fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Bandyci na ulicach Białegostoku: Polska prawica nie może milczeć

AFP
Po tym, co wydarzyło się w Białymstoku wszyscy polscy politycy, którzy uważają się za konserwatystów i przedstawicieli tradycyjnej prawicy, powinni jednoznacznie zadeklarować, że bandyci, którzy na ulicach stolicy Podlasia palili tęczowe flagi, bili ludzi i rzucali w uczestników Marszu Równości kamieniami z prawicą mają co najwyżej tyle wspólnego, że czasem zdarza im się skręcić w prawo.

Tu nie ma miejsca na niuansowanie, na te wszystkie „potępiam, ale…”, po którym następuje ubolewanie na ofensywę tego, co przeciwnicy zgromadzeń takich jak Marsz Równości nazywają ideologią LGBT. Nie ma też miejsca na przerzucanie części winy na drugą stronę – na potępianie chuliganów w stylu posła Marcina Horały, który akty chuligańskie potępia m.in. dlatego, że „nic tak nie sprzyja promocji LGBT w Polsce, jak ustawianie tych osób właśnie w roli ofiar, tak jak się stało w Białymstoku”. A już na pewno nie ma miejsca na refleksje jakie były udziałem ministra edukacji Dariusza Piontkowskiego, który stwierdził, że „tego typu marsze wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne budzą ogromny opór”. - W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane – stwierdził minister. Szkoda, że ten ostatni nie zastanawia się co w polskim systemie edukacji poszło nie tak, że pewna grupa młodych ludzi uważa, że można używać przemocy wobec innej grupy młodych ludzi, z którą jest im nie po drodze.

Czytaj także:

Pierwszy Marsz Równości w Białymstoku zaatakowany przez kiboli

-  Jesteśmy krajem, który docenia i szanuje innych. Bardzo często tego szacunku, tolerancji dla innych w Europie brakuje. Pokażmy całej Europie, że to jest możliwe – mówiła w niedzielę była premier Beata Szydło. Niestety po wydarzeniach z 20 lipca specjalnie nie mamy się czym chwalić. Kiepska to tolerancja, którą na niemożliwą do przejścia próbę wystawia legalnie przechodzący ulicami miasta marsz. Jeśli – wracając do słów ministra Piontkowskiego – owe marsze budzą tak ogromny opór, że aż niektórzy czują potrzebę przechodzenia ze słów do rękoczynów, to może sprawą powinien zainteresować się minister zdrowia, który mógłby rozważyć wysyłanie tych nadmierne nerwowych młodych ludzi na jakąś psychoterapię.

Nade wszystko jednak żaden szanujący się polityk prawicy nie może zgodzić się na to, by przemoc miała w kraju prymat nad prawem. I chodzi zarówno o przemoc fizyczną – którą widzieliśmy w Białymstoku; jak i przemoc symboliczną. Wyrazem tej ostatniej jest dołączanie do jednej z gazet wlepek o treści tak głupiej, że aż trudno uwierzyć, iż w Polsce w czasie II wojny światowej tak krwawo doświadczony przez ideologię, której filarem było wyłączanie ze społeczeństwa i odczłowieczanie całych narodów i grup społecznych, ktoś mógł na nie wpaść. Najwyższym prawem w Polsce jest konstytucja, a ta głosi, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Czy minister Piontkowski słyszy? Wszystkich.

Każdy szanujący się polityk prawicy powinien więc dziś deklarować publicznie, że w przyszłości trzeba zrobić jeszcze więcej, aby Marsze Równości były bezpieczne. I żeby w ogóle były. Bo gdyby miało ich nie być dlatego, że mogą się nie spodobać jednemu czy drugiemu człowiekowi o niezbyt dużym rozumku tylko dlatego, że ów człowiek w nerwach rzuca kamieniami, czy bije na ulicach 14-latków, to znaczyłoby, że głośna swego czasu ocena, iż polskie państwo istnieje tylko teoretycznie, była dla owego państwa i tak zbyt łaskawa.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA