fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo karne

Marek Zagórski: Przemoc rówieśnicza była, jest i raczej będzie

Marek Zagórski
tv.rp.pl
Jedno jest pewne: od technologii nie ma odwrotu. Pytanie, co zrobić, by minimalizować zagrożenia, jakie się z tym wiążą – zastanawia się Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Z uwagi na stan zagrożenia epidemicznego uczniowie nie chodzą do szkoły. Uczą się zdalnie. W praktyce oznacza to, że wiele godzin spędzają przy komputerze – nie tylko na edukacji, ale też przeglądając zasoby. Czy dzieci są bezpieczne w sieci?

Trzeba mieć świadomość, że świat wirtualny nie różni się zasadniczo od tego rzeczywistego. Trudno więc stawiać jednoznaczne oceny. Mówienie o stuprocentowym bezpieczeństwie byłoby nadużyciem, ale też nie oznacza to, że nie są bezpieczne. Można powiedzieć, że co do zasady dzieci są bezpieczne. Musimy natomiast wiedzieć, że narażone są w sieci na wiele niebezpieczeństw. I problem ten z roku na rok narasta.

Dlaczego?

Badania NASK Nastolatki 3.0 pokazują, że statystyczny młody użytkownik jest w sieci ponad cztery godziny dziennie. Dla porównania – dwa lata temu były to tylko dwie godziny. Do tego trzeba dodać dostęp do technologii, co oznacza, że ten statystyczny nastolatek praktycznie cały czas jest online. U młodych osób jest to bardzo intensywne, one równocześnie funkcjonują w dwóch światach. A im więcej są online, tym mocniej są narażone na zjawiska negatywne, które często są odzwierciedleniem negatywnych zjawisk w rzeczywistości fizycznej.

Takie jak przemoc czy jej odbicie w internecie – cyberprzemoc. Badania pokazują, że cyberprzemocy doświadcza już nawet co trzeci nastolatek w Polsce. To ogromna skala.

Przemoc rówieśnicza zawsze była, jest i niestety będzie. Każdy jej doświadczył lub był jej świadkiem w szkole lub na podwórku. Tyle że była przemocą rówieśniczą w realu, a teraz te działania przeniosły się do sieci. I czasami trwa 24 na dobę.

A skoro nastolatki są całą dobę online, to trudno im od cyberprzemocy uciec. Wielu z nich wydaje się wtedy, że jedyną ucieczką jest śmierć. Stąd m.in. taka skala samobójstw wśród nastolatków.

Taki problem się oczywiście pojawia, ale nie demonizujmy. Na szczęście nie każdy nastolatek, którego dotyka przemoc w sieci, od razu ma myśli samobójcze. Ale trzeba mieć świadomość tego zjawiska. Kiedyś, gdy ktoś na podwórku dokuczał dziecku, mogło uciec do domu i poczuć się bezpiecznie. Teraz nie może się odizolować i nabrać dystansu do negatywnych działań. Dlatego chcemy uświadomić rodzicom, że obecność dziecka w domu nie oznacza, że wszystko jest w porządku. To ułuda bezpieczeństwa. Jeśli dziecko jest szykanowane w szkole, to nie tylko na lekcjach czy na przerwie, ale także w sieci. W internecie te wszystkie zjawiska są dużo bardziej intensywne. Docierają do dużo większej liczby osób i zdecydowanie szybciej. Rodzice powinni o tym wiedzieć.

Cyberprzemoc rówieśnicza to zjawisko, które dotyka dzieci nastoletnich. Ale maluchy też coraz częściej korzystają z internetu. A nie są do tego przygotowane w żaden sposób.

To prawda, dzieci bardzo wcześnie mają dostęp do sieci niekontrolowany przez nikogo. Badania pokazują, że już roczne czy dwuletnie maluchy dostają tablet do ręki. Rodzice rzadko kiedy to kontrolują. A przecież nawet przypadkowa możliwość wejścia w niebezpieczne rejony sieci jest ogromna.

Na co dziś narażone są nastolatki, ale też młodsze dzieci?

To zagrożenia takie jak patostreaming, pedofilia, seksting... Ale groźne są też różnego rodzaju uzależnienia, takie jak np. syndrom FOMO, czyli strach przed pominięciem czegoś ważnego w sieci. To się dziś nasila. Skutkiem takiego używania internetu bywają stany lękowe czy depresyjne. A rodzice nie mają pojęcia, skąd to się bierze.

Jeśli dziecko o tym nie powie, rodzice szybko się nie dowiedzą.

Bo też niespecjalnie interesują się zagrożeniami płynącymi z sieci. Podam przykład: kiedy dziecko pierwszy raz idzie na imprezę, rodzice chcą wiedzieć, gdzie będzie, kiedy wróci. Martwią się, czy jest bezpieczne. Nie są świadomi, że smartfon czy tablet to jak wypuszczenie na imprezę. Dziecko może się nie upije, ale oddziaływanie zjawisk, które są w sieci, może spowodować spustoszenie większe niż pierwszy, niekontrolowany alkohol wypity przez nastolatka.

Dlaczego rodzice tak to bagatelizują?

Rodzicom się wydaje, że to, co dzieci robią w sieci, jest mało istotne. Bardziej interesuje ich to, co dzieje się w realnym świecie. Jeżeli np. dwaj chłopcy się pobiją, zaraz robi się z tego problem. Jeśli jednak wyzywają się w sieci, rodzice często machają na to ręką. A agresja słowna może być równie dotkliwa dla młodej psychiki jak bójka. Rozwiązanie jest jedno: rozmowa z dzieckiem. I świadomość, że takie zagrożenia istnieją.

Rodzice także tłumaczą, że nie znają się na nowych technologiach.

To akurat nie ma większego znaczenia. Znajomość technologii nie jest potrzebna, by mieć dobry kontakt z dzieckiem. Zresztą, nie ma potrzeby, by się z nimi ścigać na biegłość w korzystaniu z technologii, bo najważniejsze, by z dzieckiem rozmawiać i interesować się jego problemami. Tymczasem rodzice często tego nie dostrzegają. W badaniach NASK brali udział także rodzice. I okazało się, że nie mają świadomości, jak dużo ich pociechy korzystają z sieci. Zdaniem rodziców są online do godz. 22, a w rzeczywistości bywa, że nawet całymi nocami. Rodzice nie korzystają też, choć mogą, z aplikacji do kontroli rodzicielskiej.

To wystarczy?

Nie. Najlepszą „aplikacją" chroniącą dzieci przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami, również tymi z sieci, jest rozmowa. Jeżeli idziemy z nimi na spacer, bawimy się, gramy w pikę czy spędzamy wspólnie czas, trzeba pytać, co robią w internecie. To jest pierwszy element dbałości o bezpieczeństwo dzieci w sieci.

My staramy się dużo o tym mówić, ale też zwracać uwagę i reagować, jeśli jest taka potrzeba. Proszę pamiętać, że część zjawisk, o których rozmawiamy, jest penalizowana. Mówimy też o tym, że potrzebne są rozwiązania, które ograniczą takie zjawiska jak patostreaming.

W jaki sposób państwo pomaga chronić dzieci przed cyberzagrożeniami? Wciąż nie ma skutecznych mechanizmów chroniących dzieci np. przed pornografią w sieci. Samo pytanie o wiek przed wejściem np. na strony zawierające treści pornograficzne to za mało.

Bez wątpienia tu jest potrzebne działanie. Można próbować różnego rodzaju mechanizmów. Od najprostszych, jak np. wspomniana blokada rodzicielska, po bardziej zaawansowane. Nad tymi pracuje specjalny zespół przy Ministerstwie Rodziny.

Jakiś czas temu mówił pan o blokadzie stron zawierających treści nie dla dzieci na poziomie wyszukiwarek.

Pomysłów jest wiele. Technicznych możliwości również, ale pozostaje jeszcze kwestia wolności w sieci. To dla nas bardzo istotne, dlatego ta sprawa jest tak skomplikowana. Po to właśnie powstał zespół w Ministerstwie Rodziny, by wypracować rozwiązanie, które znajdzie odpowiedni balans między ochroną dzieci a wolnością w sieci. I nie będzie dawało podstaw do oskarżeń o cenzurowanie sieci.

Jakieś inne pomysły?

Tak jak mówię – pracuje nad nimi zespół.

Kiedy wspomniał pan o blokadzie stron z treściami porno, podniosła się wrzawa.

Kompletnie tego nie rozumiem, bo celem, z którym chyba wszyscy się zgadzają, jest ograniczenie niekontrolowanego dziś dostępu dzieci do treści dla nich nieodpowiednich. By wprowadzić takie rozwiązania, muszą być one wypracowane w konsensusie i w spokoju. I podkreślam, nie mówimy o blokadzie, ale o ograniczonym dostępie, i to tylko dla osób nieletnich.

Trudno się dziwić, skoro dorośli być może będą musieli się tłumaczyć, że chcą otrzymać dostęp do stron pornograficznych.

To piramidalne nieporozumienie. Nikogo nie interesuje, co oglądają w sieci dorośli. Powtórzę jeszcze raz – chodzi o znalezienie rozwiązania, które będzie chronić dzieci, które z jednej strony ograniczy niekontrolowany dziś dostęp dzieci do treści pornograficznych w sieci, a z drugiej będzie respektować anonimowość. Przy czym wszyscy wiedzą, że nawet najdoskonalsze narzędzie nie wyeliminuje problemu całkowicie. Rozmawiamy o tym, by go ograniczyć.

No ale i tak będą gromadzone dane, że Kowalski poprosił o możliwość korzystania ze stron „dla dorosłych". Ludzie nie chcą, by państwo wszystko o nich wiedziało.

Nie zakładamy gromadzenia tego typu danych. Ale skoro już pada taki nieuzasadniony zarzut, to warto zwrócić uwagę, że ci sami, którzy go podnoszą, sugerując niecne zamiary państwa, równocześnie nie widzą problemu w udostępnianiu danych, często wrażliwych, prywatnym korporacjom. A przecież dla administratorów komercyjnych platform to kopalnia wiedzy.

Wierzy pan, że da się skutecznie zablokować strony pornograficzne na poziomie wyszukiwarek? Ich jest przecież bardzo dużo.

Powtórzę jeszcze raz to, o czym mówię od samego początku, bo najwyraźniej nie wszyscy zrozumieli: to jedna z możliwości. Co więcej, w największej wyszukiwarce już teraz jest możliwość ustawienia odpowiednich filtrów. Czy wyszukiwarek jest wiele? I tak, i nie. Owszem, jest ich wiele, ale przecież doskonale wiemy, że tak naprawdę liczą się trzy i to one dzielą między siebie praktycznie cały rynek. No więc powtarzam: nad rozwiązaniami pracuje specjalny zespół w Ministerstwie Rodziny. I chyba dla wszystkich jest jasne, że zjawiska nie da się wyeliminować w stu procentach, bo jeśli ktoś będzie chciał zabezpieczenia obejść, na pewno to zrobi. Nam jednak chodzi o ograniczenie patologicznego zjawiska. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie bronił nieograniczonego dostępu dzieci, podkreślam, dzieci, do pornografii.

Może szkoła powinna w pierwszej kolejności skupić się na uczeniu dzieci bezpieczeństwa w internecie? Czy uważa pan, że powinien być dodatkowy przedmiot w szkołach?

Bez wątpienia. To jest poza dyskusją. Elementy cyberhigieny powinny być omawiane na zajęciach związanych z nauczaniem informatyki, ale też na lekcjach wychowawczych. Trzeba dać narzędzia i wiedzę nauczycielom i wpisać te zagadnienia do programów nauczania. Trzeba o tym rozmawiać! Rozmawiałem już o tym z ministrem edukacji Dariuszem Piontkowskim, ale jednocześnie nie uważam, że powinno się wprowadzić dodatkowy przedmiot do szkoły.

Czy jest pan zwolennikiem wprowadzenia zakazu korzystania z telefonów komórkowych w szkole? Czy są planowane przepisy prawne regulujące tę kwestię?

To kolejny fake news, który od jakiegoś czasu nam się szerzy po sieci. Podejrzewanie mnie czy Ministerstwa Cyfryzacji o chęć wprowadzania jakiegoś zakazu korzystania z komórek jest niedorzecznością. Tym bardziej że właśnie dajemy szkołom możliwość korzystania z mobilnej wersji legitymacji uczniowskiej przy pomocy aplikacji mObywatel. Wszyscy doskonale wiemy, jak się takie zakazy kończą, bo wszyscy byliśmy nastolatkami. Nie tędy droga! Dzieci trzeba nauczyć mądrze korzystać z komórek i w ogóle z sieci. Dlatego też budujemy Ogólnopolską Sieć Edukacyjną, prowadzimy kampanię „Nie zagub dziecka w sieci" i prowadzimy wiele innych działań podnoszących świadomość, edukujących dzieci, nauczycieli czy rodziców. Jedno jest pewne: od technologii nie ma odwrotu. Pytanie, co zrobić, by minimalizować zagrożenia, jakie się z tym wiążą. I tak wracamy do początku naszej rozmowy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA