fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Nowa propozycja May: Kolejny etap desperacji

AFP
We wtorek popołudniu Theresa May ogłosiła, że jeśli Izba Gmin przyjmie na początku czerwca zaproponowaną przez jej rząd ustawę rozwodową z Unią, będzie mogła jednocześnie odnieść się do projektu ponownego referendum w sprawie Brexitu. To brzmi rewolucyjnie, ponieważ do tej pory May utrzymywała, że „brexit is brexit” - wyniku raz przeprowadzonego referendum nie można odwrócić.

Ale przy bliższej analizie propozycja pani premier tak rewolucyjna już nie jest. A nawet wygląda nieco komicznie. Po pierwsze - i bez jej inicjatywy deputowani głosowali nad ponownym referendum. Nie potrzebują więc w tej sprawie inicjatywy rządu. I to tym bardziej, że w Izbie Gmin póki co nie ma większości za takim rozwiązaniem, a więc jest to tylko teoretyczne założenie.

Po wtóre: sam pomysł May jest wewnętrznie sprzeczny. Po co bowiem zachęcać parlament do ratyfikacji rozwodowej, skoro naród (tak wskazują póki co sondaże), miałby potem tą decyzję odwrócić?

Wielka Brytania jest monarchią parlamentarną i każde referendum podważa jej podstawy ustrojowe, bo stawia pod znakiem zapytania rolę Izby Gmin jako ostatecznego suwerena.

Ale trzyletnia saga brexitowa rozbija też istniejący od blisko dwóch wieków system dwupartyjny. Głęboko podzielona na dwa skrzydła, pro i anty-unijne, Partia Konserwatywna nie jest w stanie wprowadzić w życie decyzji podjętej w referendum z 2016 r., które przecież zostało rozpisane z jej inicjatywy. Właśnie dlatego najpewniej wybory europejskie wygra radykalne ugrupowanie Nigela Farage’a, Partia Brexitu, które chce natychmiastowego rozwodu z Unią.

Ale także Partia Pracy nie jest w stanie przezwyciężyć podstawowej sprzeczności polegającej na tym, że większość jej posłów jest za integracją, a większość wyborców – przeciw. Dlatego i jej rośnie potężna konkurencja w postawi choćby Liberalnych-Demokratów i Zielonych.

Do tej pory May za wszelką cenę broniła swojej pozycji szefa rządu. Teraz stara się jednak uratować coś więcej: samą podstawę brytyjskiego systemu politycznego. Do zajęcia jej miejsca szykuje się bowiem były mer Londynu i były szef dyplomacji Boris Johnson, którego demagogiczne popisy retoryczne wyjątkowo przyczyniły się do tragedii, w jakiej znalazł się kraj. Po May będzie więc zapewne jeszcze gorzej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA