fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Inne sporty

Kolejna bomba na sztandze

shutterstock
Niemiecka telewizja ARD znów wytacza ciężkie działa przeciwko dopingowi.

Tym razem oskarża Węgra Tamasa Ajana, szefa Światowej Federacji Podnoszenia Ciężarów, o tolerowanie zakazanych praktyk.

Jednym z tych, którzy stawiają zarzuty Ajanowi, jest prezes niemieckiej federacji Christian Baumgartner. – To Ajan odpowiadał za obowiązujący system, tolerował negatywne zjawiska w naszej dyscyplinie. To za jego rządów szerzy się korupcja – mówi w filmie pokazanym przez ARD. Podobnych wypowiedzi jest więcej, między innymi lekarz kadry Mołdawii przyznaje, że oszukiwał przy przekazywaniu próbek moczu kontrolerom Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). W latach 2008–2017 na 453 medalistów igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata aż 204 miało nie być kontrolowanych w roku tych imprez. To robi wrażenie.

80-letni Tamas Ajan w latach 1975–2000 był sekretarzem generalnym Światowej Federacji Podnoszenia Ciężarów (IWF), a od dwóch dekad jest jej prezydentem. Od 2000 roku jest też członkiem MKOl. Jeśli zarzuty się potwierdzą, będzie miał poważne problemy. Na razie wiemy tylko tyle, że WADA im się przyjrzy, wstrzymując się na razie od komentarzy. Ajan to doświadczony gracz, wychodził już cało z podobnych opresji, a wraz z nim dyscyplina tak stara jak nowożytne igrzyska.

„Ludzie z Marsa" – tak o najlepszych sztangistach świata mówił jeden z naszych reprezentantów podczas turnieju O Puchar Morza Czarnego w 1984 roku w Warnie. Po bojkocie igrzysk olimpijskich w Los Angeles ciężarowcy z krajów socjalistycznych mieli tam swoje igrzyska. I nikt nie ścigał tych, którzy sięgali po doping. Rekordy świata były częścią polityki, więc padały często, w Warnie ustanowiono ich kilkadziesiąt.

Wszystko jednak blednie w porównaniu z aferą podczas igrzysk olimpijskich w Seulu w 1988 roku. Bułgarscy sztangiści wycofują się z turnieju, międzynarodowe władze zmieniają kategorie, likwidują stare rekordy, bo nikt nie jest w stanie ich pobić, i rozpoczynają walkę z dopingiem. Dożywotnie dyskwalifikacje, bolesne kary wykluczenia z międzynarodowej rywalizacji dla krajowych federacji nikogo nie dziwią. Polacy nie jadą na mistrzostwa świata do Melbourne w 1993 roku, bo wcześniej trzech naszych ciężarowców złapano na dopingu. Przy okazji wychodzi jednak na jaw hipokryzja międzynarodowych władz. Bogaci mogą wpłacić kilkadziesiąt tysięcy dolarów na konto IWF i kara zostanie zawieszona (Polacy rezygnują z takiej możliwości).

Kiedy Jurij Własow, mistrz olimpijski z Rzymu (1960), wiele lat po swoim największym sukcesie ostrzegać będzie na łamach „L'Equipe", że ciężary są na drodze do zguby, zostanie wyśmiany. A przecież miał rację. Jego słowa: „Chemią zastąpiono cierpliwość i uczucia, to już jest wojna, w której cel uświęca środki" – brzmią tak, jakby mówił je wczoraj.

– Podnoszenie ciężarów stało się jarmarkiem. Cena, jaką w tej dyscyplinie trzeba płacić za rekordy i medale, jest zbyt wysoka, kierujemy młodych ludzi na złą drogę. To zbrodnia – krzyczał Własow, ale nikt go nie słuchał. Dramatyczne wystąpienie wielkiego mistrza niestety nie oczyściło ciężarów.

Być może najnowszy film niemieckich dziennikarzy potraktowany zostanie poważniej niż dramatyczny apel Własowa. Taśmowe odbieranie medali igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata, nawet po dziesięciu latach, niczego nie zmieni. Ci, którzy je otrzymują w zamian, najczęściej też mają sporo grzechów na sumieniu.

Może czas zastanowić się poważnie, czy jest jeszcze miejsce dla podnoszenia ciężarów w rodzinie olimpijskiej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA