Bez względu na decyzję prezydenta w sprawie ustawy ułatwiającej wydawanie środków z unijnego programu SAFE, warto się temu przyjrzeć uważniej, ponieważ te mechanizmy mogą odegrać rolę w wielu innych przypadkach w przyszłości. Krytycy sięgnięcia po te pieniądze używają czterech argumentów.
Czy SAFE jest antyamerykański?
SAFE ma być podobno mechanizmem „wypychania USA z Europy”. Pomijając fakt, że USA same głośno mówią o redukcji zaangażowania w Europie, jedno jest pewne: tak Unia Europejska, jak i USA zgadzają się dziś co do tego, że Europa musi brać większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. Różnica w wydatkach zbrojeniowych krajów UE i USA to ponad 500 mld euro w samym 2024 r. Jeśli ta rażąca dysproporcja wydatków ma się zmniejszyć, to nie ma racjonalnego scenariusza, który nie zakładałby zwiększenia udziału Europy, w tym Polski, w produkcji zbrojeniowej. Przemawia za tym konieczność uruchomienia wszystkich dostępnych mocy przemysłowych i prosty fakt polityczny – Europejczycy nie podtrzymają zgody na rosnące wydatki obronne, jeśli nie będą ich realizować także u siebie.
Polska słusznie od zawsze zabiegała o to, by proces ten był ewolucyjny i nigdy nie zakładał eliminacji wymiany handlowej między USA, a Europą w tym obszarze. To byłby absurd, którego nikt poważnie nie proponuje. Jednak zakładanie, że całość tych rosnących lawinowo kosztów uzbrojenia będzie płynęła za Atlantyk jest nieracjonalne i niezgodne także z polskim interesem.
Konieczne dziś, głównie z uwagi na ofensywność administracji Donalda Trumpa, ułożenie relacji transatlantyckich na nowo musi oprzeć się na partnerstwie i wyważeniu relacji handlowych. Uzbrojenie i usługi cyfrowe należą tu do najważniejszych pozycji.
SAFE nie utrudnia nikomu realizacji kontraktów amerykańskich finansowanych z innych źródeł. Kraje, które realizują zamówienia na F-35, jak Polska, Włochy, Dania, Finlandia, czy Niemcy, będą je kontynuowały. Nigdzie poza Polską nie pojawił się ten argument.