kard. Henryka Gulbinowicza – pisze publicysta katolicki.

Wrocławskie elity ruszyły do obrony „swojego" kardynała. Smutnym tego przykładem jest opublikowany 30 listopada w „Rzeczpospolitej" tekst mecenasa Krzysztofa Bramorskiego. Decyzje Stolicy Apostolskiej są jasne. Zarzuty wobec kardynała Henryka Gulbinowicza były na tyle poważne i na tyle wiarygodne, że zdecydowano się – po wstępnym dochodzeniu – zastosować wobec niego poważne dyscyplinarne ograniczenia. Choć nie są one karami w sensie prawnokanonicznym, to część z nich ma charakter nieodwołalny (by wymienić tylko zakaz pochówku i pogrzebu w archikatedrze), co oznacza, że i prowadzący dochodzenie metropolita warszawski, i Stolica Apostolska uznali, że sprawa jest na tyle poważna, że nie wolno jej odkładać.

Komunikat nuncjatury apostolskiej wskazuje, że decyzje zostały podjęte na podstawie analizy „oskarżeń wysuwanych pod adresem kard. Henryka Gulbinowicza oraz po przeanalizowaniu innych zarzutów dotyczących kardynała". Jakie to zarzuty? Pierwszy pojawił się w filmie braci Sekielskich zarzut poręczenia za oskarżonego o przestępstwa seksualne księdza K. To za sprawą owego poręczenia został on wypuszczony z aresztu, a potem bliscy współpracownicy kardynała – biskupi Janiak i Tyrawa – załatwili księdzu przeniesienie do nowej diecezji, gdzie mógł on dalej wykorzystywać nieletnich.

Zaraz po emisji „Tylko nie mów nikomu" w jednym z dzienników historię swojego molestowania w wieku nastoletnim opowiedział Karol Chrum. Później historycy IPN, profesorowie Rafał Łatka i Filip Musiał, opublikowali pracę na temat „kontaktów operacyjnych" kardynała z bezpieką, zawierającą także informacje o jego homoseksualizmie i nadużyciach z nim związanych. Tyle „twardych" medialnych zarzutów, do których mogli odnieść się kościelni „śledczy". Ale – co Bramorski zbywa wzruszeniem ramion – od lat tak we Wrocławiu, jak i poza nim mówiło się o zaskakujących zachowaniach kardynała wobec młodych księży, kleryków i świeckich.

Zero tolerancji

Zarzuty te zarówno sygnatariusze listu w obronie kardynała, jak i sam mecenas Bramorski doskonale znają. A mimo to decydują się wszystkie je podważać. Z tekstu mecenasa możemy się więc dowiedzieć, że decyzje ws. kardynała zostały podjęte na podstawie „wyłącznie jednej relacji" i to do tego, zdaniem prawnika, mało wiarygodnej. Tyle że Stolica Apostolska od czasów pontyfikatu św. Jana Pawła II głosi zasadę „zero tolerancji", co oznacza, że jedna taka sprawa wystarczy do decyzji nie tylko administracyjnych, ale także karnych. Zarzuty wobec Theodore'a McCarricka także na początku formułowała jedna osoba. Musiał minąć czas, by zaczęły zgłaszać się kolejne.

Tak było zresztą w ogromnej większości przypadków. Im mocniejsza, bardziej zdecydowana była obrona hierarchy kościelnego, im więcej lokalnych autorytetów broniło go, im szczelniejszy był lokalny system kościelno-politycznych układów, tym później owe ofiary się ujawniały. A dotyczy to zarówno ofiar nieletnich, jak i bezbronnych dorosłych. W Poznaniu, choć wina arcybiskupa Juliusza Paetza została już uznana, nadal nie ujawniły się publicznie jego ofiary. Kapłani i klerycy, którzy byli przez niego molestowani, nie chcą o tym mówić, także dlatego, że tuż po decyzji Stolicy Apostolskiej i tam pojawiły się wielkie listy poparcia świeckich i duchownych autorytetów dla „niewinnie szkalowanego" arcybiskupa.

We Wrocławiu jest podobnie. Nie jest łatwo wystąpić przeciwko byłym prezydentom, najważniejszym politykom miasta, autorytetom z różnych stron i powiedzieć: tak, byłem molestowany. Nie jest łatwo, szczególnie że jak widać, natychmiast rzesze prawników, dziennikarzy, ekspertów zaczną zadawać rzekomo uszczegółowiające pytania: dlaczego dopiero teraz, a nie wcześniej? A czy przypadkiem pokrzywdzony jest wiarygodny? Wszystkie te mechanizmy przerobiono i w Wiedniu w sprawie kard. Hansa Hermana Groëra, i w Waszyngtonie w sprawie kard. Theodore'a McCarricka, i w wielu wielu innych.

To właśnie dlatego, że znamy mechanizmy takiej obrony Kościół tak mocno w nowych dokumentach kładzie nacisk na „akcję preferencyjną" na rzecz ofiar. Istotna jest w takich sprawach także ogromna dyskrecja. Dla ofiar samo opowiedzenie swojej historii jest traumą, jej ujawnienie zaś nie tylko wzmaga ten ból, ale także wystawia na nieprzychylne komentarze, ataki, podważanie wiarygodności.

Heteroseksualnemu mężczyźnie trudno jest wyznać, że był on homoseksualnie molestowany czy wykorzystywany. Obawia się wtórnej wiktymizacji, ale także pytań, jakie mogą być zadawane, czy przypadkiem nie czerpał on korzyści z tego, co się wydarzyło. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to polecam zapoznanie się z komentarzami odnośnie akcji #MeToo. Wiele kobiet, które opowiadało swoje historie, było oskarżanych o to, że wcześniej czerpało pewne korzyści z tego, co się wydarzyło. Jeśli ktoś sądzi, że w przypadku kapłanów będzie inaczej, albo że nie będzie się wyszukiwać dziesiątków haków, żeby wiarygodność takiego kapłana podważyć, to niech zapozna się jeszcze raz z tekstem mecenasa Bramorskiego, albo przypomni sobie ataki niedawno zmarłego ks. Makulskiego na księdza i zakonnika, który go oskarżył. To uświadamia, z jakim „systemem" musi zmierzyć się ofiara. I dlatego czasem tak długo trwa proces ujawniania kolejnych ofiar.

Układ broni sam siebie

Ale w tekście mecenasa Bramorskiego istotny jest jeszcze jeden element. Otóż, tak się składa, że jest on bardzo typową obroną interesów układu, który przez lata nie pozwalał na wyjaśnienie pewnych zarzutów, zastrzeżeń wobec kardynała. Jako jeden z autorytetów cytowany jest prof. Włodzimierz Suleja, który ostro i zdecydowanie krytykuje Łatkę i Musiała za to, że wyciągają wnioski z dokumentów. I może zostawiłbym polemikę między historykami samym historykom, gdyby nie kilka faktów, które zdołaliśmy już w minionych tygodniach poznać.

Wiedza na temat „dialogu operacyjnego" kardynała z bezpieką, a także opisów jego homoseksualnych inklinacji i zachowań, była znana w IPN – co potwierdzają nie tylko autorzy najnowszej publikacji, ale także profesorowe Sławomir Cenckiewicz i Jan Żaryn już w roku 2006. Tyle że wtedy właśnie pod naciskiem m.in. prof. Sulei, wówczas szefa wrocławskiego IPN, nie opublikowano części znanych już dokumentów, podważających obraz „kardynała niezłomnego" i ocenzurowano – nawet te publikowane dokumenty, w których mowa była o „homoseksualnych inklinacjach". I to właśnie na podstawie owych dokumentów nie tylko przyznano kardynałowi status pokrzywdzonego, ale także przez lata budowano mit jego niezłomności.

Czy to, co wiemy obecnie, całkowicie go podważa? Niekoniecznie, ale na pewno możemy powiedzieć, że obraz ten staje się bardziej zniuansowany. A do tego – to już personalny zarzut do tych, którzy wówczas uniemożliwili poznanie całej prawdy – to właśnie oni sprawili, że kardynał nie mógł się do owych zarzutów odnieść i opowiedzieć o tym, jaka jest jego wersja tamtych wydarzeń. Gdyby nie tamte decyzje, wiele spraw mogłoby zostać już dawno wyjaśnionych.

Długa droga do Wrocławia

To samo odnosi się do innych pojawiających się w przestrzeni publicznej zarzutów. Jeśli informacje o nieodpowiednich zachowaniach kardynała (zastrzegam, że nie mówię o pedofilii, bo ten zarzut pojawił się później) docierały nawet do Warszawy, to trudno nie zadać pytania, czemu nie trafiały do autorytetów we Wrocławiu?

A może byli prezydenci miasta, historycy, opozycjoniści nie słyszeli nic, bo gdyby usłyszeli, to pewnie by sprawdzili, a że nie sprawdzili, to nie mogli usłyszeć? Tak, trochę sobie kpię, bo ten sam argument, że nikt nic nie widział, a nawet jak widział, to nie zobaczył, słyszałem w przypadku ks. Henryka Jankowskiego, gdzie wiele osób widziało na plebanii młodych mężczyźni, ale nikt nie wyciągnął z tego wniosków. Podobnie było z Theodore'm McCarrickiem – sekretarz widział, że w jego sypialni śpią młodzi mężczyźni, ale myślał, że to taka męska przygoda. Może więc zamiast atakować tych, którzy wyjaśniają sprawę kard. Gulbinowicza, warto zadać samemu sobie pytanie o to, dlaczego samemu się tego nie robiło?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA