Skoro zwalniają, to znaczy, że będą zatrudniać – to powiedzenie przypisywane bohaterowi kultowej satyry Ilii Erenburga „Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwanca”, pokazującej absurdy sowieckiej Rosji, sprawdza się najwyraźniej również w realiach gospodarki rynkowej. Potwierdzają to opisywane w „Rzeczpospolitej” dane firmy Gartner, według których połowa firm, które zwalniały pod pretekstem AI, teraz ponownie zamierza zatrudniać pracowników. I to do podobnych zadań, choć (jak zaznaczają firmy) wymagających już nowych umiejętności, głównie tych dotyczących współpracy z AI.
Ofiary owczego pędu
Inne wytłumaczenia nie są możliwe, bo raz, że głupio jest się przyznać do nieprzemyślanych zwolnień, obciążonych nierzadko kosztami odpraw, a dwa, że jest to ryzykowne prawnie. Zwolniony niedawno pracownik mógłby pozwać firmę za pozorną likwidację jego stanowiska. Zmyślni HR-owcy mają na to znany i u nas sposób – wystarczy, by nowe stanowisko miało nieco inny zakres obowiązków, ciut inne wymagania kompetencyjne, nową nazwę i spokojnie można zacząć rekrutację.
Można się tylko zastanawiać, na ile fala gwałtownych cięć zatrudnienia pod szyldem AI, jaka przetoczyła się w ostatnich latach przez globalne korporacje, była efektem euforii wywołanej przez karierę ChatGPT, a na ile przejawem owczego pędu wśród top menedżerów. O ile podczas boomu po pandemii prześcigali się w gorączkowym zwiększaniu zatrudnienia, o tyle teraz niemal na wyścigi, przy aplauzie inwestorów i analityków, ogłaszali kolejne fale zwolnień. AI była świetnym pretekstem, bo potwierdzała, że firma nie tylko dba o tak cenioną przez rynki efektywność, ale też jest w technologicznej awangardzie. Po cichu pewnie liczono, że szybko rozwijająca się AI zastąpi zwolnionych pracowników, zanim pojawią się negatywne skutki ich redukcji. Teraz okazuje się, że może i zastąpi, ale nie tak szybko, ani na tak dużą skalę, jak zapowiadali marketingowcy ze spółek AI i różni wizjonerzy biznesu.
Odroczona rewolucja
Wygórowane nadzieje związane z AI to znana choroba z pierwszego etapu nowej technologii. Mało kto dziś pamięta, jakie ogromne nadzieje wiązano z rewolucją dotcomów na początku tego stulecia, gdy wszystko, co miało nazwę sugerującą internetowy biznes budziło entuzjazm inwestorów podbity setkami milionów dolarów. Teraz, ćwierć wieku później choroba wróciła, tyle że po latach wysokiej inflacji entuzjazm podbity był już miliardami dolarów.