fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Chwedoruk: Protesty klasy średniej

Fotorzepa, Darek Golik
Większość najmłodszych uczestników życia politycznego jest tak naprawdę poza sporem między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską i jest w stanie włączać się w niego tylko okazjonalnie – mówi Katarzynie Płachcie Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Rzeczpospolita: Podwójne weto prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa załagodziło spór wokół planowanej w Polsce reformy sądownictwa. Zakończyło także masowe protesty przeciwko tym projektom, choć manifestanci zapowiadali, że ich celem było potrójne weto i manifestacje nie ustaną. Dlaczego te protesty jednak ucichły?

Dr hab. Rafał Chwedoruk: Byłbym raczej zaskoczony, jeśli te protesty nadal by trwały. W przypadku demonstracji społecznych stykają się zupełnie różne porządki. Z jednej strony mamy do czynienia z grupami obywateli, którzy spontanicznie wychodzą na ulice. Z drugiej strony w tle przewija się też czynnik instytucjonalny, czasami partyjny, który zapewnia protestom zainteresowanie medialne i środki nagłaśniania sprawy. Jednak często to, co pojawia się nagle i jest spontaniczne, łatwo traci swoją dynamikę, a protest po prostu wygasa. W Polsce takie sytuacje obserwowaliśmy już wielokrotnie w ostatnich latach, na przykład w sprawie demonstracji przeciwko ACTA, które szybko porwały tysiące ludzi, a na ostatnie manifestacje przychodziło już tylko około 200 narodowców i anarchistów. Poza tym protesty wygasają, kiedy ich uczestnicy uznają, że cel został osiągnięty, albo kiedy mają świadomość, że nic więcej nie są już w stanie zdziałać. W przypadku demonstracji przeciwko reformie sądownictwa dla części uczestników mógł zajść właśnie ten pierwszy warunek – w niekonwencjonalny sposób zaingerowali w proces decyzyjny i to przyniosło skutek. I pozostaje jeszcze sprawa tożsamości protestujących.

Co ma pan na myśli?

Głównym czynnikiem napędowym opozycji, w tym także protestów, jest sprzeciw wobec rządów Prawa i Sprawiedliwości. Mimo tego, że demonstracje pojawiły się w różnych częściach kraju, nie ulega wątpliwości, że dotyczyły one głównie wielkomiejskiej klasy średniej. To grupa, która jest zainteresowana konsumpcją. W ich życiu wszystko dzieje się szybko, więc tak szybko, jak coś się u nich pojawia, tak też i znika. Dlaczego na proteście miałoby być inaczej i dlaczego protest miałby to przełamać? Poza tym liberalni wyborcy w Polsce przez 25 lat byli socjalizowani w duchu niechęci i dystansu wobec protestów, czyli zachowań ulicznych przypisywanych raczej związkom zawodowym, Andrzejowi Lepperowi czy kibicom piłkarskim. Teraz nagle to wszystko ma być odwrócone? Myślę, że dla istotnej części tych osób to jest zjawisko przyjmowane dość ambiwalentnie, do którego mogą się przyłączyć na chwilę, pod wpływem emocji. Jednak nie są grupą społeczną skłonną na trwałe zaakceptować tego typu działania.

Jaki ślad w społeczeństwie pozostawiły po sobie te masowe protesty?

Po raz kolejny umocniły one istniejący podział. Wykreował się on między dwoma grupami: konserwatywno-socjalną oraz liberalno-wielkomiejską. Zapewne nie będzie on wieczny, ale na razie jest dominujący i nie rozgrywa się wyłącznie na poziomie partii. Moglibyśmy nazwać Platformę i PiS w inny sposób, zmienić liderów tych ugrupowań, a i tak póki nie zajdzie duża zmiana pokoleniowa wśród wyborców, nadal będzie trwał spór, który obserwujemy dziś. Ale migawki telewizyjne i poboczne obserwacje nie powinny być zbyt łatwo nanoszone na całe społeczeństwo. To prawda, że widzieliśmy kilka czy kilkanaście tysięcy osób zgromadzonych w bardzo ważnym momencie w jednym miejscu, ale nie oznacza to, że większość obywateli była tam z nimi duchem. Nie nastąpiły nagłe i gwałtowne przesunięcia sympatii politycznych. To tylko niewielki wycinek rzeczywistości – odzwierciedlenie głębszych podziałów politycznych i społecznych, a nie obraz, który wyczerpuje to, co dzieje się w Polsce.

A co z potencjałem młodych ludzi, którzy uczestniczyli w tych manifestacjach?

Protest społeczny nie jest zjawiskiem, które można zmierzyć statystycznie. Nawet jeśli jest organizowany odgórnie, zawsze będzie miał w sobie element pewnej spontaniczności i żywiołowości. Dlatego nie możemy mieć pewności, jaki procent manifestujących przeciwko niedawnej reformie sądownictwa stanowili młodzi ludzie. Podział, który biegnie przez polskie społeczeństwo, pokazuje, że we wszystkich grupach znajdziemy zwolenników różnych partii, oczywiście w różnych proporcjach. Zatem siłą rzeczy także po stronie liberalnej opozycji znajdują się młodzi, a to, że w czasie protestów częściej pojawiali się na ekranach telewizorów, mogło wynikać chociażby z tego, że mamy wakacje. Choć nie ulega wątpliwości, że PiS rzeczywiście straciło poparcie młodych wyborców, co wskazują niektóre przeprowadzone niedawno badania.

Czy to efekt protestów?

Nie do końca. Myślę, że w pierwszej kolejności wynika to z tego, że PiS jest partią rządzącą. Młodzież zawsze będzie traktowała władzę z dystansem. Ponadto warto cały czas mieć przed oczami wyniki wyborów wśród najmłodszych w ostatnich latach. Gdyby decydowali tylko wyborcy przed trzydziestką, to w polskim Sejmie liderem byłby Paweł Kukiz. Brylowałby też Janusz Korwin-Mikke. Dopiero na trzecim miejscu byłoby PiS, partie liberalne tuż za nim, a Polskie Stronnictwo Ludowe i Sojusz Lewicy Demokratycznej mogłyby zapomnieć o swoim istnieniu. Sądzę, że większość najmłodszych uczestników życia politycznego jest tak naprawdę poza sporem między PiS a Platformą i jest w stanie włączać się w niego tylko okazjonalnie. Wykazują zainteresowanie raczej konkretnymi problemami aniżeli silną identyfikacją z którąś ze stron politycznej rywalizacji.

Czy nie podobnie było w przypadku tzw. czarnych protestów w październiku ubiegłego roku?

Te sytuacje rzeczywiście są do siebie podobne. Można nawet zapytać, kto pamięta dzisiaj o czarnym proteście? A z niego też publicyści wyciągali czasami zbyt daleko idące wnioski. Jednak sytuacja była trochę inna w swojej politycznej genezie. Wtedy PiS absolutnie nie planował zajęcia się aborcją. To była inicjatywa podsunięta z zewnątrz i niejako przeciwko partii rządzącej, która po prostu unikała trudnego dla siebie dylematu politycznego. Teraz było inaczej, bo to przecież właśnie działania PiS wprost doprowadziły do manifestacji.

Czy ludzie wyjdą na ulice, kiedy rozpocznie się ponowna debata nad reformą sądownictwa?

Na pewno takie demonstracje będą miały miejsce. Ale trzeba też pamiętać, że w dzisiejszym społeczeństwie trudno jest utrzymać stałe zaangażowanie obywateli w protesty. Chyba że na trwałe podejmie się takie działania, jakie obserwowaliśmy niegdyś na Ukrainie, a które teraz prowadzone są w Wenezueli. W obu przypadkach pojawiły się podmioty zewnętrzne z kręgu gospodarczego, wielkich partii politycznych, grup lobbystycznych czy aparatu siłowego, które generowały odpowiednie środki finansowe i zasoby organizacyjne, bo były zainteresowane tym, żeby manifestacje trwały jak najdłużej. Pozostaje tylko pytanie, czy wtedy jest to jeszcze protest społeczny, czy po prostu forma walki politycznej, która prowadzona jest często bez liczenia się z ograniczeniami natury prawnej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA