fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Przestrzelone nierówności dochodów

Adobe Stock
Wbrew rewelacjom dane statystyczne lokują Polskę w grupie państw o średnich nierównościach dochodów.

Przedstawione w roboczym dokumencie badawczym World Inequality Lab (WIL) eksperymentalne obliczenia nierównomierności rozkładu dochodów ludności w 38 krajach Europy wywołały zamieszanie. Obliczenia dla Polski są w sprzeczności nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale i danymi statystycznymi o rozkładzie dochodów i podatków.

Na początek warto zauważyć, że nie istnieją powszechnie stosowane międzynarodowe standardy mierzenia rozkładu dochodów, tak jak np. PKB precyzyjnie definiowanego w systemie ONZ. Pewne kwestie związane ze statystyką dochodów są harmonizowane przez Eurostat, co nie załatwia sprawy. Problem w krajowych specyfikach i praktykach klasyfikowania dochodów.

Uwaga o braku standardów międzynarodowych odnosi się zarówno do definicji dochodów osobistych, jak i mierników. W USA, porównywanych przez WIL z Europą, statystyki podają kilkanaście definicji dochodów osobistych. Tworzy to pole do manipulacji danymi i wykorzystywania tych, które są wygodne dla udowodnienia jakiejś tezy. Porównywalność międzynarodowa danych jest tu wielce wątpliwa, a przy ich interpretacji wskazana jest daleko idąca ostrożność.

Francuscy autorzy opracowania WIL zdecydowali się objąć badaniem długi okres 37 lat od 1980 do 2017 r. W przypadku Polski brak oficjalnych statystyk dla ubiegłego stulecia, a zwłaszcza lat 80., które opisywałyby PKB, dochody i podatki ludności w sposób poprawny i porównywalny z dzisiejszymi standardami.

Obraz zaciemnia zamieszanie wynikające z transformacji, hiperinflacji czy braku powszechnego systemu podatkowego Polsce. O pożądanej jakości danych o dochodach można mówić dopiero od początków XXI w. Poprzednio były prowadzone szacunki przez różne ośrodki i autorów, pojawiały się nieuniknione ogromne różnice. W pułapkę korzystania z takich danych wpadła OECD podająca, że w latach 90. w Polsce był drugi co do wysokości współczynnik koncentracji dochodów Giniego w krajach tej organizacji.

Nowatorskie miary

WIL sygnalizuje, że brak wyczerpujących informacji do analiz, istniejące zaś dane są niespójne i nieporównywalne. Z tego powodu opiera się na fragmentarycznych danych z zakresu badań statystycznych i innych badań dochodów, informacji o podatkach i rachunków narodowych. Końcowym rezultatem są dla WIL tzw. dystrybucyjne rachunki narodowe. Mamy więc „ostateczny" podział dochodu narodowego między beneficjentów sięgający w najwyższych dochodach 0,001 proc. rozkładu dochodów. Luki danych zostały uzupełnione przez zastosowanie różnych technik statystycznych i obliczeń modelowych.

WIL podjął się niemal niewykonalnego zadania, stąd nieoczekiwane rezultaty. Z mojego długoletniego doświadczenia jako statystyka i ekonomisty wynika, że kwestia pełnego pogodzenia danych makroekonomicznych z mikroekonomicznymi, co zrobił WIL, nie została dotychczas rozwiązana w europejskich urzędach statystycznych.

WIL ocenia jakość statystycznych danych wejściowych do obliczeń, zaliczając Polskę do większości krajów o wysokiej jakości danych (4 w skali pięciostopniowej), co budzi wątpliwości z powodu nieliczenia PKB w latach 80. i nierówności dochodów w ostatnim 20-leciu XX w. i stosowaniu standardów europejskich dopiero w XXI w.

Podstawowa koncepcja według WIL to analiza dochodu narodowego (przypadającego na dochody osobiste) przed opodatkowaniem i transferami społecznymi, ale z uwzględnieniem transferów emerytalnych. Dochód narodowy (netto) jest jedną z wielkości rachunków narodowych.

W takiej definicji dochodów tkwi jedna z istotniejszych przyczyn niezgodności rezultatów WIL z wynikami standardowych badań statystycznych. Inne powody niezgodności to przeliczanie dochodu na osobę dorosłą, podczas gdy zwykle dokonuje się przeliczeń na mieszkańca, gospodarstwo domowe lub pracującego.

Zdumiewające konkluzje

W obliczeniach WIL Polsce przypadła rola europejskiego lidera w długookresowym wzroście nierówności dochodów. Francuscy autorzy podają, że na 10 proc. osób o największych dochodach miało u nas w 1980 r. przypadać 22,5 proc. dochodów, które wzrosły do 38 proc. w 2017 r. Tymczasem wg corocznego badania budżetów gospodarstw domowych GUS, w 2017 r. ta odnosząca się do dochodów do dyspozycji liczba była o 14 pkt proc. niższa i wyniosła 23,9 proc. Inne badanie GUS, obejmujące wynagrodzenia brutto 8,2 mln zatrudnionych w październiku 2016 r., pokazuje, że odsetek ten wynosi 27 proc.

Dane statystyczne lokują Polskę w grupie krajów o średnim poziomie nierówności dochodów osobistych, jeśli wziąć pod uwagę kilka wskaźników nierówności. W tej dekadzie obserwuje się zmniejszanie nierówności i powolne schodzenie Polski poniżej średniego ich poziomu w UE.

Podobna rozbieżność pojawia się przy porównaniu danych o podatkach osobistych, które co roku podaje resort finansów. W 2017 r. 3,45 proc. podatników przekroczyło próg 85 528 zł, przypadło nań 15,34 proc. dochodów opodatkowanych. Według moich szacunków opartych na uniwersalnym wzorcu rozkładu dochodów dopełnienie 6,55 proc. podatników do dziesiątej grupy decylowej daje rezultat ok. 28 proc., czyli 10 pkt proc. mniej niż szacuje WIL.

Niektóre konkluzje omawianego materiału roboczego są zdumiewające. Twierdzi się, że proces konwergencji dochodowej (w konwencji WIL) w Europie w czterech ostatnich dekadach był nieznaczny, a efekty ograniczania nierówności mizerne.

Kiedy pojawiły się pierwsze informacje o ogłoszonym przez WIL rekordowo dużym wzroście nierówności w Polsce, większość komentatorów przyjęła je z niedowierzaniem. Natomiast red. Jacek Żakowski w Radiu TOK FM przyjął rewelacje WIL jako niepodważalną prawdę. Zasugerował, że dane podawane od lat przez GUS mijają się z prawdą. Nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy z tego, że francuski think tank przetworzył pośrednio lub bezpośrednio dane GUS, a czego brakowało, to sobie doszacował.

Mam podejrzenia, że łączny efekt opisanych tu okoliczności i założeń WIL przyczynił się do popełnienia błędu metodologicznego lub niewłaściwej interpretacji danych. Przy długich szeregach czasowych takie sytuacje prowadzą do uzyskiwania absurdalnych rezultatów. Innym powodem zamieszania jest przyjmowanie własnych koncepcji i definicji, odmiennych od tradycyjnych praktyk urzędów statystycznych i organizacji międzynarodowych.

Autor jest byłym prezesem GUS

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA