fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Skandal w Ministerstwie Wojny Francji. Akta republiki masonów

Wielki Wschód Francji miał szpiegować oficerów, zbierając informacje o ich życiu prywatnym, rodzinach oraz osobistych poglądach
miasto paryż/bhvp/roger viollet
Historia „afery fiszkowej” we Francji, w 1904 r., brzmi jak zwariowana teoria spiskowa, a mimo to jest jednym z lepiej poznanych przypadków spiskowej praktyki dziejów.

Po klęskach 1914 r., kiedy Francji groziła utrata Paryża, marszałek Joseph Joffre za jednym zamachem zwolnił aż 34 generałów, a nadto półtorej setki wyższych oficerów. Oficjalne przyczyny masowej dymisji podano oględnie, jednak błyskawiczne awanse takich wojskowych jak płk Pétain, których kariery były zablokowane przez lata, sugerują polityczny podtekst tej czystki. Wielu uznało, że decyzja Joffre’a jest spóźnioną próbą naprawienia szkód wyrządzonych armii przez półtorej dekady.

Czarna owca w fartuszku

Nie ma pewności, czemu Jean-Baptiste Bidegain wybrał los renegata, bo jako podsekretarz generalny Wielkiego Wschodu był ważną figurą wolnomularstwa. Dla zwolenników było to nawrócenie, dla innych – małostkowa zemsta za odmowę nominacji na miejsce szefa, większość zaś uważała, że sprzedał się dla pieniędzy. Jakkolwiek było naprawdę, miał 34 lata, gdy zatrzasnął przed sobą wszystkie drogi kariery.

Jean-Baptiste Bidegain (1870–1926)
wikipedia

Decydując się na ujawnienie masońskich tajemnic w maju 1904 r., Bidegain był zdeterminowany, ale ostrożny. Zanim cokolwiek przedsięwziął, radził się księdza Gabriela de Besssonies, założyciela Komitetu Antymasońskiego w Paryżu. Było pewne, że afera na szczeblu rządowym jest zbyt poważna, by oddać ją podatnym na cenzurę gazetom. Wymuszenie śledztwa w Izbie Deputowanych gwarantowało pewniejsze efekty, lecz wymagało dotarcia do polityków. Wiedziano przy tym, że Jacques Piou, lider największej frakcji opozycyjnej z Akcji Liberalno-Ludowej, uniknie twardej konfrontacji z koalicją rządową. Stąd Bidegain, ukrywając się za adresem paryskiej skrytki pocztowej i inicjałami G.T., złożył konfidencjonalną ofertę dwóm deputowanym nacjonalistom.

Adresatów nie dobrał przypadkowo: obaj mieli osobiste porachunki z aktualnym reżimem. Poseł Gabriel Syveton był wykładowcą akademickim odsuniętym od zajęć za zbyt konserwatywne poglądy, po czym współzakładał nacjonalistyczną Ligę Francuskiej Ojczyzny i został jej skarbnikiem. Jean Guyot de Villeneuve robił karierę oficera sztabu generalnego, ale gdy wystąpił przeciw szykanowaniu Syvetona i wspomógł go finansowo, na dwa miesiące wylądował w areszcie. Nim złożył mundur, zdążył jeszcze znieważyć ministra, dlatego odszedł do rezerwy zdegradowany do stopnia sierżanta. Złączeni prześladowaniem obaj wygrali wybory w swoich okręgach, startując z miejsc opozycji. De Villeneuve miał jeszcze ten atut, że jako dziedzic cukrowego imperium i król paryskiego życia miał czym płacić za tajemnice. Po tygodniach konspiracyjnych podchodów zachwycony polityk wysupłał kwotę 40 tys. franków, by osłodzić życie Bidegaina po zdemaskowaniu i utracie dochodów. W zamian otrzymał bombę, która – właściwie użyta – mogła wysadzić rząd i III Republikę.

Gabriel Syveton (1864–1904)
charles auguste varsavaux, dit valery/wikipedia

Był to dowód istnienia spisku, który oddał francuską armię pod kontrolę masonów. Dokumenty świadczyły o tym, że Wielki Wschód Francji szpieguje oficerów, zbierając informacje o ich życiu prywatnym, rodzinach oraz osobistych poglądach. Co więcej, proceder miał miejsce na zlecenie rządu. Skatalogowane opinie masońskich donosicieli trafiały wprost do Ministerstwa Wojny, ważąc o stanowiskach i nominacjach. Dowodził tego plik korespondencji na urzędowym papierze prowadzonej między ministerstwem a kancelarią Wielkiego Wschodu. Bidegain dostarczył około tysiąca oryginałów i maszynowych kopii akt, ale skradzione dokumenty były tylko czubkiem góry lodowej. Masońskie dossier zawierało dane co najmniej 20 tys. wojskowych.

Ujawniony skandal mógł oburzać, ale nie powinien budzić zdumienia. W istocie afera była wpisana w konstrukcję III Republiki. Trauma nie dawała Francji zapomnieć, że aktem założycielskim nowego państwa była klęska pod Sedanem. Powszechnie panowała żądza odwetu, ale z braku sposobności Niemców zastąpili domniemani wrogowie wewnętrzni. Po stuleciu przewrotów, rewolucji i zmian ustrojów rachunki krzywd mieli jakobini, monarchiści i bonapartyści, konserwatywni katolicy i przeciwnicy religii, do których dołączyły odmiany socjalistów, liberałów i nacjonalistów, a także Żydzi. W oczach pozostałych wszyscy nosili znamię zdrajców ojczyzny, a zdrajców nie wystarczy pokonać, lecz trzeba zniszczyć wszystkimi dostępnymi środkami.

Delenda Carthago

Na tle skandali, przesileń, korupcji i defraudacji ostatnią wyspą stabilności zdawała się być armia – zdyscyplinowana, teflonowa i bezwzględnie lojalna. Jednak odporność wojska na polityczne wiatry bardziej martwiła, niż uspokajała rządzących, a zwłaszcza koalicję jakobinów i socjalistów, która doszła do władzy w 1898 r.

Żeby zwalczyć „starą mentalność”, premier Waldeck-Rousseau zaczął wymianę urzędników na ludzi przychylnych rządowi, ale co łatwe w administracji, w armii okazało się wręcz niemożliwe. Wojsko miało elitarną konstrukcję, w której zawód oficera bywał dziedziczny, a o awansach decydowały profesjonalne komisje. Przy tym większość wojskowych nadal kończyła i posyłała też swoje dzieci do szkół katolickich, wciąż mających wyższy poziom niż licea publiczne, co także pomagało karierom. Więzi kastowe zaś wzmacniały lojalność, czyniąc z armii nieprzeniknioną strukturę. Frustrowało to młodych entuzjastów nowego reżimu zderzających się często ze szklanym sufitem.

Jean Guyot de Villeneuve (1864–1909)
pirou/wikipedia

Rząd uważał armię za najgroźniejszą twierdzę reakcji, w czym utwierdzał go ośli upór w sprawie Dreyfusa, choć wywołany lękiem przed utratą twarzy. Nadto, szykując radykalną rozprawę z Kościołem, władze poważnie obawiały się wojska, licząc się nawet z zamachem stanu.

Najpierw do czystek w armii wyznaczono gen. de Galliffeta, który nieraz dowiódł, że podejmie się brudnej roboty dla każdego reżimu. Uznano jednak, że reputacja rzeźnika Komuny Paryskiej niezbyt licuje z emploi obrońców praw człowieka, toteż zastąpił go gen. Louis André – pragmatyczny oportunista, który utrzymał stanowisko w następnym gabinecie premiera Combesa. Nowy minister wojny zaczął od porządków w sztabie generalnym, a gdy paru generałów wyraziło obawę o dezorganizację armii, natychmiast ich zwolnił. Rozumiał wszakże, że całej kadry oficerskiej wyrzucić nie może. Zmian musiał dokonać stopniowo przez promocję zwolenników i spowolnienie karier nieprzychylnych wojskowych. Zyskał taką możliwość przez likwidację komisji kwalifikacyjnych. Sęk w tym, że bez znajomości poglądów tysięcy oficerów nie miał pojęcia, kogo awansować.

Próby zdobycia informacji bezpośrednio z wojska spełzły na niczym. Nikt nie palił się do roli donosiciela, a konfidentów spośród młodych gniewnych oficerów stara gwardia nie dopuszczała zbyt blisko. Akcja wymagała inwigilacji na ogromną skalę, lecz po roku starań André zdobył tylko kilkadziesiąt donosów.

Rozwiązanie wynalazł mason i szef gabinetu ministra gen. Alexandre Percin, paranoiczny tropiciel spisków, który cały sztab generalny uważał za siedlisko reakcji. Podszepnął szefowi, że loży Wielkiego Wschodu coraz bliżej do socjalizmu, a przy tym rozrosła się liczebnie, mając członków nawet w małych miasteczkach. Tymczasem upodobanie braci do tajemnic gwarantowało utrzymanie sekretu.

Wielki mistrz Frédéric Desmons na propozycję współpracy zareagował entuzjastycznie, zlecając sprawę sekretarzowi generalnemu Narcisse Vadecardowi, a w praktyce jego zastępcy Bidegainowi. W ministerstwie rzecz prowadził kpt. Henri Mollin, niezbyt lotny oficer, za to mason i protegowany zięć pisarza Anatola France’a, a przy tym fanatyk, który sam sporządził donos na min. André, że jego żona jest katoliczką i posyła dzieci do zakonnej szkoły.

Odtąd każdego ranka kpt. Mollin wiózł do siedziby Wielkiego Wschodu listę nazwisk oficerów przeznaczonych do awansu lub odznaczeń, po czym Bidegain rozsyłał pytania do braci zamieszkałych blisko obiektów zainteresowania. W drodze powrotnej do ministerstwa trafiały informacje w postaci katalogowych fiszek. W biurze Mollina kartki dzielono na dwie kategorie. „Korynt” oznaczał pozytywną weryfikację, ci zaś, którzy trafili do szufladek z napisem „Kartagina” – w myśl słynnego powiedzenia Katona Starszego – musieli porzucić wszelką nadzieję.

W praktyce donosy ograniczały się do kwestii religii. Zazwyczaj informowały, kto kupuje katolickie gazety, w czyim mieszkaniu wisi krzyż, a kto po cywilnemu uczestniczył w procesji. Podejrzana była pierwsza komunia dziecka, ale także bogata żona lub ożenek z Arabką podczas służby w Afryce. Niebezpiecznie było też wspomnieć, że masoni to zdrajcy i złodzieje. Często fiszki były zupełnie lakoniczne, informujące po prostu, że kpt. X to „klerokaraluch”, a por. Y jest zwykłą „klerokanalią”.

Dzień sądu

Zanim odkrywcy afery wrzucili granat do szamba, poróżniły ich cele taktyczne. Bidegain planował nadal śledzić lożę od środka, by uderzyć w wybory 1906 r., ale de Villeneuve’a zadowalała doraźna wendeta i odwołanie rządu Combesa. Oba plany połączył mierny talent konspiracyjny spiskowców. Plotki o zdradzie dotarły do Ministerstwa Wojny, choć Desmons wciąż zapewniał o lojalności braci.

Gdy de Villeneuve zorganizował przecieki do prasy, skandalu nie dało się dłużej odwlekać. Siadając w ławach parlamentu 28 października 1904 r., deputowani byli już po lekturze wydań „Le Figaro” i „L’Echo de Paris”, które krzyczały o mackach masońskiej ośmiornicy oplatających armię. Na odczytane fragmenty akt André nieodmiennie reagował milczeniem, odmawiając potwierdzenia lub zaprzeczenia ich prawdziwości. Odpowiedział dopiero po interwencji premiera, kłamiąc w żywe oczy, że nie ma o niczym pojęcia. Wówczas de Villeneuve przedstawił listy krążące między ministerstwem a sekretariatem Wielkiego Wschodu. Nadto okólnik Combesa z 1902 r., nakazujący awansować wyłącznie popleczników rządu, dowodził, że na szczycie procederu stał premier.

Zarzuciwszy ministrowi prowokowanie podziałów w armii, naruszenie prywatności oraz łamanie wolności religijnej, de Villeneuve zażądał dymisji, wszakże André odmówił, odwołując się do większości parlamentarnej. Na takie dictum Syveton opuścił ławy i obił ministrowi twarz, a gdy wychodził z sali pod strażą, pięści i lasek używała już cała sala plenarna. Skandal zniesmaczył nawet socjalistów, którzy w potrzebie opuścili premiera i wotum zaufania dla rządu zawisło na kilku głosach.

Kiedy André ukrył się w łóżku, złożony dyplomatyczną chorobą, Syveton strzelał się z kapitanem de Gaile, który go wyzwał w zastępstwie ministra, a de Villeneuve też parokrotnie krzyżował szpady. Pojedynkowała się zresztą cała Francja – tak oficerowie między sobą, jak i z masonami. Nie zabrakło nawet kilku głośnych samobójstw. Ponieważ wrzawa nie gasła, po dwóch tygodniach André złożył jednak dymisję mimo sprzeciwu premiera. Aferę podsyciła nagła śmierć Syvetona, którego ciało znaleziono 8 grudnia w jego mieszkaniu. Oficjalna wersja policji o zatruciu gazem i samobójstwie została niemal zignorowana. Gdy kraj już huczał o masońskiej zbrodni, gazety zaczęły pisać o defraudacjach w kasie Ligi Francuskiej Ojczyzny i detalach romansu zmarłego z własną pasierbicą.

Wszakże de Villeneuve nie odpuszczał, publikując coraz to nowe dokumenty, a Wielki Wschód nie zaprzeczał niczemu, wręcz dumny z zasług w zwalczaniu „wściekłej reakcji”. Desmons z Vadecardem zarzucali sobie tylko niedostatek dyskrecji. Przewodniczący Izby Deputowanych Paul Doumer był tak zniesmaczony, że zrezygnował zarówno z funkcji, jak i działalności w loży masońskiej. Tysiące kawalerów Legii Honorowej wystąpiły z żądaniem, by zamieszanym w proceder zabronić noszenia odznaczeń.

Czując presję, w styczniu 1905 r. Combes podał rząd do dymisji, ale był to zarazem koniec skandalu. Żaden organ państwa nie podjął śledztwa i nie wystąpił przeciw komukolwiek związanemu z aferą, nie licząc Syvetona oskarżonego o znieważenie ministra. W 1906 r. de Villeneuve nieomal zginął w wypadku samochodowym i, nigdy nie odzyskawszy zdrowia, umarł trzy lata później. Jedyną reakcją nowego rządu na skandal był przepis o udostępnieniu akt uczestnikom postępowań dyscyplinarnych, lecz Ministerstwo Wojny spaliło masońskie akta dopiero w 1913 r. Co najmniej do tego czasu poglądy oficerów ważyły więcej niż kompetencje, o czym marszałek Joffre musiał się przekonać rok później.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA