Od wielu lat wiadomo, z jaką lekkością prokuratura stawia zarzuty oraz formułuje akty oskarżenia wobec menedżerów z art. 296 k.k., czemu towarzyszą różne środki zapobiegawcze poprzedzone „wizytą” o godz. 6.00 rano, a obejmujące tymczasowy areszt, poręczenie majątkowe, nakaz meldowania się na policji, zatrzymanie paszportu itd.
Ci, którzy przetrwają wiele lat postępowania prokuratorskiego i sądowego, płacą za to wysoką cenę wykluczenia z życia profesjonalnego. I cenę osobistą. Zdarzenia ostatnich miesięcy nie wskazują na to, aby sytuacja miała się poprawić. Wciąż zadziwia łatwość, z jaką prokuratura może zamienić życie menedżera i jego rodziny w koszmar.
To wszystko następuje na podstawie skrajnie uproszczonych przesłanek – winny jest ten, kto złożył podpis, albo po prostu był w zarządzie. W ocenie prokuratury nieważne, jak duża i skomplikowana jest organizacja, członek zarządu powinien wszystkie czynności wykonać sam i powielić pracę swoich podwładnych, koleżanek i kolegów w zarządzie lub doradców, kierując się zasadą totalnego braku zaufania do kogokolwiek.
A może menedżer, który deleguje zadania zgodnie ze strukturą organizacyjną, jest leniem?
Prowadzi to do kilku zasadniczych pytań. Czy prokuratura na pewno dobrze rozumie, na czym polega prowadzenie spraw dużych podmiotów przez zarząd (art. 368 k.s.h.)? Czy naprawdę prokuratura zakłada, że np. w banku każdy członek zarządu powinien samodzielnie oceniać zdolność kredytową pojedynczego – nawet istotnego – kredytobiorcy? Czy aby uniknąć więzienia członek zarządu odpowiedzialny – dajmy na to za marketing – powinien w takim przypadku osobiście sprawdzać jakość zabezpieczeń oferowanych przez klienta, albo jego powiązania osobiste i kapitałowe? To samo dotyczy np. ubezpieczycieli, spółek giełdowych i każdej korporacji.
Czytaj więcej
Mimo dynamicznie rosnących wpływów z podatków, w styczniu w kasie państwa pojawiła się wyraźna lu...