Reklama

Andrzej Krakowiak: „Wyprodukowane w (podzielonej) Europie”

W przeciwieństwie do wielu pomysłów firmowanych przez Brukselę, idea stojąca za zasadą „Made in Europe” jest i słuszna, i zrozumiała. Co więcej, w obecnej sytuacji geopolitycznej raczej łatwa do „sprzedania” wyborcom. Mimo to prawdopodobnie nie spełni pokładanych w niej nadziei.

Publikacja: 20.02.2026 04:01

Andrzej Krakowiak: „Wyprodukowane w (podzielonej) Europie”

Foto: Adobe Stock

Koncepcja, będąca częścią aktu o przyspieszeniu rozwoju przemysłu (IAA), którego szczegóły mamy poznać za tydzień, wydaje się prosta. Jeśli firmy działające w sektorach uznanych przez Komisję Europejską za kluczowe, w tym motoryzacyjnym czy energii odnawialnej (m.in. produkcja paneli fotowoltaicznych i turbin wiatrowych), będą chciały zarabiać w Europie na publicznych kontraktach, ich produkty mają powstawać na miejscu.

Wdrożenie tej zasady ma sprawić, że na unijnych dotacjach nie będą się tuczyć zagraniczni (np. chińscy) producenci. I chociaż na końcu to konsumenci zapłacą za ograniczenie dostępu do rynku i realne wykluczenie części konkurencji (często oferującej produkty nie tylko tańsze, ale porównywalnej lub nawet lepszej jakości), można by uznać, że jest to cena, którą warto ponieść. Problemów jest jednak więcej.

Koncepcja „Made in Europe” nie jest nowa

Po pierwsze, czas. A właściwie jego brak. Koncepcja „Made in Europe” nie jest nowa. Podobne pomysły (zazwyczaj promowane, tak jak teraz, przez francuskich polityków) pojawiały się już co najmniej kilkanaście lat temu. I chociaż sytuacja geopolityczna na świecie zmieniła się w tym czasie diametralnie, a UE została zepchnięta do narożnika przez USA i Chiny, wciąż czekamy na szczegóły. Część krajów unijnych otwarcie się zresztą takim ograniczeniom sprzeciwia, więc droga do porozumienia wcale nie musi być prosta. A kiedy już uda się je osiągnąć, ostateczny kształt projektu może znacznie odbiegać od tego, o czym słyszymy dziś.

Na co duży wpływ może mieć drugi problem, czyli prawdopodobna odpowiedź ze strony gospodarczych partnerów. Trudno oczekiwać, że Pekin czy Waszyngton po prostu zaakceptują nowe – obiektywnie bardziej sprawiedliwe – reguły gry. Europa narazi się na odwet, którego konsekwencje – jak wskazuje dotychczasowa praktyka – mogą być znacznie bardziej dotkliwe od tych wywołanych propozycjami Brukseli.

Reklama
Reklama

Mario Draghi: UE grozi podporządkowanie, podziały i deindustrializacja

Żeby nie ugiąć się pod taką presją, Unia musiałaby być realnie zjednoczona. Konieczność taką podkreślił niedawno były premier Włoch Mario Draghi, oceniając, że jeśli UE nie stanie się „prawdziwą federacją”, w obecnym światowym porządku grozi jej podporządkowanie, podziały i dalsza deindustrializacja. W tym kontekście za pewien symbol można uznać fakt, że dokładnie w czasie, gdy Ursula von der Leyen będzie przedstawiać szczegóły nowych regulacji, kanclerz Niemiec Friedrich Merz będzie szukał w Pekinie nowego otwarcia w relacjach dwustronnych z Chinami.

Opinie Ekonomiczne
Aleksandra Ptak-Iglewska: prezydent podstawia nogę polskim rolnikom
Opinie Ekonomiczne
Piotr Arak: Zamiast zwalniać ludzi, AI dokłada im więcej pracy
Opinie Ekonomiczne
Maciej Stańczuk: Europie przydałby się ktoś w rodzaju Elona Muska
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Czy Brytania kiedyś powróci do Unii?
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama