fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jan Ołdakowski: Żołnierze Wyklęci trafili na wolny rynek

Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego
PAP, Jacek Turczyk
Istota demokratycznego, wolnego państwa polega na tym, że można wybierać między różnymi postaciami. Wszystkie przepracowane tradycje stają się częścią swobodnej konkurencji - uważa Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego.

Plus Minus: Jak z perspektywy sześciu lat ocenia pan ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych?

Jan Ołdakowski: To element przywracania pamięci o tym, o czym nie można było pamiętać w czasach PRL. Ze współczesną wolną Polską jest podobnie, jak było z II Rzeczpospolitą – wtedy również długo dyskutowano nad pewnymi kanonicznymi datami i postaciami. O tym, że 11 listopada 1918 r. jest właśnie tym dniem, w którym Polska odzyskała niepodległość, zdecydowano dopiero w latach 30. Z kolei dla nas data 4 czerwca 1989 r. też długo nie była wcale taka oczywista jako początek III RP. Może w przyszłości ustalimy, że układ jałtański upadł dopiero tego dnia, w którym do Polski wjechały amerykańskie abramsy, nie wiadomo.

Tylko właściwie po co nam takie dyskusje?

Częścią naszej tożsamości jest przeszłość. Popularna w latach 90. XX w. wizja końca historii szybko okazała się niesłuszna, bo totalitaryzmy zastąpił arabski ekstremizm, pojawiły się różne lokalne konflikty, ponadto powróciły aspiracje mocarstwowe Rosji. Dopóki trwała prosperity, dopóty można było wierzyć w tezy o kapitale, który nie ma narodowości, czy o tym, że w ramach Unii Europejskiej można zrezygnować z tożsamości narodowej. Ale gdy tylko nadszedł kryzys, powróciła twarda walka o własne interesy, a narody znów zaczęły dyskutować o własnej przeszłości. My mamy ten problem, że PRL na długo tę dyskusję zamroziła, choć naszą dzisiejszą tożsamość konstytuują doświadczenia XX w., czyli opór przeciwko dwóm totalitaryzmom.

Ale ten opór to nie tylko bohaterstwo Żołnierzy Wyklętych, o których dziś jest najgłośniej.

Wymieniłbym tu trzy najważniejsze elementy: Armię Krajową, z której etosu czerpali właśnie Żołnierze Wyklęci, Solidarność i polski Kościół. Problem w tym, że przez całą PRL wszystkie te tradycje były zafałszowywane. Przez pierwszy okres wolnej Polski nie wiadomo było, co z nimi zrobić. Dlatego np. hasło wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego brzmiało: „Wybierzmy przyszłość", czyli niejako: odrzućmy przeszłość. Przypomnę też, że tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, wiosną 2004 r., Władysław Bartoszewski pytał przewrotnie, czy możemy wejść do Europy z dziedzictwem powstania warszawskiego. Zdawał sobie sprawe, że jego pytanie jest prowokacyjne i sam zresztą przyznawał, że nie ma tu sprzeczności. Komuna tak wykrzywiła, przekręciła i zafałszowała nasze dziedzictwo historyczne, że długo nie potrafiliśmy się z tą przeszłością uporać. Dla Polaków bohaterami byli zarówno Wojciech Jaruzelski, jak i Ryszard Kukliński, którzy w badaniach opinii publicznej mieli podobną liczbę wskazań.

Wydaje się, że latami nic w głowach Polaków się nie zmieniało, aż raptem zmieniło się wszystko. Co takiego się wydarzyło, że nagle odrzuciliśmy komunistyczne dziedzictwo?

Gdy tylko weszliśmy do Europy, Polacy zrozumieli, że już nie musimy niczego udawać, że nie musimy na siłę przypodobywać się Zachodowi. Młodzi ludzie spotkali w Unii rówieśników, którzy byli dumni ze swojej tożsamości i przeszłości. Okazało się, że to wcale nie jest obciach.

A utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego było skutkiem zmiany tej mentalności czy jedną z jej przyczyn?

Ludzie mieli poczucie, że potrzebna jest jakaś zmiana, co więcej, państwo zaczęło im w tym pomagać. Powstało nie tylko nasze muzeum, wcześniej utworzono także Instytut Pamięci Narodowej czy Fundację „Pamiętamy" Mariusza Kamińskiego. To właśnie Fundacja „Pamiętamy" jako pierwsza zaczęła przypominać Żołnierzy Wyklętych, i to już w latach 90. – wbrew wszystkim i wszystkiemu. Muzeum Powstania Warszawskiego wstrzeliło się w ten proces idealnie, bo zostało otwarte kilka miesięcy po wejściu Polski do Unii, gdy Władimir Putin rozpoczynał swoją politykę mocarstwową i pojawiła się Erika Steinbach ze swoim rewizjonizmem.

Co ważne, Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy nie tylko otworzył nasze muzeum, ale też pokazał warszawianom, że historia nie jest jedynie dla polityków czy weteranów – zorganizował obchody 60. rocznicy wybuchu powstania, w których wzięły udział dziesiątki tysięcy młodych ludzi. To wtedy część naszego dziedzictwa historycznego weszła do życia publicznego. Wcześniej w taki sposób Polacy potrafili świętować wyłącznie wydarzenia sportowe i religijne.

Dziś przed 1 marca padają te same argumenty, co dawniej przed 1 sierpnia. Znowu wielu ekspertów zastanawia się, czy czczenie „wątpliwych bohaterów" to na pewno dobry pomysł, jeśli chodzi o budowanie naszej tożsamości narodowej.

Historia Żołnierzy Wyklętych jest dużo bardziej skomplikowana niż losy powstańców warszawskich. Nie wszystko, co robili ci partyzanci, jest pomnikowe. Z jednej strony byli to ludzie niewątpliwie wyjątkowi, ale z drugiej – poddani wyjątkowej presji. Jeśli chodzi o powojenne reakcje na komunizm, to bycie Żołnierzem Wyklętym było najbardziej skrajną formą sprzeciwu. Ale trzeba pamiętać, że dla nich ta forma oporu była bezalternatywna. Stalinowski reżim skazywał ich na zagładę, więc niezależnie od tego, co by zrobili, byli wyklęci.

Świetnie to pokazuje historia warszawskiego Batalionu „Zośka". Nie ma bardziej emblematycznego oddziału powstańców warszawskich. A co się z nim stało po wojnie? W 1947 r. wszyscy zośkowcy zostali aresztowani. Część, jak Jan Rodowicz „Anoda", zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Byli tacy, którzy na wiele lat trafili do więzienia. Ci, którzy jeszcze niedawno śpiewali, że „alejami z paradą będziem szli defiladą", rzeczywiście trafili w Aleje Ujazdowskie, ale do karcerów.

Dlaczego ich aresztowano?

Komuniści wydali wyrok na wszystkich powstańców. Nie udało nam się zweryfikować tej opowieści, ale słyszeliśmy, że po wojnie w ramach powstańczych aresztowań ubecy przyszli nawet do domu matki Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – by pojmać poetę, a przypomnijmy, że zginął on czwartego dnia powstania... Wyrok śmierci wydano na całe pokolenie. Bycie Żołnierzem Wyklętym to była ucieczka przed zagładą. To nie byli ludzie marzący o III wojnie światowej, raczej porównałbym ich do powstańców z getta.

Wydaje się, że dla wielu młodych ludzi Żołnierze Wyklęci są dziś bohaterami numer jeden, a ich emocji nie rozgrzewa już tak bardzo ani Armia Krajowa, ani nawet powstanie warszawskie.

Z badań wynika, że wśród młodzieży wciąż najważniejszymi bohaterami są powstańcy warszawscy i ich pozycja na razie nie wydaje się zagrożona. Choć być może za parę lat to się zmieni. Młodych ludzi charakteryzuje potrzeba buntu, niezgody na świat. Powstańcy warszawscy i Żołnierze Wyklęci pasują im jako wzorce.

A spodobałoby się panu, jakby za parę lat Żołnierze Wyklęci stali się jedynymi bohaterami młodzieży?

Oczywiście, że nie. Pamięć o naszej historii powinna być jak najbardziej wielowątkowa. Zważmy na to, że cały czas istotni są dla nas i Józef Piłsudski, i Roman Dmowski. Potrafimy w naszej pamięci łączyć różne tradycje. Pamiętamy choćby bezkompromisowych Żołnierzy Wyklętych, ale też koncyliacyjną Solidarność.

Solidarność dla młodych ludzi chyba w ogóle nie jest sexy.

Jasne, ale to wynika głównie z kłopotów jej legendarnego przywódcy, który dla mojego pokolenia utożsamiał opór Solidarności, a dziś nie potrafi udźwignąć własnej legendy. I nie potrafi też zadbać o swoich kolegów. Gdyby Lech Wałęsa był faktycznym przywódcą Solidarności, mniej zajmowałby się własną karierą, a więcej tym, w jakich warunkach żyją jego towarzysze, z którymi ramię w ramię walczył z komunizmem. To go różni od pokolenia Armii Krajowej, które dziś wciąż trzyma się razem i bardzo się wspiera.

Dlatego etos AK jest Polsce tak bardzo potrzebny – jest naprawdę unikalny. Źle by się stało, gdyby pozostali jedynie Żołnierze Wyklęci.

To co powinno zrobić dziś państwo: więcej mówić o AK, a mniej o późniejszej walce partyzanckiej? Żołnierze Wyklęci nie są już przecież wyklętym tematem...

Mówić zarówno o AK, jak i o żołnierzach wyklętych. Państwowe instytucje zajęły się usuwaniem ostatnich ciemnych plam z naszej historii, dlatego od kilku lat trwa przywracanie pamięci o Żołnierzach Wyklętych – co jest autentyczne i potrzebne. Ale pojawił się również wątek Wołynia, o czym również warto głośniej mówić. Istota demokratycznego, wolnego państwa polega na tym, że można wybierać między tradycjami i postaciami. Na rynku idei i tradycji powinna panować konkurencja.

Co to znaczy w praktyce?

Najlepiej to widać na przykładzie Piłsudskiego i Dmowskiego. Obie te tradycje z punktu widzenia państwa są równoprawne. Obie budzą kontrowersje, ale instytucje państwowe wspierają i jedną, i drugą. Wydaje się, że po okresie przywracania i wzmacniania tradycji Żołnierzy Wyklętych stanie się ona – podobnie jak wszystkie inne „przepracowane" tradycje – częścią swobodnej konkurencji.

Tak jak już weszli na ten rynek powstańcy warszawscy, którzy nie budzą dziś większych kontrowersji, choć dyskusja o sensie powstania trwa?

I będzie trwać. Z Żołnierzami Wyklętymi jest o tyle inaczej, że oni nie mieli takiego wyboru jak powstańcy. Bo nawet gdyby poszli do pracy, to i tak skończyliby w więzieniu. Ale chodzi o to, by można było na spokojnie dyskutować o ich historii, tak jak dziś rozważa się zasługi Piłsudskiego, równocześnie mówiąc o jego działalności terrorystycznej i zorganizowanym przez niego zamachu na demokratyczne państwo. Chciałbym, byśmy tak samo dyskutowali o różnych postawach antykomunistycznych partyzantów: od heroicznych patriotów, którzy mieli misję, po – nazwijmy to – łowców przygód czy wręcz watażków.

Załatwiliśmy sprawę Żołnierzy Wyklętych, więc czas na Wołyń? Chyba że po filmie Wojciecha Smarzowskiego już coś ruszyło...

Jeden film na pewno nie rozwiąże wszystkich problemów. Bez symbolicznego pożegnania ofiar, stworzenia ich pełnej listy i oddania im hołdu nie pójdziemy dalej; sztuka tego nie załatwi – muszą to przepracować instytucje i historycy. Wołyń to kolejna kwestia, o której nie można było pamiętać w czasach PRL, ale dziś jest dużo trudniejszym tematem do odkłamania, bo wymaga pewnej szczególnej ostrożności ze strony państwa. Nasza sytuacja geopolityczna sprawia, że potrzebujemy sojuszu z Ukrainą, którą musimy wciągnąć do zachodniego obszaru cywilizacyjnego. Ukraina jako część Zachodu jest po prostu w naszym strategicznym interesie.

A na koniec zostaje pewnie Solidarność? Wydaje się, że musimy od nowa zredagować jej historię, bo dziś w naszej pamięci funkcjonują sprzeczne jej wizje.

Z tym na razie będzie problem, bo bohaterowie Solidarności wciąż żyją i bardzo mocno angażują się w bieżącą politykę. Potrzebujemy czasu, ale kiedyś na pewno będziemy mogli wszystko to ocenić na spokojnie, nawet postawę Lecha Wałęsy, bo przecież zrobił on bardzo wiele dobrego, choć np. jego działalność po 1989 r. już tak kolorowo nie wygląda. Ale są również inni bohaterowie Solidarności. Jestem w stanie wyobrazić sobie modę na noszenie koszulek nie tylko z Żołnierzami Wyklętymi, ale też z bohaterami opozycji lat 80.

T-shirt z Andrzejem Gwiazdą?

Albo z Anną Walentynowicz, Lechem Kaczyńskim czy Władysławem Frasyniukiem. Oni również są częścią naszego dziedzictwa, też zasługują na chwałę. To, że działali w warunkach pokojowych nie umniejsza ich zasług, choć zrozumiałe jest, dlaczego dla młodzieży atrakcyjniejsi są ci, którzy ryzykowali życiem, których wybory obarczone były większym ryzykiem.

—rozmawiał Michał Płociński

Jan Ołdakowski jest współtwórcą i dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego

Magazyn Plus Minus  

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA