Czy do tego rozpadu musiało dojść? Takie przekonanie dzisiejsi rozłamowcy serwowali od dawna, choć publicznie nawoływali do jedności klubu. Ale nieoficjalnie mało kto wierzył w utrzymanie jedności Polski 2050 po przejęciu nad nią kontroli przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz. Dziś otwarte już komentarze rozłamowców na temat jej kierownictwa są bezlitosne. Polska 2050 końca epoki Szymona Hołowni i pod batutą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz była dla buntowników synonimem braku wewnętrznej demokracji, partią i klubem zarządzanymi jednoosobowo, bez wewnętrznej dyskusji, a nawet spotkań, które dotyczyłyby uzgodnienia wspólnej linii. Na dodatek partia szła mocno w lewo, odchodząc od pierwotnych założeń programowych. Dla wielu jej członków było to za wiele.

Reklama
Reklama

Czarę goryczy przelała tzw. uchwała kagańcowa przeforsowana – zdaniem rozłamowców, jednoosobowo przez Pełczyńską-Nałęcz, która zamykała na ponad miesiąc (do zjazdu krajowego planowanego na 21 marca) jakiekolwiek zmiany w strukturach i wzywająca do zaprzestania wewnętrznej krytyki. Na logikę można by dowodzić jej słuszności, miała uspokoić wewnętrzne napięcia. Jednak z perspektywy partii tak skłóconej i targanej sprzecznościami jak Polska 2050 wypada ją uznać za polityczne samobójstwo.

Czytaj więcej

Rozłam Polski 2050. Członkowie opuszczają partię i zakładają nowy klub w Sejmie

Ale chyba nie mogło być inaczej. Autor tych słów kilka tygodni temu, po przejęciu przez Pełczyńską-Nałęcz stanowiska przewodniczącej, nawoływał ją do większej koncyliacyjności w partii, argumentując, że tylko utrzymanie jedności Polski 2050 da jej mocną kartę do gry o fotel wicepremiera i udowodni zdolność do gry na szczytach polityki.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest jak skorpion na grzbiecie żaby

Nie było to możliwe – dowodzili jej przeciwnicy. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz jest jak skorpion na grzbiecie żaby pośrodku wielkiego jeziora – ukąsi bez względu na logikę. I tak się stało. Dziś przewodnicząca musi walczyć o utrzymanie klubu, a jej pozycja w koalicji wyraźnie osłabła. Na tyle, że nie może kalkulować jakiegokolwiek politycznego szantażu wobec Donalda Tuska. Grupa skupiona wokół Pauliny Hennig-Kloski – przynajmniej z tego, co słychać w zapowiedziach – nie ma ochoty na „kołysanie łódką”, chce się skupić na merytoryce, a nie wewnętrznych rozgrywkach i powtarza oklepane hasła o „nowej jakości w polityce”. Trochę to żenuje w kontekście dzikich awantur w klubie, ale cóż, trzeba czekać, co dalej. 

A na co mamy czekać? Zapewne na kolejne zasilenia kadrowe (do klubu na razie nie dołączyli ważni posłowie Joanna Mucha i Paweł Zalewski) oraz potencjalne (zapowiadane) kolejne transfery z Polski 2050. Na debatę o politycznej przyszłości, np. o założeniu partii. Na rozmowy w ramach kolacji o statusie nowego podmiotu i jego udziale w rządzie. Na rozmowy o umowie koalicyjnej, którą trzeba będzie zaktualizować i dostosować do nowych realiów. Nie można wykluczyć, że przetrzebiona Polska 2050 straci, w efekcie, prawo do stanowiska wicepremiera, co było politycznym planem Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz.

Koniec Polski 2050 Szymona Hołowni, ale nie koalicji rządzącej

Spraw do załatwienia i znaków zapytania jest więc dużo. Ale mamy też kilka pewników – projekt Szymona Hołowni został ostatecznie pogrzebany. Podobnie jak jego osobisty autorytet. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz udowodniła, że nie ma kompetencji do przewodzenia czemukolwiek, czego efektem będzie dalsza atrofia tego środowiska aż do „wyprowadzenia sztandarów” 21 marca. A Donald Tusk ma nową układankę do ogarnięcia. Ale niezbyt skomplikowaną, bo sejmowe Centrum (z litości nie skomentuję kreatywności pomysłodawców nazwy nowego klubu) z sympatią dryfuje w stronę KO, a za chwilę będzie zabiegać o miejsca na listach wyborczych. Na zbyt wiele – na ich miejscu – bym jednak nie liczył.