fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Pjongczang 2018

Biegi: Z Justyną Kowalczyk do ostatniego tchu

Fotorzepa, PiotrNowak now Piotr Nowak
Jest jedyna w swoim rodzaju. Zawzięta góralka, tytan pracy, doktor nauk o kulturze fizycznej, zadziorna felietonistka i pięciokrotna medalistka igrzysk. Justyna Maria Kowalczyk nie ustaje w biegu.

Napisano o niej cztery książki, może szykują się kolejne. Wyliczanie wszystkich zwycięstw w mistrzostwach świata, Pucharze Świata, Tour de Ski, cyklu Visma Ski Classics, także opowieści o niezwykłej relacji z trenerem Aleksandrem Wierietielnym i zakrętach jej życia to długa i fascynująca historia.

Justyna Kowalczyk pozostaje postacią niebanalną, trudną do zaszufladkowania, także teraz, w finałowym okresie kariery, gdy coraz trudniej mierzyć się jej z codziennymi wyzwaniami wyczynowej biegaczki narciarskiej, gdy młodsze rywalki zagraniczne doganiają i przeganiają (w Polsce nadal nie ma konkurencji), gdy nawet najsolidniejsze przygotowania i świetny warsztat trenerski nie gwarantują olimpijskiej fety.

Ostatni pucharowy sukces, zwycięstwo nr 50, pani Justyna odniosła 4 lutego 2017 roku w biegu łączonym podczas próby przedolimpijskiej w Pjongczangu. Wtedy raz jeszcze przypomniała sobie i światu, że ma geny mistrzyni. Pięć medali olimpijskich zdobywała, gdy obok na linii startu stały wielkie sławy, walczyła zaciekle z przeciwnościami nie tylko na trasach.

Jej olimpijska historia to potwierdza. Zaczęła się w 2006 roku w Turynie. Była jedyną reprezentantką Polski. Najpierw na trasie w Pragelato w biegu łączonym była ósma, niewiele sekund za ówczesną mistrzynią Kristiną Šmigun. Cztery dni później był bieg na 10 km stylem klasycznym.

Nikt tego nie przewidział – upadła na trasie, straciła przytomność. Szef misji medycznej dr Robert Śmigielski zlecił badania, echo serca też, wyszło, że sprawa nie jest groźna, ale ciche obawy zostały. Decyzja była jednak odważna: niech startuje. Po latach dr Śmigielski przyznał, że wydał zgodę także dlatego, że miał świadomość, iż odmowa może zostawić trwały ślad w psychice biegaczki, nawet złamać jej karierę.

W sprincie stylem dowolnym się nie odbudowała (44. w eliminacjach), ale potem był niezwykły bieg na 30 km klasykiem ze startu wspólnego i ten pierwszy medal, brązowy, za Kateřiną Neumannovą i Julią Czepałową. Certyfikat odporności został wydany.

Cztery lata później w Vancouver, a właściwie na trasach w Whistler, wykonała cały program olimpijski z przytupem. Pięć startów, trzy medale, każdy w innym kolorze. Napierw 5. miejsce na 10 km łyżwą, potem wielka walka z Marit Bjoergen i Petrą Majdič w sprincie klasykiem, zakończona srebrem. Bieg łączony przyniósł brąz, o pół stopy przed rywalką z Norwegii. Sztafetę 4x5 km na drugiej zmianie wyprowadziła na pierwsze miejsce, połykając rywalki w szalonym tempie, ale ten wysiłek został zmarnowany ze względu na dopingową wpadkę Kornelii Marek i późniejszą dyskwalifikację drużyny.

Wreszcie finał igrzysk, 30 km techniką klasyczną. I finisz, jakiego nie widziano. Bjoergen goniła Polkę cały kilometr, kilkadziesiąt metrów przed metą nawet przegoniła, by zderzyć się z niesłychaną twardością pani Justyny tuż przed linią fotokomórki. Różnica: 0,3 sekundy, złoto dla Kowalczyk po biegu, który budzi ogromne emocje do dziś.

Wydarzenia w Vancouver na kilka lat zdefiniowały obraz kobiecego narciarstwa biegowego, z jego polską i norweską bohaterką, z kontrowersjami, jakie budziły po obu stronach barykady wypowiedzi charakternych biegaczek.

W Soczi znów najpierw był bieg łączony i niezłe szóste miejsce, ale zaraz gruchnęła długo ukrywana informacja, że polska mistrzyni ma złamaną kość śródstopia. Cała Kowalczyk – z pochmurną miną oświadczyła, że owszem, boli, że zastrzyki trzeba brać, ale żadnej rezygnacji nie będzie. I wygrała kilka dni później bieg na 10 km stylem klasycznym. W dodatku tak, by nie było żadnych wątpliwości, kto w tym fachu jest najlepszy.

Potem jeszcze były sztafety, zwykła (7. miejsce) i sprinterska (5.) oraz finałowy bieg na 30 km łyżwą, ale w nim Polka zeszła z trasy przed połową dystansu, ból w końcu wygrał.

W minionym czteroleciu kariera Justyny Kowalczyk zaczęła przygasać, kontuzje i poważne choroby miały w tym swój udział. Dostaliśmy sygnały o zmianie priorytetów, zobaczyliśmy dramatyczne pożegnanie z Tour de Ski z kolejną utratą przytomności, nie dostaliśmy jednak informacji, że to koniec z bieganiem, wręcz przeciwnie.

Rok temu w Lahti podczas mistrzostw świata najlepszym rezultatem było 8. miejsce na 10 km klasykiem. Tę zimę rozpoczęła od zapowiedzi kilku olimpijskich startów, ze szczególnym naciskiem na sprint i bieg na 30 km, oba klasykiem, bo lata treningowej katorgi odbiły się na możliwościach w bieganiu stylem łyżwowym.

Trochę ukryta z zespołem na trasach treningowych w różnych częściach świata, wracała tylko na kilka startów pucharowych, z których przywiozła 7. miejsce w sprincie w Lillehammer i 8. w biegu na 10 km w Planicy. Wróżyć z nich medal igrzysk trudno, ale Justyna Kowalczyk, jak się rzekło, do zwykłości ma daleko. Nawet gdy ogromu pracy do podium nie wystarczy, to walkę do ostatniego tchu może obiecać w ciemno.

Reprezentacja Polski w biegach narciarskich liczy w Pjongczangu siedem osób. Obok Justyny Kowalczyk na trasach ośrodka Alpensia pojawią się Sylwia Jaśkowiec, Martyna Galewicz i Ewelina Marcisz oraz Maciej Staręga, Dominik Bury i Kamil Bury. Ich poziom sportowy nie uprawnia do stawiania śmiałych prognoz.

Wytrwałym kibicom biegów, pani Justyny w szczególności, podpowiadamy, kiedy patrzeć w ekrany telewizorów, lecz z zastrzeżeniem, że nie musi się ona pojawić we wszystkich konkurencjach. Może to, wbrew obawom, będzie jej wspaniałe olimpijskie pożegnanie, może już nie dogoni samej siebie, ale z wielu względów oglądać Justynę Kowalczyk wciąż warto. ©?

Starty Polek

10 lutego: 8.15 łączony 15 km (Martyna Galewicz, Sylwia Jaśkowiec, Justyna Kowalczyk, Ewelina Marcisz)

13 lutego: 12.00 sprint st. klas. (ew. Galewicz, Jaśkowiec, Kowalczyk, Marcisz)

15 lutego: 7.30 10 km st. dow. (Galewicz, Jaśkowiec, Marcisz)

17 lutego: 10.30 sztafeta 4x5 km (Galewicz, Jaśkowiec, Kowalczyk, Marcisz)

21 lutego: 9.00 sprint drużynowy st. dow. (ew. Jaśkowiec, Kowalczyk)

25 lutego: 7.15 30 km st. klas. (Jaśkowiec, Kowalczyk)

Witold Bańka | minister sportu i turystyki

Stan polskich sportów zimowych oceniam realnie. W całej historii igrzysk zdobyliśmy 20 medali, w Vancouver i Soczi po sześć – więcej, niż można było przypuszczać. Szanse w znacznej mierze opieramy na skoczkach, ale liczę na niespodzianki. Z nadzieją spoglądam na biatlonistki, szczególnie na Weronikę Nowakowską i sztafetę. Być może błysną też panczenistki i panczeniści.

Problemem jest to, że od wielu lat przewijają się te same nazwiska, nie widać chociażby następczyń Justyny Kowalczyk. To skutek braku długofalowej strategii w związkach i odpowiedniego wsparcia finansowego programów szkoleniowych. Dotąd pokutowało myślenie: mamy gwiazdę, to trzeba jej zapewnić godne warunki. W stosunku do 2015 roku zwiększyliśmy środki na sport dzieci i młodzieży o 93 proc. Dzisiaj jest to 226 mln zł.

Bardzo istotne jest także zaangażowanie spółek Skarbu Państwa, co pokazuje m.in. program LOTOS Cup, którego zadaniem jest szukanie przyszłych mistrzów skoków. To zdało egzamin. Problemy oczywiście są, brakuje silnej kadry B, ale pojawili się juniorzy, jak Tomasz Pilch. Ważne, by wykorzystać ten potencjał sportowy i marketingowy.

Spółki Skarbu Państwa są bardzo otwarte na sponsoring dobrze przygotowanych i przejrzystych projektów. Ale muszą dbać o swój wizerunek, dlatego nie zainwestują środków w związek, za którym ciągnie się zła opinia. Przygotowaliśmy „Kodeks dobrego zarządzania dla polskich związków sportowych". Od jego przestrzegania będzie w najbliższych latach uzależnione finansowanie. Niewłaściwe zarządzanie to wirus. Może nie jest to rak, który zabija, bo sport radzi sobie dzięki sukcesom zawodników i zaangażowaniu trenerów, ale osłabia organizm. Jeżeli nie uleczymy tej choroby, nie pójdziemy do przodu.

Straciliśmy zbyt wielu utalentowanych zawodników. By nie przegapić kolejnych, wprowadziliśmy program Team 100. Wspieramy już 200 najbardziej utytułowanych, młodych sportowców z różnych dyscyplin letnich i zimowych, w tym 25 paraolimpijczyków. Chcemy zapewnić im komfort przygotowań do najważniejszych imprez. Te 40 tys. zł rocznie, jakie otrzymują, mogą wykorzystać na opiekę medyczną czy wynajem mieszkania. Jestem przekonany, że z tej grupy będziemy mieli wielką pociechę. 127 dotychczasowych beneficjentów dało nam dotąd 98 medali.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA