Koncepcja, będąca częścią aktu o przyspieszeniu rozwoju przemysłu (IAA), którego szczegóły mamy poznać za tydzień, wydaje się prosta. Jeśli firmy działające w sektorach uznanych przez Komisję Europejską za kluczowe, w tym motoryzacyjnym czy energii odnawialnej (m.in. produkcja paneli fotowoltaicznych i turbin wiatrowych), będą chciały zarabiać w Europie na publicznych kontraktach, ich produkty mają powstawać na miejscu.
Czytaj więcej:
Wdrożenie tej zasady ma sprawić, że na unijnych dotacjach nie będą się tuczyć zagraniczni (np. chińscy) producenci. I chociaż na końcu to konsumenci zapłacą za ograniczenie dostępu do rynku i realne wykluczenie części konkurencji (często oferującej produkty nie tylko tańsze, ale porównywalnej lub nawet lepszej jakości), można by uznać, że jest to cena, którą warto ponieść. Problemów jest jednak więcej.
Koncepcja „Made in Europe” nie jest nowa
Po pierwsze, czas. A właściwie jego brak. Koncepcja „Made in Europe” nie jest nowa. Podobne pomysły (zazwyczaj promowane, tak jak teraz, przez francuskich polityków) pojawiały się już co najmniej kilkanaście lat temu. I chociaż sytuacja geopolityczna na świecie zmieniła się w tym czasie diametralnie, a UE została zepchnięta do narożnika przez USA i Chiny, wciąż czekamy na szczegóły. Część krajów unijnych otwarcie się zresztą takim ograniczeniom sprzeciwia, więc droga do porozumienia wcale nie musi być prosta. A kiedy już uda się je osiągnąć, ostateczny kształt projektu może znacznie odbiegać od tego, o czym słyszymy dziś.
Na co duży wpływ może mieć drugi problem, czyli prawdopodobna odpowiedź ze strony gospodarczych partnerów. Trudno oczekiwać, że Pekin czy Waszyngton po prostu zaakceptują nowe – obiektywnie bardziej sprawiedliwe – reguły gry. Europa narazi się na odwet, którego konsekwencje – jak wskazuje dotychczasowa praktyka – mogą być znacznie bardziej dotkliwe od tych wywołanych propozycjami Brukseli.