fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mazurek na wynos

Czterech dziadów i obraz

Fotorzepa/ Robert Gardziński
A więc jednak się nie otrę. O wielkość się nie otrę, niestety, i nie zostanę intelektualistą. Z głupoty własnej, ale nie w sensie, żem cymbał z urodzenia, bo to jakoś maskować mnie się udaje, ale żem głupi i się czepiam. No, ale po kolei.

Zadzwonił do mojej osoby Łukasz Garbal, doktor nauk, nazwisko zapamiętać warto, bo wróżę karierę, człowiek jeszcze młody, ale wie, gdzie leżą konfitury. Otóż dr Garbal organizuje w niezawodnym Muzeum Polin debatę – czują to państwo, uczta się szykuje – i bardzo chciałby, cobym wziął udział. Debata ma być o patriotyzmie, nie o cyrku, więc się dwa razy upewniłem, czy na pewno dobrze się dodzwonił. Nie, dobrze, ten Mazurek. Pokraśniałem.

Są jednak rzeczowniki, które z nazwiskiem Mazurek występują rozdzielnie – wiecie państwo, na przykład gala, intelektualiści, uroda, dieta – i słowo „debata” jest niebezpiecznie blisko tej granicy. Zacząłem kwękać, ale niezrażony pan doktor przysłał listę panelistów. I mnie olśniło. Zrozumiałem, w jakim charakterze mnie tam zaproszono. Na liście bowiem cztery (o dżenderową równowagę nie zadbano, będzie afera) tuzy i błazen.

Ale można też inaczej czytać. Na liście, którą otwiera nazwisko Adama Michnika, a dalej jest nie gorzej, cztery kwiaty platformerskiego, pardon, zaangażowanego prodemokratycznie – tak się to chyba teraz nazywa – dziennikarstwa i moja, czarnosecinna gęba. Wzruszyłem się. Dr Garbal młodość mnie przypomniał. Tak się bowiem składa, że od dawna już mnie nikt poza pewnym młodocianym i niepełnosprytnym Patrykiem w roli prawicy nie obsadza, a moje przygody z politykami PiS niezorientowaną resztę przekonały, żem kiep i salonowiec. A tu proszę, taka radość.

To druga radość w ostatnich dniach. Pierwszą sprawił mnie znany dziennikarz, mówiąc, iż „felietoniści zwykle udają, że piszą o świecie, by pisać o sobie, a ty, Mazurku, odwrotnie”. Wspominam jego słowa nie po to, by się pochwalić, ale by się nimi teraz kierować. Bo teraz będzie serio. Wyłuszczyłem mojemu rozmówcy, że w Polinie raczej na monolog na głosy rozpisany się zanosi, nie na dialog, i udział w tej hucpie mnie bawi umiarkowanie. W odpowiedzi pan doktor zaczął gorąco przekonywać, że pluralizm na sercu mu leży, tak jeno wyszło przypadkiem. Jakim przypadkiem?

– Szedłem kluczem naczelnych – wyjaśnił.
– A czego naczelnym jestem ja? – spytałem, bo może mnie gdzieś mianowali, to chociaż po honorarium bym się zgłosił.
– No, pan to samego siebie, ha, ha, ha.
– Wie pan, ale ja akurat znam kilku innych naczelnych: Sakiewicz, obaj Karnowscy...

Garbal zamarł. Przestraszyłem się, iż mu coś zaszkodziło, ale się ocknął i jęknął: „Wie pan, do redaktora Lisickiego mógłbym się jeszcze zgłosić, ale do Karnowskich zadzwonić nie mogę". I tu relację mógłbym zakończyć, bo pogratulowałem wrażliwemu doktorowi sumienia i zauważyłem, że skoro nie zaprasza gości do domu na imprezę, tylko za publiczne pieniądze debatę organizuje, to czemu jednak o autentyczną różnorodność nie zadba. Karnowscy czy Sakiewicz się z podatków na Polin i honorarium dr. Garbala nie składają? Jasne, że nie, ich forsa idzie tylko na muzeum Jana Pawła II i geotermię dla o. Rydzyka.

Poza ponowieniem zaproszenia dla mojej osoby niczego innego nie usłyszałem, więc rozmowę z panem doktorem zakończyłem uwagą, że z uprzedzeń warto się jednak leczyć, ale jeszcze tego samego wieczoru ogarnął mnie autentyczny smutek. Siedziałem bowiem w Londynie ze znajomym lewakiem. Takim lewakiem kategorii max. Wiedzieliśmy, że się w wielu sprawach nie zgadzamy, nie omijaliśmy ich, lecz bez trudu znaleźliśmy kilka tematów, w których mówiliśmy chórem, czuliśmy wspólnie. Nie dowiedzielibyśmy się tego, gdybyśmy – wzorem dr. Garbala – nie spróbowali ze sobą porozmawiać.

Pal licho Mazurka. Smutne jest, że niemal wszystkie debaty i dyskusje w Polsce, i w mediach, i na uniwersytetach, wyglądają tak samo. Swoi mówią do swoich, dyskutanci zgadzają się we wszystkim i śpiewają chórem. Życie w takiej bańce kończy się bolesnym rozczarowaniem, jak w 2015 roku, kiedy ani pijanej zakonnicy, ani pasów nie było, jeno suweren okazał się być kapkę inny niż ten przez główny nurt malowany. I jeszcze jedno: bez względu na to, kto wygra te czy którekolwiek inne wybory, druga połowa nie zniknie. Musicie się nauczyć żyć razem, drogie misie. I Garbal, i Karnowscy.

  

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA