fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Supernova”. Śmierć na wiejskiej drodze

Marcin Hycnar w „Supernovej”. Film od piątku w kinach
Forum Film
„Supernova” Bartosza Kruhlika trzyma w napięciu, pokazuje ludzkie dramaty i dzisiejszą Polskę.

Spokojna wieś, cisza. Z jednego z domów wybiega młoda kobieta. Z dwojgiem dzieci ucieka od męża-pijaka do innego mężczyzny. Na pustej szosie całą trójkę taranuje czarna rządowa limuzyna. Kierowca z daleka patrzy na ciała dzieci i umierającą kobietę, zostawia auto i ucieka. Dzwoni do kogoś: „Nie wiesz, kto mi dupę kryje?”. „Ale wiesz, że jak mnie utopicie, to was pociągnę?”.

Tak zaczyna się „Supernova”. Polityk wróci na tę drogę, do służbowego audi, w którym kamera nagrała jego wyprawę „na dziwki”. Od prawnika usłyszy: „Co wyprawiasz dwa miesiące przed wyborami?”. Ale i zapewnienie, że wszystko da się załatwić.

Ten wątek sprawia, że „Supernova” staje się mocnym kinem politycznym. Ale to tylko jedna warstwa filmu. Bartosz Kruhlik pokazuje dramat dwóch mężczyzn, którzy kochali umierającą na szosie kobietę. Obserwuje ratowników medycznych, strażaków, policjantów i ich szefa, przyzwoitego w gruncie rzeczy człowieka, uwikłanego jednak w miejscowe układy. Są przypadkowi gapie i wiejska społeczność, sąsiedzi, których rozpacz zmienia się w gniew wobec aroganckiego polityka.

Na kilkudziesięciu metrach wiejskiej drogi mamy tu obraz Polski z jej wstydliwym alkoholizmem, zagubieniem, korupcją, arogancją władzy, ale też solidarnością w obliczu tragedii. A w zgromadzonym w miejscu wypadku tłumie każda postać jest wyrazista.

– Dobierając obsadę, miałem jedno założenie: przy tak dużej liczbie aktorów, jeśli w jakimkolwiek momencie zrobię stop-klatkę i zobaczę postać, muszę wiedzieć, kto jest kim na ekranie – mówi mi Bartosz Kruhlik.

„Supernova” nie pozwala widzowi odetchnąć. Emocje buzują, napięcie wzrasta. Wszyscy są przegrani, a jednocześnie tli się nadzieja. To zadziwiające, jak głęboki, wielopłaszczyznowy jest ten debiutancki film. A przecież jest w nim też refleksja na temat roli przypadku w życiu człowieka.

Zaczęło się od babci

34-letni Bartosz Kruhlik pochodzi z 15-tysięcznego Lubska niedaleko niemieckiej granicy. Dziś za każdym razem, gdy do swojego miasta wraca, ma wrażenie, że kurczy się ono coraz bardziej. W rodzinie nikt nie miał ambicji artystycznych. Ojciec Bartka z zawodu jest technikiem mechanikiem budowy maszyn, matka skończyła szkołę krawiecką. A on od dziecka miał potrzebę wyrażania siebie poprzez sztukę.

Najpierw zapisał się na lekcje fortepianu. Potem zaczął malować. Po podstawówce zdał do liceum plastycznego w Zielonej Górze. Ale nie poszedł na ASP, bo jeszcze było kino. Żył wśród kaset VHS, które sam nagrywał. Oglądał, co się dało, aż na początku czasów licealnych dostał od koleżanki oryginalną kasetę z „Amadeuszem” Formana.

– Już wiedziałem, że chcę robić to i tylko to – mówi.

Nie czuł się na siłach, by zdawać do łódzkiej filmówki. Pojechał na wakacje do Niemiec i – przerzucając torf – zarobił na czesne w prywatnej policealnej szkole filmowej we Wrocławiu. Pierwszy egzamin do Łodzi oblał, za drugim razem się dostał.

– Tak naprawdę babcia załatwiła mi te studia – śmieje się. Kiedyś, gdy ją odwiedził, amatorską kamerką zaczął nagrywać jej gawędy. Gdy je obejrzał, zrozumiał, że można z tych materiałów zmontować piękną opowieść o życiu.

– Powstał ciepły dokument, daleki od tego, co proponuję w fabule – przyznaje Kruhlik, który ten właśnie filmik włożył do egzaminacyjnej teczki.

W szkolnych etiudach pokazywał już ciemne strony życia. W „Żarze” pytał, skąd bierze się agresja i przemoc. W jego „http://” głupi żart nastolatków zamieniał się w dramat, w „Adaptacji” rodzina musiała stawić czoła tragedii: w wypadku samochodu kierowanego przez syna zginął jego brat.

Scenariusz „Supernovej” – wtedy jeszcze pod tytułem „Wir” – napisał jako temat trzydziestominutowego filmu dyplomowego. – Było wtedy głośno o wypadku, w którym zginęło sześć osób. W jednej chwili przestały istnieć dwie rodziny. Nie mogłem przestać o tym myśleć – mówi.

Nie udało mu się zrealizować tego filmu. Ale wrócił do pomysłu, gdy w Studiu Munka powstał program „60 minut”. I w trakcie realizacji film wydłużył się do pełnometrażowego debiutu.

Długie przygotowania

Dokumentując temat „Supernovej”, przeglądał setki relacji z wypadków, także tych nagrywanych telefonami komórkowymi. Przez pół roku dopracowywał szczegóły scenariusza, z operatorem Michałem Dymkiem przećwiczyli każdy kadr w domu, z figurkami. Przetestowali sceny z kolegami.

Długo też robił castingi. Postawił na „nieograne” w filmie fabularnym twarze. Marcin Hycnar, Marek Braun i Marcin Zarzeczny w głównych rolach sprawdzili się znakomicie. Podobnie jak inni, łącznie ze statystami, których Kruhlik razem z pionem produkcji znalazł tam, gdzie kręcił: we wsiach między Serockiem i Wyszkowem.

W czasie zdjęć czasem długo rozmawiał z aktorami. – Przecież każdy na tragedię reaguje inaczej: ktoś rzuci się do pomocy, ktoś się rozpłacze, ktoś ucieknie, ktoś wpadnie w odrętwienie – mówi. Szukał prawdy.

Okazało się, że do zrealizowania wstrząsającego filmu wystarczyły: dopracowany tekst, skrawek wiejskiej drogi, kilkunastu aktorów i grupa statystów. A jednocześnie „Supernova”, mocno zanurzona w polskich realiach, jest uniwersalna, zrozumiała dla każdego.

Bartosz Kruhlik kręci reklamy, ale po sukcesie na festiwalu w Gdyni, gdzie dostał nagrodę za debiut, nie przyjął propozycji zrobienia „szybkiego filmu” jeszcze w tym roku. Nie wyobraża sobie takiej pracy. Przygotowuje kolejny projekt. To historia, która dzieje się w jednej kamienicy, w ciągu 24 godzin.

Pytam, co w nim zostało z chłopaka, który w Lubsku obejrzał „Amadeusza”. – Niepewność siebie, lęk. Pewnie jest to już jakoś przepracowane, ale w środku wciąż tkwi – odpowiada. – Przed wejściem na plan, przy każdym filmie boję się tak samo. Ale potem zmieniam się w bestię, która wie, czego chce, wyostrzają się zmysły, jestem pewny tego, jaki efekt chcę osiągnąć. To rodzaj instynktu, wiem, że tylko tak można w ogóle zrobić film.

Może tajemnica sukcesu Kruhlika tkwi właśnie w tej niepewności, która zmusza do poszukiwań, sięgania pod powierzchnię zdarzeń i zadawania wciąż nowych pytań.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA