Wielka Brytania odnotowała właśnie najwyższą od lat stopę bezrobocia, sięgającą 5,2 proc. i wciąż rosnącą. Gdy w czerwcu 2016 r. jej obywatele decydowali w referendum o wyjściu kraju z Unii Europejskiej, stopa bezrobocia wynosiła 4,9 proc., a zwolennicy brexitu przekonywali, że uwolnienie z niewoli brukselskiej przyniesie przyspieszenie rozwoju, radykalną poprawę sytuacji gospodarczej, polepszenie stanu finansów i zahamowanie imigracji. Nic takiego nie miało miejsca. Po wyjściu z Unii wzrost okazał się jednym z najwolniejszych w Europie, pojawiły się problemy z lekami, zabrakło pracowników (choć imigracja wzrosła zamiast spaść), a dług publiczny poszybował z 85 do 104 proc. PKB.
Można sądzić, że Wielka Brytania była tym wielkim krajem Unii, który przez długie lata odnosił najbardziej spektakularne korzyści z członkostwa. Przez dwie dekady poprzedzające referendum odnotowała wyższe tempo wzrostu od Niemiec, Francji i Włoch, a według długookresowych prognoz miała do 2050 r. dogonić Niemcy i stać się największą gospodarką w bloku. Lepiej od innych radziła sobie z wyzwaniami globalizacji, a rozwój usług świadczonych inwestorom z całej Europy ugruntował pozycję Londynu jako drugiego (po Nowym Jorku) najważniejszego centrum finansowego świata, bijącego na głowę wszystkich europejskich rywali. Jej świetnie przygotowani urzędnicy wykpiwali i rozstawiali po brukselskich kątach Niemców i Francuzów, a kraj stał się głównym orędownikiem odbiurokratyzowania i zreformowania Unii. I jakby tego było mało, nastąpił okres „cool Britannia”, czyli wzmożonej popularności brytyjskiej kultury (przez analogię do XIX-wiecznej pieśni „rule Britannia”, dokumentującej panowanie na morzach i oceanach świata).
Czy wobec tego Wielka Brytania może w jakiejś przewidywalnej przyszłości powrócić do Unii? Przecież dziś aż 56 proc. Brytyjczyków uważa, że wyjście było błędem, a tylko 31 proc. sądzi, że było warto.
A jednak raczej nie. Po pierwsze, z powodów techniczno-ekonomicznych: mimo że większość Brytyjczyków i Europejczyków byłaby za, ponowne negocjacje członkowskie byłyby trudne, a Londynowi raczej nie udałoby się odzyskać korzystnych warunków sprzed brexitu (np. brytyjskiego rabatu, czyli ograniczenia składki członkowskiej, którą wywalczyła Margaret Thatcher, albo prawa wyboru w sprawie wprowadzenia euro).
Po drugie, z powodów politycznych. W sondażach opinii publicznej na pierwsze miejsce wysuwa się dziś prawicowo-populistyczna i zażarcie antyunijna partia Reform UK, która zdobyła poparcie najpierw walcząc o brexit, potem o likwidację ograniczeń w czasie pandemii, a dziś o radykalne ograniczenie imigracji i obniżenie podatków. W brytyjskim systemie wyborczym, przy obecnym poparciu zdobyłaby miażdżącą większość w parlamencie, a być może w ogóle wyeliminowałaby z gry którąś z dwóch wielkich partii (konserwatyści i laburzyści razem mają dziś poparcie niewiele większe, niż ma Reform UK).