Reklama

Mariusz Załucki: Polemicznie o sędziowskiej wizji „praworządności”

Jeśli sędzia, znany prawnik, publicznie szydzi z orzeczeń najwyższych organów sądowych, to niewątpliwie wysyła prosty komunikat: prawo nie jest wiążące, jeśli nam się nie podoba.

Publikacja: 12.02.2026 06:34

Mariusz Załucki: Polemicznie o sędziowskiej wizji „praworządności”

Foto: Adobe Stock

Na łamach „Rzeczpospolitej” 6 lutego 2026 r. ukazał się tekst profesor Marty Romańskiej, sędzi Sądu Najwyższego, pt. „Głos w sporze o istniejące i nieistniejące orzeczenia SN”. Wypowiedź ta sprawia wrażenie kolejnej odsłony dobrze znanego spektaklu, w którym ta sama grupa środowisk prawniczych od lat odgrywa rolę strażników „prawdziwej praworządności”, a jednocześnie konsekwentnie kwestionuje konstytucyjny porządek państwa, jeśli tylko nie odpowiada on ich wizji świata. Autorka występuje w roli racjonalnej moderatorki sporu, osoby stojącej ponad emocjami i polityką, lecz już po kilku akapitach okazuje się, jest to raczej kolejny manifest ideologiczny ubrany w togę prawniczej erudycji.

Profesor Romańska zaczyna od tezy, że Polska wciąż nie weszła na drogę „przywracania praworządności”, bo nie uchwalono jeszcze odpowiednich ustaw przygotowanych przez określone środowiska eksperckie. Innymi słowy: praworządność istnieje tylko wtedy, gdy rządzą ci, którzy realizują konkretny program polityczno-ustrojowy. Jeśli władza wybrana w wyborach powszechnych decyduje się na inne rozwiązania – mamy kryzys, upadek demokracji i koniec państwa prawa. Jak sądzę, jest to osobliwa definicja konstytucjonalizmu, bliższa raczej manifestowi partyjnemu niż wykładni prawa, co skłania mnie do przedstawienia kilku uwag polemicznych.

Czytaj więcej

Marta Romańska: Głos w sporze o istniejące i nieistniejące orzeczenia SN

Czy konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej?

Zacznę od tego, iż w narracji pani profesor trudno nie zauważyć, że konstytucja przestaje być najwyższym prawem Rzeczypospolitej, a staje się jedynie punktem wyjścia do interpretacji dokonywanej przez wąskie grono „oświeconych” prawników. To oni wiedzą lepiej, co jest legalne, a co nie, niezależnie od treści ustaw, wyroków Trybunału Konstytucyjnego czy decyzji prezydenta. W takim modelu państwa prawo nie obowiązuje dlatego, że zostało ustanowione zgodnie z procedurą, lecz dlatego, że zostało zaakceptowane przez określoną kastę interpretatorów. Szczególnie wyraźnie widać to w podejściu autorki do problemu tzw. „nieistniejących orzeczeń”.

Sędzia Romańska konsekwentnie buduje narrację, w której legalność wyroków zależy od ideologicznej oceny statusu sędziego. I choć formalnie twierdzi – jak można sądzić – że chaos jest niebezpieczny, to jednak w praktyce pozostawia furtkę do selektywnego uznawania orzeczeń: jedne są „prawdziwe”, inne „wadliwe”, jeszcze inne „wątpliwe”. A kto o tym decyduje? Oczywiście środowisko, do którego sama należy.

Reklama
Reklama

Szczególną rolę w cytowanym tekście odgrywa niemal bezkrytyczna wiara w orzecznictwo trybunałów europejskich. TSUE i ETPC stają się w wizji autorki najwyższymi arbitrami, przed którymi polska konstytucja powinna automatycznie ustępować. Mam oczywiście świadomość, że standardów europejskich nie wolno lekceważyć – są ważnym elementem ochrony praw jednostki.

Problem polega jednak na tym, że ze wspomnianych przez autorkę orzeczeń nie wynika obowiązek rezygnacji z własnej tożsamości konstytucyjnej ani podporządkowania całego systemu zewnętrznym interpretacjom. Europejskie trybunały nie nakazują likwidacji suwerenności ustrojowej państw. Tymczasem w narracji Marty Romańskiej każdy wyrok z Luksemburga czy Strasburga staje się pretekstem do delegitymizowania polskich instytucji. Mam z tym problem, gdyż w mojej ocenie to nie jest europeizacja prawa, lecz podporządkowanie go ideologii, w której własne państwo zawsze jest podejrzane.

Czytaj więcej

Maciej Gutowski, Piotr Kardas: Skutki nieistnienia orzeczeń niczym lawina

Uderzająca jest przy tym selektywność proponowanych standardów. Gdyby dzisiejsze kryteria „europejskie” zastosować do procedur powoływania sędziów sprzed 2018 r., w tym do powołania profesor Romańskiej do Sądu Najwyższego, należałoby poważnie rozważyć zakwestionowanie wielu nominacji: środowiskowe układy, brak transparentności, zamknięty charakter systemu (zob. postanowienie SN z 5 kwietnia 2023 r., III CZ 333/22). Ta asymetria w podejściu do standardów nominacyjnych pokazuje zaś, że w tej narracji nie chodzi o jakiekolwiek standardy, tylko o polityczną wygodę.

Szczególnie niepokojące w wypowiedzi pani profesor jest publiczne wyśmiewanie i deprecjonowanie orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego czy obowiązującego prawa. Sugerowanie, że wyroki budzą „rozbawienie”, a stosowne przepisy prawa są „karykaturalne” jest – delikatnie rzecz ujmując – nieodpowiedzialne z punktu widzenia standardów poszanowania kultury prawnej.

Jeśli sędzia, znany prawnik, publicznie szydzi z orzeczeń najwyższych organów sądowych, to niewątpliwie wysyła prosty komunikat: prawo nie jest wiążące, jeśli nam się nie podoba. W efekcie obywatel zaczyna traktować wyroki jako opinie, a nie obowiązujące normy postępowania. To zaś prosta droga do anarchizacji życia prawnego i erozji autorytetu państwa.

Reklama
Reklama

„Tworzy się system, w którym nikt nie może być pewny stabilności rozstrzygnięć”

W ten oto sposób tworzy się system, w którym nikt nie może być pewny stabilności rozstrzygnięć. Wszystko zależy od aktualnego klimatu polityczno-środowiskowego. To zaś musi budzić sprzeciw. Tak nie funkcjonuje normalne państwo prawa, lecz państwo uznaniowości, w którym stabilność prawa zastępuje się moralną oceną personalną.

Szczególnym elementem tej konstrukcji jest zresztą ciągłe odwoływanie się przez autorkę do uchwały połączonych izb Sądu Najwyższego, której była sprawozdawcą, i którą sama określa jako „kompromisową”. Sęk w tym, iż w narracji autorki „kompromis” oznacza w istocie wyłącznie to, co za kompromis uzna sama autorka i jej środowisko – wszystko inne jest z góry uznawane za odstępstwo od praworządności, błąd ustrojowy albo przejaw dewiacji systemu, który należy jak najszybciej skorygować.

Czytaj więcej

Sędzia Piotr Mgłosiek odpowiada profesorom: „Anarchia w systemie już jest”

Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym sporze mamy do czynienia z osobliwą próbą nadania własnemu dorobkowi orzeczniczemu rangi quasi-konstytucyjnej. Uchwała połączonych izb Sądu Najwyższego funkcjonuje w narracji sędzi Romańskiej niemal jak objawione źródło prawa. Problem polega jednak na tym, że ta uchwała została w praktyce derogowana z systemu prawnego jako sprzeczna ze standardami konstytucyjnymi i dziś jest tylko historią. Autorka widać nie może się z tym pogodzić, wciąż do niej wraca, jakby była to ostatnia deska ratunku dla jej wizji wymiaru sprawiedliwości, oczywiście sprzed reform wymiar sprawiedliwości demokratyzujących (zdaniem autorki „deformujących”).

Czy sądownictwo powinno być oparte na samoreprodukującej się elicie?

W narracji sędzi Romańskiej legalność zależy od aprobaty środowiskowej. W tle tej argumentacji stale pobrzmiewa zaś nostalgia właśnie za „dawnym” modelem sądownictwa, opartym jednak na samoreprodukującej się elicie. Systemem, w którym sędziowie w praktyce wybierali sędziów, awansowali swoich uczniów i współpracowników, i kontrolowali dostęp do zawodu. Każda próba naruszenia tego mechanizmu to w tej optyce zamach na niezależność bądź – patrząc z drugiej strony – obrona korporacyjnych przywilejów.

Jeżeli ktoś przez lata nie potrafi pogodzić się z tym, że wymiar sprawiedliwości przestał być zamkniętym klubem i wciąż podgrzewa atmosferę konfliktu, podważając legalność państwa, winien jednak rozważyć, czy jego wizja nie prowadzi czasem do sytuacji, w której państwo funkcjonuje tylko warunkowo: obowiązuje wtedy, gdy spełnia oczekiwania określonej elity.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Andrzej Olaś: Sądy uwikłano w walkę o władzę i jej profity

Czytając kolejne wypowiedzi pani profesor mam przy tym nieodparte wrażenie, że prawo nie jest wspólną regułą gry, lecz narzędziem walki. Że można je zawieszać, relatywizować i reinterpretować w nieskończoność, jeśli nie pasuje do własnej wizji świata. Z kolei państwo, w którym żyje autorka jest chyba polem ideologicznego konfliktu, w którym obywatel pozostaje bezbronny wobec arbitralnych ocen i środowiskowych sporów.

Uważam, że z takiej wizji należy się wydostać. Jeśli bowiem pani profesor naprawdę troszczy się o stabilność wymiaru sprawiedliwości, powinna – jak sądzę – zacząć od zaakceptowania prostego faktu: że prawo nie jest własnością żadnej grupy, żadnej uchwały i żadnej nostalgii za minionym porządkiem. Ciągłe zaś podważanie legalności państwa w imię „wyższej praworządności” jest w istocie jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla bronionych w ten sposób wartości.

To przepis na permanentny kryzys ustrojowy, w którym państwo nigdy nie będzie wystarczająco „legalne”, a wymiar sprawiedliwości nigdy wystarczająco „prawdziwy”. Nawet jeżeli w przyszłości kwestionowani przez autorkę sędziowie zostaną zresetowani wedle pomysłów, które ona uważa za „porządkujące”.

Autor jest profesorem i sędzią Izby Cywilnej SN

Reklama
Reklama
Opinie Prawne
Aneta Wiewiórowska-Domagalska: Franki a WIBOR
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Opinie Prawne
Mateusz Mikowski: Podwójne zaprzeczenie w sprawie KRS
Opinie Prawne
Michał Romanowski: Karol Nawrocki chce autorytarnej władzy nad sędziami
Opinie Prawne
Maciej Gutowski, Piotr Kardas: Jeszcze o orzeczeniach nieistniejących
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama