fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kościół

Tomasz Krzyżak: Kontrowersyjny hierarcha ma milczeć

Jan Paweł Lenga w programie Jana Pospieszalskiego
Kadr z programu
Abp Jan Paweł Lenga, były ordynariusz diecezji w Karagandzie, który emeryturę spędza w Licheniu a ostatnio zasłynął z kontrowersyjnych wypowiedzi na temat papieża Franciszka, ma powstrzymać się od głoszenia kazań i publicznego przewodniczenia liturgii.

Taką decyzję podjął biskup Wiesław Mering, ordynariusz diecezji włocławskiej, na terenie której położony jest Licheń. Ks. Artur Niemira – kanclerz włocławskiej kurii – wyjaśnił Katolickiej Agencji Informacyjnej, że decyzje te obowiązują do czasu ewentualnych rozstrzygnięć podjętych przez Watykan. Biskup Mering nakazuje zaś kontrowersyjnemu hierarsze milczenie, by zapobiec szerzeniu się skandalu wśród wiernych.

Teoretycznie zakazy obowiązują tylko na terenie diecezji włocławskiej, ale i tak abp Lenga chcąc przewodniczyć mszy pontyfikalnej, czyli z mitrą na głowie i pastorałem w ręku, powinien prosić o zgodę biskupa miejsca. Nie wiadomo czy robił to wcześniej. Teraz – skoro jednej biskup próbuje „zapobiec zgorszeniu” – raczej trudno będzie mu to uzyskać. Inna sprawa, że wszystko wskazuje na to iż arcybiskup ma od dawna zakaz publicznego sprawowania posługi tyle tylko, że nagminnie go łamie. Skąd te wnioski?

Zanim to wyjaśnię muszę zrobić mały wstęp. O działalności abp. Lengi i głoszonych przez niego poglądach, które sieją niemały zamęt, biskupi byli informowani co najmniej od półtora roku  (osobiście znam księdza, który interweniował). Temat jesienią ub. roku został podjęty przez kwartalnik „Więź” i portal deon.pl. Właściwie bez reakcji. Dopiero miesiąc temu, gdy hierarcha ze swoimi kontrowersyjnymi tezami pojawił się w publicznej telewizji w programie Jana Pospieszalskiego, a przeciwko obrażaniu papieża zaprotestował m.in. znany rekolekcjonista ks. Przemysław Sawa oraz duża część mediów, episkopat ustami swojego rzecznika odciął się od niego. Poinformowano, że nie jest on członkiem Konferencji Episkopatu Polski, nigdy nim nie był, a jego słów nie można utożsamiać ze stanowiskiem polskich biskupów.

W obronie abp. Lengi stanął wówczas ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Na swoim blogu zamieścił tekst, w którym napisał, że nie rozumie tego komunikatu, że „za jego gorliwą [abp. Lengi] posługę w Kazachstanie należą się wdzięczność i szacunek, a nie takie połajanki ze strony kościelnych urzędników”. Podkreślił, że arcybiskup  nigdy nie przedstawiał się jako członek czy reprezentant episkopatu Polski oraz, że nie był też ukarany kanonicznie i nie są przeciwko niemu prowadzone sprawy sądowe”. Jego zdaniem komunikat jest niesprawiedliwy.

Tyle tylko, że nikt nigdy nie kwestionował zasług abp. Lengi dla Kościoła w Kazachstanie. Będąc administratorem apostolskim odbudował tam jego struktury, został pierwszym ordynariuszem Karagandy, a po ustanowieniu metropolii w Astanie i podporządkowanie jej Karagandy, w uznaniu swoich zasług został arcybiskupem ad personam. To wszystko prawda. Ale jednak w 2011 roku, w wieku 61 lat – a więc 14 lat wcześniej niż przewiduje to Kodeks Prawa Kanonicznego przeszedł na emeryturę. Dlaczego tak się stało?

Sam abp Lenga wiele nam na ten temat nie mówi. Ale z urywków też wiele można się dowiedzieć. W kilku publicznych wystąpieniach (dostępne są one w Internecie) mówi o „degradacji” oraz „zesłaniu”. W grudniu 2015 roku w rozmowie z ks. Jarosławem Cieleckim – znanym jako Padre Jarek –  zamieszczonej na kanale Charbel TV, arcybiskup tłumaczył, że podał się do dymisji pod wpływem watykańskiej Kurii. W tej samej rozmowie stwierdza, że został „skierowany” do Lichenia. Innym razem w jednym z wystąpień – przytoczył je w książkowej rozmowie z arcybiskupem dr Stanisław Krajski – miał powiedzieć: „Jestem uwięziony w klasztorze i nie mogę powiedzieć kazania, mszy świętej nie mogę odprawiać, ale to nie jest kara kościelna choć z nią się liczę”. Kilka zdań wcześniej tłumaczył zaś, że został wypędzony z Kazachstanu za to co mówił o Chrystusie, nie postawiono mu jednak żadnych zarzutów, a jego dymisja była ukartowana przez kard. Tarcisio Bertone i abp. Dominique Mamberti.

Sięgnijmy do Kodeksu Prawa Kanonicznego (KPK). W kanonie 401 p. 2 zapisano: „Usilnie prosi się biskupa diecezjalnego, który z powodu choroby lub innej poważnej przyczyny nie może w sposób właściwy wypełniać swojego urzędu, by przedłożył rezygnację z urzędu”. W wydanym zaś w 2004 r. przez Kongregację ds. Biskupów „Dyrektorium o pasterskiej posłudze biskupów „Apostolorum Successores” czytamy: „W przypadku choroby albo innej poważnej przyczyny, która nie pozwalałaby w sposób właściwy sprawować urzędu biskupiego, biskup usilnie skłaniany do tego przez prawo, niech czuje się zobowiązany do przedstawienia Papieżowi swojej rezygnacji”. Wybitny kanonista ks. prof. Mirosław Sitarz, autor m.in. „Słownika prawa kanonicznego”, zwraca uwagę, że sformułowanie „zrzeczenie się” (resignatio, renuntiatio, dimissio) urzędu jest synonimem rezygnacji i dymisji. Jakie nadzwyczajne okoliczności wystąpiły w przypadku abp. Lengi tego nie wiemy. On sam – powtórzę raz jeszcze – twierdzi, że wyrzucono go za to co mówi o Chrystusie. Gdyby tak było, to byłby to przypadek w historii Kościoła wyjątkowy.

Od czasów rezygnacji abp. Lenga przebywa w Licheniu, w domu zakonnym księży Marianów (to jego macierzyste zgromadzenie) na terenie diecezji włocławskiej. Znów rodzą się pytania o to dlaczego akurat Licheń. Zgodnie z prawodawstwem kościelnym biskup po przyjęciu rezygnacji przez papieża zachowuje tytuł biskupa emeryta swojej dotychczasowej diecezji. KPK precyzuje, że jeśli chce może zachować w niej mieszkanie „chyba że w pewnych przypadkach inaczej zadecyduje Stolica Apostolska ze względu na specjalne okoliczności” (kan. 402 p.1). O jego utrzymanie powinna zatroszczyć się dotychczasowa diecezja, a w przypadku zakonnika jego zgromadzenie.

Przypatrując się przypadkowi abp. Lengi można odnieść wrażenie, że wszystko jest w porządku. Marianie mają wprawdzie dom zakonny w Karagandzie, ale sam Lenga wybrał Licheń, tu mieszka i jego zgromadzenie go utrzymuje. Ale… W przywoływanym już wywiadzie z roku 2015 arcybiskup mówi, że został skierowany do Lichenia, „jak mnie tutaj zesłali to siedzę”, „jestem uwięziony w klasztorze”. Użycie tych sformułowań daje podstawę do twierdzenia, że wybór Lichenia nie był dobrowolny lecz wynikał z jakiegoś nakazu. Najpewniej „ze względu na specjalne okoliczności”. Nikt nie za bardzo chce powiedzieć jakie i za co. Ale na istnienie jakiegoś nakazu wskazują osoby, które mają kontakt z abp. Lengą. Prof. Mirosław Dakowski na swojej stronie internetowej w zaproszeniu na spotkanie z hierarchą, które odbywało się 30 stycznia 2019 roku w warszawskim Domu Dziennikarza napisał (pisownia oryginalna, podkreślenia moje): „Jego miejsce pobytu, nakazane watykańskim dekretem za aprobatą Papieża Franciszka - Biskupa Rzymu, zostało wyznaczone w klasztorze o. Marianów w Licheniu Starym. Wykonując bez szemrania polecenie i wolę watykańskiej administracji, cierpliwie znosząc ten zakaz, odprawia codziennie mszę świętą na stoliku w swoim »pokoju gościnnym«, mając za oknem potężną bryłę wspaniałej Bazyliki Licheńskiej (tam nie ma zezwolenia). Ksiądz arcybiskup przerwał zakaz milczenia, kiedy odprawił uroczystą mszę świętą, głosząc Słowo Boże w Święto Podwyższenia Krzyża Świętego w Pruszczu Gdańskim, we wrześniu 2018 roku”.

Powyższe fakty potwierdza zresztą w komunikacie dotyczącym zakazu publicznego sprawowania posługi przez abpa Lengę diecezja włocławska: „[Arcybiskup Lenga] od 2011 roku przebywa w klasztorze księży marianów w Licheniu Starym na terenie diecezji włocławskiej – miejscu wskazanym przez Stolicę Apostolską”.

A zatem wygląda na to, że arcybiskup ma jakieś zakazy i nakazy nałożone na niego przez Stolicę Apostolską. Coś na rzeczy jest. A skoro on sam nie chce powiedzieć co, to powinien zrobić to za niego ktoś inny. Kto? Wydaje się, że w pierwszej kolejności biskup włocławski, który musiał otrzymać informację ze Stolicy Apostolskiej o tym, że na terenie jego diecezji będzie mieszkał emeryt z Kazachstanu. Teraz mówi o tym statusie dość mgliście. Skoro jednak nie chce mówić biskup włocławski ani Konferencja Episkopatu Polski, to powinien to zrobić nuncjusz. Szkoda, że tego nie robi. I znów wracam do mojej ulubionej śpiewki: w sytuacji nagłej, niespodziewanej, kryzysowej komunikacja w Kościele w Polsce leży. Inna rzecz – i tu przytyk do Watykanu – mimo 11 aktów prawnych, w których traktuje się o biskupach emerytach są one niejasne. Niedawno – niezależnie od sytuacji w Polsce - zwrócił na ten problem Lorenzo Prezzi na łamach włoskiego portalu „Settimana News”. Zauważył on, że pilnej odpowiedzi wymagają np. pytania o to jak mają wyglądać kontakty biskupa emeryta z diecezją, w której postanowił on spędzić resztę życia.

Reasumując ten długi wywód: bez przyczyny arcybiskup Lenga nie zrezygnował, bez przyczyny nie siedzi w Licheniu, nie bez przyczyny mówi o uwięzieniu i przerwaniu milczenia.

Przed miesiącem ks. Isakowicz-Zaleski nie rozumiał stanowczego odcięcia się polskiego Episkopatu od abp. Lengi i podkreślenia, że nigdy nie był on jego członkiem, a po za tym nigdy też nie mówił, że nim jest. To prawda nie był i nie mówił. We wspominanej już rozmowie w 2015 roku posłużył się za to takim stwierdzeniem: „Nie jestem tutaj [w Polsce] w konferencji biskupów, nikt mnie do niej nie zaprosił, jestem arcybiskupem, jestem w Licheniu, ale nie mam kontaktu ze współbraćmi”. Po co zatem KEP się od niego odcięła?

Ksiądz abp. Lenga ma obywatelstwo polskie (nie wiem od kiedy, Wikipedia podaje, że gdy w 2011 r. otrzymywał Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej był obywatelem Kazachstanu, posiadającym Kartę Polaka),  w biogramach pisze się o nim „polski duchowny rzymskokatolicki”, na spotkaniach autorskich przedstawiany jest jako polski biskup. Do tego dość dobrze posługuje się językiem polskim. Przeciętny odbiorca nie szuka szerszej informacji, pozostaje przy tym co mu podadzą i natychmiast utożsamia arcybiskupa z Konferencją Episkopatu Polski. Jego słowa przyjmuje jako głos polskich biskupów – ewentualnie odrębny głos jednego z nich. A skoro biskupi nie zgadzają się z tym co mówi – po prostu wyraźnie się od niego odcinają, bo nie chcą być z nim kojarzeni. Zdaje się też, że dotarło do nich, że abp Lenga wprowadza do Kościoła niepotrzebny zamęt, a nawet stał się swoistym guru w pewnych środowiskach. Jedno z nich – marzące o powrocie w Polsce monarchii -  już zdążyło obwołać go Prymasem Królestwa Polskiego.

Lepiej się zatem odciąć późno niż wcale.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA