Wszystko wskazuje na to, że nasz dług publiczny przekracza właśnie magiczny poziom 60 proc. PKB. Oczywiście mowa o długu liczonym w sposób poprawny, zgodny z międzynarodowymi standardami statystycznymi, co lubimy w Polsce określać mianem „metodologii europejskiej”. Dokładnie nie wiadomo, ale według przewidywań rządu w końcu roku 2025 dług miał sięgać 59,9 proc. (trochę tak, jak ceny w supermarkecie kończące się dziewiątkami). W miarę precyzyjne liczby poznamy dopiero na wiosnę, kiedy poda je GUS, ale skoro 31 grudnia kurs złotego był dość mocny, można mieć nadzieję, że rzeczywiście udało się jeszcze uniknąć przebicia groźnej granicy (kurs ma znaczenie, bowiem do rachunku bierze się nominalną wartość długu z ostatniego dnia roku, a jego znacząca część jest wyrażona w obcych walutach). Ponieważ jednak według rządowych prognoz w tym roku dług wzrośnie o kolejne 5 punktów procentowych PKB, można spokojnie przyjąć, że już po kilku pierwszych tygodniach roku doszliśmy do magicznego poziomu 60 proc.
No i co? No i nic. Niebo nie zwaliło się nam na głowy, zegary się nie zatrzymały, życie wydaje się płynąć całkiem normalnie.
Nic się nie stało z kilku powodów. Po pierwsze, granica 60 proc. jest sztucznie przyjęta w Traktacie z Maastricht i z ekonomicznego punktu widzenia niewiele znaczy. Granicę tę przekracza dziś większość krajów Unii, w tym wszystkie największe. Polska i tak objęta jest (wraz z szóstką innych krajów) procedurą nadmiernego deficytu, ale jak dotąd nie wywołuje to żadnych poważniejszych skutków, poza wspólnym zatroskaniem krajów i Brukseli.
Gorzej, że przekroczenia granicy 60 proc. PKB zabrania też polska konstytucja, a już osiągnięcie poziomu 55 proc., zgodnie z naszym prawem, wymaga podjęcia szeregu obowiązkowych działań naprawczych (m.in. braku podwyżek dla sfery budżetowej i ograniczenia waloryzacji emerytur). Tyle że chodzi o 55 proc. mierzone według „polskiej metodologii”, która z ekonomicznego punktu widzenia jest wątpliwa, ale za to pozwala uznać, że dług jest niższy, sięga dziś tylko 50 proc. PKB, a 55 proc. osiągnie dopiero za dwa lata.
Dopiero? Ależ to już za chwilę! Do tej pory przy takim zagrożeniu Sejm zmieniał prawo, zawieszając na jakiś czas działanie obowiązkowych oszczędności. Teraz jednak nie ma wątpliwości, że kiedy tylko osiągniemy poziom 55 proc., niesłychanie zmartwiony stanem finansów publicznych prezydent nie zgodzi się na żadne zawieszenia i może zmusić rząd do politycznie samobójczych cięć wydatków. Ponieważ jednak w praktyce dotyczy to dopiero budżetu na rok 2030, więc stan zaniepokojenia prezydenta sytuacją finansów publicznych będzie pewnie zależeć od tego, kto będzie rządzić po najbliższych wyborach.